„Jak ojciec i syn” to smakowity okruch życia i opera mydlana, którą można by wystawić w mediolańskiej La Scali.
Hirokazu Koreedzie udała się ta sama sztuka, co przed laty Mike’owi Leigh w „Sekretach i kłamstwach”. Tak jak brytyjski mistrz, japoński twórca startuje z trywialnego punktu wyjścia, by ostatecznie wznieść się na wyżyny artystycznej szczerości. „Jak ojciec…” zdumiewa bogactwem sensów rozsadzających schemat fabularny o szpitalnej zamianie noworodków. Bohaterowie Koreedy wykonują tytaniczny wysiłek, by zrozumieć, że za ich nieszczęście nie odpowiada żaden złośliwy demiurg, lecz zawstydzająco omylny los. Zamiast rościć uzasadnione pretensje do rzeczywistości, filmowi rodzice podejmują próbę jej okiełznania. Nietypowe doświadczenie okazuje się bolesne, lecz jednocześnie rozszerza horyzonty, kwestionuje hierarchie wartości i uczy tolerancji wobec skrajnie odmiennego stylu życia. Dzięki temu „Jak ojciec…” potrafi przebić się przez własny tragizm i pozostawić widza z poczuciem niełatwego optymizmu.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.