"Kanadyjskie sukienki" - recenzja

"Kanadyjskie sukienki"
"Kanadyjskie sukienki"Media
4 lutego 2013

Chciałoby się wierzyć, że karykaturalnie ksenofobiczna wymowa „Kanadyjskich sukienek” nie jest elementem świadomej strategii.Być może to kolejny z serii nieśmiesznych dowcipów lub nietrafionych pomysłów Michalskiego.

Kino rodem z second-handu. Pełnometrażowy debiut Macieja Michalskiego irytuje młodzieńczą egzaltacją, zamiłowaniem do kiczu, stylistyczną niekonsekwencją. Film zamierzony jako krytyka uświęconej w Polsce instytucji rodziny na własne życzenie łagodzi rzekomą drapieżność.Zamiast eksplorować traumy z przeszłości mieszkańców wielkopolskiej wsi, reżyser woli poświęcać czas na celebrację nostalgii za przaśnym PRL-em. W efekcie brutalnie szczera spowiedź stopniowo zamienia się w czerstwą anegdotę. Zrealizowany w teatralnej manierze film Michalskiego nie przedstawia ani jednej postaci, z którą chcielibyśmy się identyfikować. Uniwersum „Kanadyjskich sukienek” zamieszkują albo rozmodlone matrony, albo dziwadła z kwiatkami we włosach, które z niejasnych przyczyn porozumiewają się ze sobą językiem operowych arii. Niezależnie od różnic wszyscy zdają się jednak żyć w trudnej do zakłócenia symbiozie.

Pozostało 58% treści
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną subskrypcją Premium.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące


Możesz anulować w dowolnym momencie.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381557mega.png
©℗

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.