Steven Spielberg potwierdza „Lincolnem”, że jest mistrzem epickich opowieści.
„Lincoln” nie mógł wejść do naszych kin w lepszym momencie – dziś mija kolejna rocznica ratyfikowania 13. poprawki do amerykańskiej konstytucji przez pierwszy ze stanów. Steven Spielberg uzmysławia, jak długa i wyboista droga prowadziła do takiego zwieńczenia wieloletnich starań 16. prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego gabinetu. Trwający dwie i pół godziny spektakl jest zapisem ostatnich czterech miesięcy z życia Abrahama Lincolna, którego obie kadencje przypadły na bodaj najczarniejszy okres w historii kraju. To czas wojny domowej, politycznych przepychanek i lawirowania pomiędzy ryzykownymi decyzjami, czas negocjacji i forteli. Dlatego momentami film przypomina nie biograficzny dramat, ale trzymający w napięciu thriller. Ale Spielberg nie posuwa się do efekciarskich sztuczek charakterystycznych dla hollywoodzkiego kina gatunków, dochowuje wierności swojej wizji. A wizja to na pierwszy rzut oka jakby nie w jego stylu, bo statyczna, zamknięta w czterech ścianach biur i sal posiedzeń, daleka od rozbuchanych widowisk, do których zdążył już widza przyzwyczaić. To zgodne z pomysłem opracowanym już dawno – „Lincoln” to wymarzony projekt Spielberga, który wykiełkował w jego głowie kilkanaście lat temu.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.