- Podczas pandemii postanowiliśmy skonstruować respirator. Mamy nadzieję, że za parę miesięcy będzie mógł trafić do polskich szpitali - mówi w wywiadzie dla DGP Jacek Kosiec, prezes Creotech Instruments, pioniera polskiej branży kosmicznej.
Pandemia nie będzie akurat tym elementem 2020 r., który będziemy wspominać najlepiej, ale dla Creotechu stała się okazją do rozwoju.
Każdy kryzys generuje pewne potrzeby, które stanowią oczywiście szansę dla biznesu. Nie ma w tym nic zdrożnego, bo przecież na tym właśnie polega biznes ‒ na rozpoznawaniu potrzeb i reagowaniu na nie.
Reklama
Dzieckiem tej analizy jest Inspirator, czyli respirator od pionierów polskiej branży kosmicznej.
To nie pierwszy raz, kiedy zajmujemy się urządzeniami medycznymi. W swoim czasie nie tylko je projektowaliśmy, ale nawet produkowaliśmy. To była jednak nieduża część działalności spółki.

Reklama
Co firmę, która na co dzień wytwarza rzeczy, które latają w kosmos, skłoniło, żeby zająć się budową respiratorów?
O potrzebach już wspomniałem, ale to nie była główna motywacja. Tą była potrzeba ludzka. Chcieliśmy coś wnieść dla pacjentów i dla służby zdrowia. Wiedzieliśmy, co się działo w szpitalach podczas szczytu pandemii. Ja sam wylądowałem wtedy w jednej z placówek leczących chorych na COVID-19, na szczęście nie z powodu koronawirusa. To był chaos. Widziałem, jak lekarze boją się podchodzić do pacjentów. Jak ci ludzie cierpią. Ile sprzętu brakuje.
Wtedy zaangażowaliście się w akcję „Maska dla medyka”.
Tak, zajęliśmy się m.in. produkcją przyłbic. Wycinaliśmy je z arkuszy tworzywa sztucznego, które dostawaliśmy od zaprzyjaźnionych firm, na wycinarce laserowej. W szczytowym okresie produkowaliśmy tysiąc przyłbic dziennie. Wszystko po godzinach pracy.
A skąd wzięła się inspiracja do budowy Inspiratora?
Jeden z naszych inżynierów oprócz tego, że pracuje w Creotechu, jest także ratownikiem medycznym i co drugi weekend jeździ karetką. To on między innymi sygnalizował nam olbrzymie potrzeby, jeśli idzie o te urządzenia. Ale głównym pomysłodawcą rozwiązania był Grzegorz Kasprowicz, nasz szef od technologii.
Po prostu przyszedł do firmy i mówi: „Słuchajcie, robimy respirator”?
Wtedy akurat większość z nas była na pracy zdalnej, więc to odbyło się za pomocą poczty elektronicznej.
To był jeden z tych e-maili z genialnym pomysłem o 1.30 w nocy?
Może nawet o 4.30…
Czy Inspirator to w całości wasza konstrukcja?
Nie, chociaż na początku myśleliśmy o tym, żeby zrobić swój respirator. Ale kiedy się zorientowaliśmy, ile czasu zajęłoby wykonanie całego projektu i wdrożenie go do produkcji, to doszliśmy do wniosku, że nie tylko nie będzie się nam to opłacać, ale też, że nie zrobimy tego szybko i w związku z tym nie przyczynimy się do jakiejś istotnej zmiany sytuacji. Wtedy okazało się, że firma Medtronic otworzyła dokumentację jednego ze swoich trochę starszych urządzeń [chodzi o model Puritan Benett 560 – przyp. red.].
Czy mając taką dokumentację, można z miejsca ruszyć z produkcją?
Oczywiście, że nie. Najpierw trzeba sprawdzić, czy dokumentacja jest kompletna, bo zawsze są jakieś braki, zawsze ktoś zapomni coś opublikować, uzupełnić itd. Okazało się, że jest w miarę kompletna. W dokumentacji znajduje się m.in. lista wszystkich niezbędnych podzespołów. No to zaczęliśmy ich szukać…
…i tu nagle pojawił się problem.
Tak. Bo w środku pandemii wszyscy rzucili się na komponenty do respiratorów i momentalnie rynek został wyczyszczony.
To jak się konstruuje respirator bez potrzebnych części?
Musieliśmy szukać zamienników. Problem nie był trywialny: większość z tych dostawców mieści się w Chinach, a przecież kraj ten w którymś momencie zam knął swoje granice i praktycznie nic nie można było stamtąd sprowadzić. Szukaliśmy więc po całym świecie, od Szwajcarii po Tajwan. Kontaktowaliśmy się także z producentami oryginalnych części, czy nie podjęliby się na nowo ich produkcji.
Czego właściwie brakowało?
Na przykład niektórych specjalistycznych zaworów, a także elementów elektronicznych: procesorów czy pamięci. To była olbrzymia praca logistyczna.
A jak się szuka takich rzeczy w środku pandemii?
Przede wszystkim w sieci. Na forach internetowych. W katalogach dystrybutorów, dzwoni się do nich, pyta, czy mają, czy mogliby mieć, kto może mieć. To nie było łatwe – w cały proces było zaangażowanych kilka osób – ale w końcu udało się znaleźć zamienniki do wszystkich podzespołów, których brakowało, czasem nawet zidentyfikować po dwa, trzy źródła. Dostaw kilku z nich podjęły się nawet firmy z Polski.
A co mogliście zrobić na własną rękę?
Montaż elektroniki. Przypomnę, że mamy jedyną w tej części Starego Kontynentu linię produkcyjną dopuszczoną przez Europejską Agencję Kosmiczną do produkcji elektroniki kosmicznej, więc dla nas montaż elektroniki do respiratora nie stanowił problemu.
Środek pandemii, części nie ma, trzeba dzwonić po całym świecie, nie wiadomo, czy się uda. Był taki moment, że chcieliście to wszystko rzucić w cholerę?
Nie, aż tak to nie. O ile z logistyką sobie poradziliśmy, o tyle głównym problemem były oczywiście pieniądze. Te wszystkie komponenty trzeba było przecież zamówić, czasem po sto, a nawet tysiąc sztuk naraz, bo takie były minimalne wielkości zamówień. Siadaliśmy więc na spotkaniach zarządczych i zastanawialiśmy się, czy wydać kolejne pieniądze na Inspiratora, bo to zawsze oznaczało odłożenie zakupu czegoś innego.
Często stawaliście przed takim dylematem?
Ależ oczywiście. Cały czas trzeba było podejmować takie decyzje.
Zakup czego odłożyliście na później?
Na przykład paneli słonecznych do naszej platformy satelitarnej [Creotech pracuje nad projektem swojego małego satelity, który klienci mogliby doposażać według własnych potrzeb – przyp. red.]. Albo jeśli kupowaliśmy komponenty elektroniczne do respiratora, to nie kupowaliśmy ich do innych projektów. Musieliśmy znaleźć równowagę między Inspiratorem, który w międzyczasie stał się priorytetem, a innymi projektami, które dawały nam pieniądze na zakup części czy opłacenie ludzi.
Ile w sumie kosztował Inspirator?
Dobre kilkaset tysięcy złotych.
Ubiegaliście się o wsparcie na jego budowę? Przecież uchwaliliśmy już chyba ze sto różnych tarcz.
Najpierw mieliśmy obietnicę, że nasze działania zostaną wsparte, ale później nic z tego nie wyszło. Budowę Inspiratora musieliśmy więc sfinansować z własnych funduszy.
Ile zajęła ta budowa?
Cztery miesiące.
To dużo czy mało?
W przypadku dość skomplikowanego urządzenia, jakim jest respirator ‒ to bardzo mało. Nawet jeśli dysponuje się dokumentacją.
A pamięta pan ten moment, jak trzęsącymi się rękoma składaliście prototyp…
Na szczęście nie były to moje ręce, bo ja się do tego nie nadaję! [śmiech] Robił to Grzegorz Kasprowicz.
Czyli w jednej części clean roomu – spełniającego wysokie rygory czystości pomieszczenia, gdzie buduje się satelity – powstawały kosmiczne projekty Creotechu, a w drugiej skręcaliście respiratory?
Elektronika powstawała nawet na tej samej linii produkcyjnej. Stanowisko montażowe znajdowało się w kącie.
Ile ich zbudowaliście?
Najpierw dwa, które testujemy sami, a potem jeszcze cztery, które przygotowujemy do certyfikacji. Chcemy uzyskać dopuszczenia na rynek zarówno europejski, jak i amerykański. Paradoksalnie w USA procedura jest w tej chwili prostsza niż w Polsce.
Kiedy rozpoczynaliście budowę Inspiratora, zakładaliście, że ten projekt się wam zwróci?
Oczywiście, że ten projekt musi się nam zwrócić, ale nie chcemy korzystać z sytuacji. Inspirator ma kosztować uczciwe pieniądze, które pozwolą nam na uczciwy zysk.
To ile trzeba będzie wysupłać za odrobinę oddechowej inspiracji?
Blisko 40 tys. zł. To jest uczciwa cena sprzed pandemii. A biorąc pod uwagę wzrost cen części, to myślę, że nasza marża jest z pewnością niższa niż firmy Medtronic.
Ile sztuk jesteście w stanie produkować miesięcznie?
Dwieście, a gdyby okazało się, że zainteresowanie jest większe, to przy pewnych inwestycjach moglibyśmy jeszcze podwoić tę wartość.
Czy Inspirator stanowi nowy rozdział w historii Creotechu? Firma ma zamiar na stałe zagościć w branży medtech?
Na pewno nie chcemy zaburzać struktury Creotechu. Jeśli ta działalność okaże się perspektywiczna, to prawdopodobnie ją wydzielimy do osobnej spółki. Spółka matka zaś pozostanie przy produkcji elektroniki i integracji satelitów.
Tak się zastanawiam, bo to przecież zupełnie inny biznes. Kompetencje techniczne macie, ale sprzedaż urządzeń medycznych będzie wymagała zatrudnienia handlowców, uruchomienia działalności serwisowej. To są koszty.
Dotychczas dużo o tym nie myśleliśmy. Ale nic nie zostawiamy na żywioł. Najważniejsze dla nas w tej chwili jest uzyskanie certyfikatów. Bezpieczeństwo urządzenia musi być potwierdzone, nawet jeśli jest ono w dużej mierze kopią. Ryzyko jest realne, o czym świadczą pożary spowodowane przez wadliwe respiratory [chodzi o dwa pożary wywołane przez te urządzenia w maju w Rosji – przyp. red.]. My na coś takiego nie możemy sobie pozwolić. Chociażby z tego względu, że jako firma kosmiczna nakładane są na nas wymogi 100-procentowej niezawodności i jakości.
A więc logotyp Creotechu na respiratorze to glejt: „Pacjencie, możesz spokojnie odetchnąć”.
Musi działać jak urządzenia kosmiczne, które produkowaliśmy. Na przykład moduły układu zasilania do kamery na pokładzie sondy ExoMars Trace Gas Orbiter [satelita do badania atmosfery Marsa, który dotarł na orbitę planety w 2018 r. – przyp. red.], z którymi od dwóch lat nie ma żadnego problemu. Tak samo jest z kilkoma urządzeniami na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej czy innymi częściami, których już ponad sto znalazło się w kosmosie.
Czy rynek interesuje się już Inspiratorem?
Teraz, kiedy mamy już gotowe urządzenie, które działa i którego jesteśmy pewni, zaczynamy rozmawiać z dystrybutorami. To oni jednak zgłaszają się do nas, zainteresowanie jest spore.
Niedawno na łamach DGP pisaliśmy o sytuacji z respiratorami. Dystrybutorzy mówili, że czas realizacji zamówień sięga nawet ośmiu miesięcy. Spadliście im z nieba.
Oczywiście, że tak. Wiemy o przestojach, bo wiemy, że nie ma na rynku komponentów do respiratorów. Dlatego kiedy mówię o zainteresowaniu, mam na myśli nie tylko Polskę, ale też zagranicę. To z tego względu zależy nam na zagranicznej certyfikacji.
Czyli nie wyklucza pan, że za parę lat usłyszymy o „Inspiratorze 2” – całkowicie polskiej konstrukcji, prosto z Piaseczna, gdzie Creotech ma siedzibę?
Nie wykluczamy tego. Chcemy podjąć się budowy naszego własnego respiratora na podstawie tych doświadczeń, które zebraliśmy, pracując nad urządzeniem Medtronica. Postawiliśmy więc sobie za cel opracowanie takiego respiratora, który nadawałby się do karetki i którego obsługa byłaby na tyle prosta, że intubację mógłby przeprowadzić ratownik. To jest pewne wyzwanie, bo do tej pory zajmowali się tym anestezjolodzy. Ale mamy już w tym momencie odpowiednie kompetencje. Wiemy, co i jak trzeba zrobić, co ewentualnie poprawić.