W ostatnich sondażach przewagę, i to wyraźną, mają zwolennicy pozostania we Wspólnocie. Brytyjczycy najwyraźniej przestraszyli się konsekwencji wyjścia z Unii.
Reklama
Od kiedy referendum w tej sprawie przestało być tylko obietnicą wyborczą Davida Camerona i weszło na ścieżkę ustawodawczą, coraz wyraźniejszą przewagę w sondażach mają zwolennicy dalszej obecności w Unii. A to bardzo utrudni brytyjskiemu premierowi rozmowy z przywódcami pozostałych państw na temat nowych warunków członkostwa, bo traci on możliwość używania „Brexitu” jako argumentu do wymuszania ustępstw.
O ile w zeszłym roku liczba sondaży, w których wygrywali zwolennicy i przeciwnicy wyjścia z UE, była mniej więcej równa, o tyle w tym roku ci pierwsi mieli przewagę zaledwie w dwóch – i to na samym jego początku. We wszystkich następnych górą byli już ci, którzy chcą pozostać we Wspólnocie. Przy czym nie jest to przewaga na granicy błędu statystycznego. W dwóch ostatnich badaniach ośrodka YouGov – z przełomu maja i czerwca oraz sprzed tygodnia – było to po 7 pkt proc., lecz były też sondaże – innych ośrodków i na mniejszej próbie – gdzie ta różnica wynosiła nawet kilkanaście punktów.
O ile szacunki mówiące o tym, jak wyjście z UE wpłynęłoby na brytyjską gospodarkę, są różne i zależą przede wszystkim od tego, w jaki sposób ułożone zostałyby przyszłe relacje handlowe (według think tanku Open Europe w najlepszym wypadku PKB do 2030 r. zwiększy się dodatkowo o 1,6 proc., w najgorszym – zmniejszy o 2,2 proc.), to jest kilka czynników, które ewidentnie zmniejszyły brytyjski eurosceptycyzm.
Po pierwsze, wyjście z UE zapewne będzie oznaczało oderwanie się Szkocji. Rządząca w niej proniepodległościowa – i zarazem proeuropejska – Szkocka Partia Narodowa (SNP) nie ukrywa, że w przypadku zwycięstwa zwolenników wyjścia z UE wykorzysta to do rozpisania jeszcze jednego referendum w sprawie niepodległości. A ponieważ Szkoci są najbardziej prounijną częścią Zjednoczonego Królestwa i z UE nie chcą wcale wychodzić, będą mieli poważny argument, by tym razem zagłosować za secesją.
Po drugie, zapowiedź referendum źle została przyjęta przez część wielkiego biznesu i rynki finansowe. W zeszłym tygodniu Standard & Poor’s – ostatnia z trzech głównych agencji ratingowych utrzymująca najwyższą ocenę wiarygodności Wielkiej Brytanii – zmieniła jej perspektywę z neutralnej na negatywną. – Referendum oznacza ryzyko dla perspektyw wzrostu gospodarczego kraju – napisała S&P. Na dodatek wyjście z Unii może skłonić część firm – szczególnie z sektora finansowego – do opuszczenia londyńskiego City. Najczęściej w tym kontekście mówi się o HSBC – największym pod względem aktywów banku w Europie – który przed kilkoma dniami poinformował o restrukturyzacji i dużych zwolnieniach. Zmiany będą polegały na rozdzieleniu bankowości inwestycyjnej od detalicznej, która ma w Wielkiej Brytanii działać pod nową marką. Na razie nie było informacji o zmianie siedziby, ale nie od dziś spekuluje się, że prezes banku Stuart Gulliver myśli o Hongkongu.
Te czynniki i będąca ich konsekwencją zmiana nastawienia brytyjskiego społeczeństwa do UE bardzo utrudniają Cameronowi realizację planów. Brytyjski premier niemal natychmiast po zaprzysiężeniu na drugą kadencję rozpoczął rozmowy z innymi przywódcami Unii na temat reform, które pozwoliłyby mu uzyskać poluzowanie relacji z Brukselą. Strategia Camerona zakładała, że reszta Unii, próbując zatrzymać Wielką Brytanię, na jakieś ustępstwa się jednak zgodzi i to na tyle istotne, by brytyjski premier mógł je sprzedać w kraju, a tym samym przekonać Brytyjczyków, że lepiej zostać na nowych warunkach. Widząc coraz większe poparcie Brytyjczyków dla pozostania w UE, unijni przywódcy będą niechętni do tego, by jakieś ustępstwa robić, bo najprawdopodobniej oznaczałoby to renegocjacje traktatów, czyli spory problem organizacyjny dla całej Unii.
Cameron ma jeszcze jeden kłopot – rebelię grupy eurosceptycznych posłów jego Partii Konserwatywnej, którzy zgłosili poprawki do ustawy o referendum, uważając, że w obecnym kształcie faworyzuje ona pozostanie kraju w UE. W dzisiejszym głosowaniu przeciw premierowi może głosować nawet 50 konserwatywnych posłów.
Londyn zaszkodzi całej Wspólnocie
Szkoda dla całej Unii
Niezależnie od tego, jaki ostatecznie będzie wynik brytyjskiego referendum w sprawie członkostwa w Unii, negocjacje z pozostałymi krajami wystarczająco mocno zaszkodzą pozycji Unii Europejskiej jako całości, zwróciła uwagę w felietonie opublikowanym po brytyjskich wyborach na łamach „The Washington Post” amerykańska publicystka Anne Applebaum. „Reszta europejskich przywódców jest zaangażowana w złożone finansowe negocjacje z Grecją, wypracowywanie strategii wobec Rosji, musi się mierzyć z potężnym kryzysem migracyjnym na południowym wybrzeżu i nie jest szczególnie entuzjastyczna wobec rozpoczynania długich i ciężkich negocjacji z Wielką Brytanią. Ale niezależnie od tego, czego chce reszta Europy, ta kwestia jest obecnie w centrum brytyjskiej polityki zagranicznej. W praktyce to oznacza, że przez najbliższych parę lat brytyjscy dyplomaci nie będą mieli czasu martwić się o Rosję czy Libię, ale będą się skupiali na unijnych traktatach. A na unijnych szczytach brytyjscy dyplomaci będą chcieli rozmawiać o brytyjskim miejscu w Europie, a nie o miejscu Europy w świecie czy kryzysach na jej wschodnich i południowych granicach” – napisała Applebaum.