No to jak będzie? Mamy świętować czy nie? 4 czerwca 1989 r. powstała nowa Polska czy przypieczętowano Układ, przez który do dziś kraj nie może podnieść się z kolan? Jak zwykle wszystko nam się pomieszało. Przecież tu nie chodzi o to, co się zdarzyło potem. 4 czerwca skonał zły system i to jest warte wszystkich fajerwerków.
Dla dwudziestolatków to prehistoria. Coś tam nauczyciele mówili na lekcjach historii, coś tam politycy w telewizjach mruczą z kombatanckim zacięciem, lecz tyle w tym nudy i nadęcia, że zwykły młody człowiek odwraca się z godnością i przechodzi na drugą stronę ulicy. Trzydziestolatkowie miewają przebłyski z dzieciństwa, obijają im się o uszy nudnawe opowieści rodziców z czasów, gdy byli piękni i młodzi, ale co to ma z nimi wspólnego, nie ogarniają. Czterdziestolatkowie o coś tam zahaczyli, ci bardziej świadomi opowiadają nawet o stanie wojennym, odwołanym „Teleranku” i strajkach, ale niemrawo, bo całe ich dorosłe życie szczęśliwie przebiegało według innego, kapitalistycznego szymla. Pięćdziesięciolatkowie i starsi, którzy nadają w polityce ton, pamiętają wszystko, ale wybiórcza to pamięć – albo uderzają w ton melancholijny, albo kombatancki. Kłócić się o ostatnie dwadzieścia siedem lat, o Balcerowicza, prywatyzację, oligarchów i Unię – o, to temat wart ich uwagi i czasu, ale PRL? Ukrywają go głęboko i wyciągają tylko wtedy, gdy chcą walnąć przeciwnika przez łeb postkomuną albo złodziejską prywatyzacją. Ostatecznie żołnierzem wyklętym.
Lubimy się dzielić, więc i w sprawie 4 czerwca się podzieliliśmy. Przecież to wcale nie były wolne wybory, tylko zdrajcy z Magdalenki dogadali się z komuchami, by rozkraść Polskę, a z obywateli uczynić parobków – to jedni. 4 czerwca odzyskaliśmy wolność, niepodległość, suwerenność i własne życie, zbudowaliśmy kraj od nowa, demokratyczny, wolny i bogaty – to drudzy. Można tak ciągnąć w nieskończoność, styczności nie ma żadnej. Wciąż kłócimy się o teraźniejszość, choć ta data symbolizuje coś innego. Śmierć.