Zatoka Perska to kocioł, w którym wrze nieustannie. Najnowszy konflikt między Iranem a Arabią Saudyjską może boleśnie poparzyć wszystkich, którzy lubią w nim mieszać.
Nowa opcja centrali telefonicznej MSZ: by zerwać stosunki dyplomatyczne, naciśnij 9” – SMS-y takiej treści przesyłają sobie od kilku dni Irańczycy. Na perskojęzycznych portalach roi się od innych puent. „Przysnąłem na kilka godzin, a gdy się obudziłem, kilka państw zerwało już z nami relacje. Boję się zdrzemnąć choćby chwilę!” – pisze jeden z blogerów. Na memie rozsyłanym w sieciach społecznościowych można obejrzeć kilku demonstrantów wspinających się na ogrodzenie saudyjskiego konsulatu w Meszhedzie. Obok nich, doklejony w Photoshopie, zwisa Spiderman. „Oficjalnie ogłaszam swoją rezygnację” – widnieje w komiksowym dymku obok głowy superherosa.
Reklama
Ale nikomu nie jest do śmiechu. Dyplomatyczna burza, jaka rozpętała się nad Zatoką Perską, będzie cichnąć tygodniami, przynosząc wszystkim zainteresowanym wyłącznie straty. Irańczycy dowiedzieli się, co prawda, gdzie leży Dżibuti (kolejny obok Arabii Saudyjskiej, Bahrajnu i Sudanu kraj, który zerwał relacje z Teheranem), ale reakcja łańcuchowa wzajemnych sankcji i przykrości, jakie będą sobie teraz fundować państwa regionu, dotknie przede wszystkim je same. A przy okazji poważnie utrudni próby wypracowania konsensusu w sprawie walki z Państwem Islamskim, zaprowadzenia spokoju w Iraku i Syrii czy rozwiązania jakiegokolwiek innego bliskowschodniego sporu.

Reklama
Najgorsze, że scenariusz, jaki rozgrywa się na naszych oczach, jest aż do bólu przewidywalny. Po egzekucji zbuntowanego szyickiego kleryka w zdominowanej przez sunnitów Arabii Saudyjskiej (wydarzeniu, o którym przesądził wyrok śmierci wydany już rok temu z okładem), spontaniczne tłumy irańskich manifestantów przypuściły szturm na saudyjskie placówki dyplomatyczne. W odpowiedzi kolejni szefowie dyplomacji ogłaszali zerwanie stosunków z Teheranem. Wszystko przyrządzone w sosie religijnej retoryki i datujących się na dziesiątki lat resentymentów. Dla obu stron sporu to idealna okazja, by wykonać kilka ruchów, które w innych okolicznościach mogłyby wzbudzić kontrowersje – wesprzeć tę czy tamtą organizację, spacyfikować jakąś mniejszość, pomanipulować przy cenie ropy. Dla obu stron to idealna okazja, by podkreślić swoje ambicje. Ale przede wszystkim: to idealna okazja, by jeszcze raz pokazać współwyznawcom w regionie – zarówno szyitom, jak i sunnitom – kto jest obrońcą ich interesów.
Tygrys Tygrysów
2007: „Rząd nie da nam naszych praw, ludzie będą musieli je sobie sami wywalczyć. A gdy ludzie walczą o swoje prawa, muszą się spodziewać, że przyjdzie im za to zapłacić!”. 2011: „Chodzi mi bardziej o ryk słów niż sięganie po broń przeciw władzy. Słowo jako broń silniejsze jest od kul, bo z bitwy przy użyciu broni władze zawsze wyciągnęłyby jakąś korzyść”.
Takie bon moty rzucał Tygrys Tygrysów, Nimr al-Nimr. Nie szczędził sił, by pokazać, że to nie jest przypadkowe nazwisko. Urodził się prawdopodobnie w 1959 r. lub 1960 r. w wiosce Al-Awamija w roponośnej Prowincji Wschodniej Arabii Saudyjskiej. Prawdopodobnie jako dwudziestolatek został wysłany do irańskiego Kom – kuźni szyickich teologów i politycznie zaangażowanych duchownych – na studia, które uzupełniał potem w Syrii. Kluczowy był jednak Iran: Nimr al-Nimr trafił tam pod skrzydła Wielkiego Ajatollaha Mohammada al-Husajniego al-Sziraziego, co być może nie jest bez znaczenia dla dzisiejszych wydarzeń.
Wielki Ajatollah (to tytuł dostępny dla elitarnego grona duchownych szyickich) Szirazi był jednym z mózgów rewolucji islamskiej w Iranie. Urodzony w Iraku, latami przepędzany z miejsca na miejsce, stworzył teoretyczne fundamenty dla dzisiejszej władzy duchowieństwa w Iranie, a na dodatek był autorem koncepcji „eksportu rewolucji” do innych krajów, w których żyli szyici. W swoim czasie Chomeini zmarginalizował Sziraziego, lecz nie był w stanie ukrócić wpływów Szirazijjin – grupy zwolenników koncepcji politycznych Irakijczyka – w irańskim establishmencie. Choć Szirazi zmarł w 2001 r., to na czele Szirazijjin stoi jego krewniak, równie wpływowy Wielki Ajatollah Mohammad Taki al-Modarresi, a grupa ma swoich ludzi we wszystkich kluczowych urzędach w Teheranie. Niewykluczone, że to właśnie sympatycy Szirazijjin prą do tego, by ukarać Rijad za egzekucję Nimra al-Nimra.
Tygrys Tygrysów był jednym z najbardziej obiecujących uczniów Sziraziego. Gdy po dekadzie studiów wracał w 1994 r. do Arabii Saudyjskiej, cieszył się tytułem ajatollaha i dążył do konfrontacji z sunnickim reżimem Saudów. Robert Lacey, autor książki o Arabii Saudyjskiej „Inside the Kingdom”, pisze, że Nimr al-Nimr zalecał w swoich kazaniach dla szyickich współbraci sabotowanie jakiejkolwiek współpracy z sunnickimi władzami kraju; do tego stopnia, że przestępcy – tacy, jak opisywani przez Laceya gwałciciele – mieli być osądzeni we własnym kręgu szyitów, a nie wydani saudyjskim służbom bezpieczeństwa. W 2007 r., podczas konferencji szyickich liderów w jednej z szyickich wiosek Tygrys Tygrysów żarliwie wdeptał w ziemię innych szyickich duchownych, którzy opowiadali się za podjęciem dialogu z Rijadem. Tam właśnie miały paść zacytowane wyżej słowa o „walce o swoje prawa” i „cenie, jaką przyjdzie za nią zapłacić”.
Ale Nimr al-Nimr miał też inną twarz czy też przywdziewał inną maskę. „(...) Próbował zdystansować się od wcześniej opisywanych proirańskich i antyamerykańskich oświadczeń – opisywał spotkanie Tygrysa z amerykańskimi dyplomatami autor jednej z ujawnionych przez WikiLeaks depesz. – Podkreślając, że publicznie jest portretowany jako większy radykał niż rzeczywiście wynikałoby to z jego słów, Szejk poparł inne idee, jak uczciwy proces decyzyjny ponad polityką opartą na tożsamości, pozytywny wpływ wyborów oraz silne »amerykańskie ideały«, jak wolność czy sprawiedliwość”. Podobne deklaracje – jak choćby ta o „broni ze słów” – padały potem kilkakrotnie.
No cóż, nad głową Nimra Al-Nimra zbierały się ciemne chmury i być może czuł, że Teheran nie będzie mu w stanie pomóc. Pierwszy raz aresztowano go w 2004 r., potem w 2006 r. W 2009 r., po fali zamieszek na tle wyznaniowym, do których Tygrys zresztą zagrzewał, obława na niego w okolicach rodzinnej wioski skończyła się niczym – być może pomogła rozmowa z Amerykanami rok wcześniej. Ale gdy w 2011 r. Nimr – po tym jak wybuchła arabska wiosna – znowu potępiał, krytykował i groził, miarka się przebrała. Ajatollah z Al-Awadiji był już wówczas najpopularniejszym duchowym przywódcą młodych szyitów i otwarcie mówił o secesji Prowincji Wschodniej, ewentualnie obaleniu reżimu w Rijadzie. W lipcu 2012 r. Saudyjczycy, po pościgu samochodowym i bezładnej strzelaninie, dopadli Tygrysa. Zdjęcie skręconego na samochodowym siedzeniu, czterokrotnie postrzelonego duchownego obiegło media. Trzy i pół roku później, 2 stycznia 2016 r., mimo protestów rządów, kampanii organizacji pozarządowych, burzliwych demonstracji Nimr al-Nimr (i 46 mniej lub bardziej powiązanych z nim szyickich aktywistów) skończył pod mieczem saudyjskiego kata.
Ukryta opcja szyicka
Spadające na kark duchownego ostrze rozpaliło Zatokę Perską i osierociło od trzech do siedmiu i pół miliona saudyjskich szyitów (bardziej szczegółowymi danymi 30-milionowe królestwo nie dysponuje albo też ich nie udostępnia).
„Z początku szyici stanowili małą grupę przyjaciół i stronników zięcia Mahometa, męża jego ukochanej córki Fatimy – Alego. Po śmierci Mahometa, który nie pozostawił męskiego potomka ani nie wskazał wyraźnie następcy, wśród muzułmanów zaczęła się walka o schedę po proroku, o to, kto będzie przywódcą (kalifem) wyznawców Allaha, pierwszą osobą w świecie islamu” – pisał lapidarnie Kapuściński w „Szachinszahu”. – „Stronnictwo (bo to właśnie oznacza słowo szyi’a) Alego lansuje na to stanowisko swojego przywódcę utrzymując, że Ali jest jedynym przedstawicielem rodziny proroka, ojcem dwóch wnuków Mahometa – Hasana i Husejna. Jednakże sunnicka większość przez dwadzieścia cztery lata ignoruje głos szyitów, wybierając na trzech kolejnych kalifów Abu Bakra, Umara i Utmana” – kontynuuje. Potem Ali zostanie kalifem, ale straci życie w zamachu, Hasan zostanie otruty, Husejn zginie w bitwie pod iracką Karbalą.
Niedobitki stronnictwa – dzisiejsi szyici – ujdą z życiem, rozpraszając się po całym Bliskim Wschodzie. Znajdziemy niewielkie społeczności w Afryce, ale i w Indiach, niemal na pewno – w każdym arabskim kraju. Ale najbezpieczniejszym azylem stała się dla nich Persja, dzisiejszy Iran. Tam właśnie, na zgliszczach wyplenionego przez arabską inwazję zoroastryzmu, szyizm zakorzenił się najgłębiej: był islamem niezgody, innym niż islam wzgardzanych Arabów, którzy zniszczyli wielkie cesarstwo. Przez kolejne wieki Persowie pogodzili nową religię ze wspomnieniem dawnego „pogańskiego” imperium i w opozycji do barbarzyńców z południa. W tym samym czasie stosunkowo liberalne wobec rozłamowców Imperium Osmańskie przymykało oko na istnienie dużych społeczności szyickich na swoim terenie. Dopiero nowoczesne kraje arabskie, które wyrosły na gruzach imperium, przykręciły im śrubę.
Nic dziwnego, że Teheran buduje swoją międzynarodową pozycję na szyitach. Na Bliskim Wschodzie stanowią oni 65-procentową większość w Iraku (Saddam Husajn i jego reżim miał mniejszościową, sunnicką proweniencję) i w Bahrajnie (tamtejsza monarchia to kolejny sunnicki reżim rządzący szyitami). Gdyby nie fakt, że od lat 30. ubiegłego stulecia nie przeprowadzono cenzusu powszechnego w Libanie, szyici byliby największą społecznością (choć nie większością) w tym kraju, co dawałoby im – zgodnie z lokalnym systemem politycznym – stanowisko prezydenta. 15 proc. Pakistańczyków, od 35 do 40 proc. Jemeńczyków, co najmniej 10 proc. Afgańczyków, między 10–25 proc. Saudyjczyków – to wszystko szyici. Potencjalna gigantyczna strefa wpływów, zwłaszcza gdyby zapewnić władzę tym, którzy stanowią większość, a tymi, którzy są w mniejszości, sterować, wpływając poprzez nich nawet na sunnickie rządy.
Ale zdobycie takiej pozycji nie jest łatwe. Nie dość, że sunnici nie przełknęliby zwierzchnictwa „heretyków”, to jeszcze Iran nie jest jakimś wyjątkowym dla świata muzułmańskiego sanktuarium islamu. Nawet Irańczycy, żeby odwiedzić najważniejsze sanktuaria, muszą jeździć do Iraku (Nadżaf, Karbala) lub do Arabii Saudyjskiej (Mekka). Dlatego też wierni na całym świecie muszą wiedzieć, że może ośrodki kultu są w Nadżafie, Mekce czy Jerozolimie – ale płomień wiary gorzeje w niegdysiejszej Persji.
Jeszcze jeden powrót Mahdiego
To był pierwszy dzień Muharram – pierwszego, świętego miesiąca w muzułmańskim kalendarzu roku 1400 (20 listopada 1979 r.). W Mekce kłębił się 100-tysięczny tłum pielgrzymów, o świcie wygrzebujących się z prowizorycznych posłań, tłumnie wchodzących na dziedziniec Wielkiego Meczetu, ze swoimi tobołkami i trumnami, w których wówczas przywożono prochy zmarłych krewnych, by uzyskać dla nich błogosławieństwo. Dwóch uzbrojonych jedynie w pałki policjantów przy bramie wpuszczało wszystkich, jak leci.
W ten sposób do środka weszło ok. 500 mężczyzn, którzy z przytarganych trumien wyciągnęli setki kałasznikowów, pistoletów i granatów. W ciągu kilkudziesięciu minut zajęli cały kompleks świątynny, na minaretach usytuowali snajperów, główne pomieszczenia ufortyfikowali, na murach rozmieścili uzbrojonych bojowników. Oto powrócił wyczekiwany przez muzułmanów mesjasz, Mahdi – dowiedzieli się wierni, a wkrótce później saudyjskie służby bezpieczeństwa.
Przez kolejne dwa tygodnie władze próbowały szturmować pierwszy bastion islamizmu na własnym terenie. Bezskutecznie, za to cała okolica słuchała zamiast śpiewu muezzinów wściekłych tyrad lidera radykałów Dżuhajmana al-Utajbiego. Lider bojowników pomstował na Dom Saudów i wahabicki kler w Arabii Saudyjskiej: ci pierwsi mieli stracić legitymację do władzy poprzez uległość i naśladowanie Zachodu, ci drudzy mieli zdradzić wiarę, przyzwalając na postępki tych pierwszych oraz dominację niewiernych. Impas przerwali w końcu francuscy komandosi, którzy na czas akcji mieli przejść na islam – trójka Francuzów i przeszkolone przez nich miejscowe komando w końcu zdobyli meczet siłą, co skończyło się jatką. A 63 schwytanych żywcem bojowników publicznie ścięto kilka tygodni później.
– To byli prawdziwi muzułmanie – miał z podziwem skomentować młody Saudyjczyk, przebywający wówczas w Afganistanie, niejaki Osama bin Laden. Ale na tym nie koniec reperkusji oblężenia Wielkiego Meczetu. Monarchia odpowiedziała nie tylko zaostrzonymi środkami bezpieczeństwa, lecz także zacieśnieniem sojuszu z konserwatywnymi duchownymi, pierwszą falą rygorów obyczajowych i głęboko zakorzenionym – choć niemal pewne jest, że niesłusznym – przekonaniem, iż za zamieszaniem w sanktuarium stoi Iran, świeżo zradykalizowany przez ajatollaha Chomeiniego. Mało tego, w Katif – regionie, z którego pochodził Nimr al-Nimr – niemal jednocześnie z wydarzeniami wybuchło szyickie powstanie, błyskawicznie i krwawo spacyfikowane przez rzucone tam rządowe oddziały.
Chomeini, co prawda, odciął się od wydarzeń w Mekce. Ale wojna – zimna, a czasem gorętsza – między oboma państwami wybuchła na dobre, a Irańczycy nieraz brzmieli tak, jakby cytowali przesłanie al-Utajbiego. O tym, że to nie przelewki, może świadczyć wsparcie Domu Saudów dla Saddama Husajna, który w 1980 r. zaatakował Iran: pomoc finansowa przekroczyła 30 mld dol. Irańczycy odwdzięczyli się wsparciem dla Organizacji Rewolucji Islamskiej na Półwyspie Arabskim oraz saudyjskiego Hezbollahu, dwóch zbrojnych szyickich organizacji, działających w latach 80. i na początku lat 90. w Arabii Saudyjskiej. Rijad najgłośniej bił na alarm w sprawie irańskiego programu nuklearnego, grożąc uruchomieniem własnego programu zbrojeń, oraz w kwestii wpływów Teheranu w Iraku po obaleniu Husajna. W 2011 r. Amerykanie ujawnili, jakoby irańscy agenci w USA planowali zamach na saudyjskiego ambasadora – w sprawie zapadły nawet wyroki, ale poza gniewnymi oświadczeniami zainteresowanych Teheran i Rijad nie zerwały stosunków dyplomatycznych. Podobnie rok później, gdy na forum ONZ oba kraje obrzucały się oskarżeniami o próby eksploatacji złóż ropy i gazu, leżących poza ich terytoriami. Ba, jeszcze na kilka dni przed egzekucją Tygrysa Tygrysów Irańczycy oskarżali Saudyjczyków o promowanie terroryzmu i wykorzystanie katastrofy w Mekce (gdy na tłum pielgrzymów zawalił się dźwig) do potajemnego porwania irańskich dyplomatów.
Tym pyskówkom towarzyszy też rywalizacja o prestiż i przywództwo w świecie muzułmańskim. Wysłannicy obu państw pojawiali się wszędzie, gdzie wierni byli w opałach: w Afganistanie, na Bałkanach czy w południowo-wschodniej Azji, budując meczety, centra kultury i podsyłając duchownych. Wydana przez Chomeiniego tuż przed śmiercią fatwa, religijny wyrok, nakazujący zabicie Salmana Rushdiego, została wydana wskutek interwencji pakistańskich i indyjskich duchownych, którzy przekonywali władze w Teheranie, że „należy coś z tym heretykiem zrobić, świat islamu patrzy”. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej „Szatańskie wersety” można było kupić w Iranie, a w magazynach literackich ukazały się recenzje książki („Nic nadzwyczajnego, poprzednia była lepsza”). Irańczycy, w tej konkurencji dysponujący mniejszościowym – bo głównie jednak szyickim – audytorium i znacznie mniejszymi zasobami gotówki, mimo wszystko czasem odnosili sukcesy: w 2008 r., niecałe dwa lata po odparciu izraelskiej interwencji, protegowany Iranu i przywódca libańskiego Hezbollahu Szejk Nasrallah w badaniach opinii społecznej został uznany za „najbardziej podziwianego arabskiego przywódcę”.
Potrząsanie szachownicą
W ostatnich miesiącach punktował Iran. Administracja prezydenta Hasana Rouhaniego dopięła porozumienie nuklearne, w perspektywie jest stopniowe znoszenie sankcji, odblokowanie gospodarki i środków zamrożonych na zagranicznych kontach. W Jemenie plemienna szyicka rebelia odsunęła od władzy sunnicki rząd prezydenta Abd Rabbuha Mansura Hadiego. Przerażony zwycięstwami i zbrodniami Państwa Islamskiego świat przymknął oko na pomoc udzielaną reżimowi Baszara al-Asada w Syrii.
Pionki zmieniły pola, ale teraz czas na sekwencję ruchów Saudyjczyków. – Egzekucja al-Nimra to sygnał dla szyickiej i sunnickiej opozycji w królestwie, że ci, którzy rzucą wyzwanie monarchii słowem czy czynem, zapłacą wysoką cenę – twierdzi Aaron David Miller, były amerykański negocjator na Bliskim Wschodzie. – Poza tym Saudowie zagrali kartą wyznaniową, by wzburzyć sunnitów i odciągnąć uwagę od rosnącego deficytu budżetowego i cięć zasiłków wymuszonych spadającą ceną ropy – dorzuca. Wedle tej filozofii ostra reakcja Teheranu była wkalkulowana w spór, a spodziewanym celem jest ponowne wpędzenie Iranu w izolację, tym razem napędzaną przez państwa sunnickie.
Niestety, w tej grze nie będzie ostatecznych zwycięzców, można tylko potrząsać szachownicą w nadziei, że jeszcze któryś pionek się przesunie. Przykładowo, jak podkreśla Miller, konflikt irańsko-saudyjski zastopuje próby sformowania koalicji, mającej szanse na zgniecenie quasi-kalifatu na terytoriach Syrii i Iraku. Ale być może o to chodzi: na zniszczenie Państwa Islamskiego zawsze będzie czas, na razie jednak – niechaj rośnie w siłę. Gdy już urośnie, świat będzie błagać Irańczyków, by coś z tym zrobili, i wtedy będzie można powierzyć kontrolę nad tym terytorium zaprzyjaźnionym szyickim reżimom (perspektywa Teheranu)? A może kalifat zdąży rozpędzić czystki etniczne – skierowane przede wszystkim przeciwko szyitom – do tego stopnia, że na jego gruzach powstanie prawowierne, sunnickie państwo, wbijające się klinem między wyspy szyizmu (perspektywa Rijadu)?
Jedyne, co przetrwa, to wrogość. W interesie graczy jest, by była odwieczna.