Zniszczyć Państwo Islamskie. Wybić ich co do jednego. Odepchnąć imigrantów od granic Zachodu, a przynajmniej ich na nich zatrzymać. Rozwiązać problemy Trzeciego Świata. Nie starczy palców, by wyliczyć wszystkie pomysły na likwidację quasi-kalifatu. Problem w tym, że żaden nie gwarantuje likwidacji bastionu dżihadystów
Dziennik Gazeta Prawna
Dziennik Gazeta Prawna
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Tym razem Barack Obama zabrzmiał wyjątkowo dosadnie. – Niesprawiedliwość i dyskryminacja pomagają Państwu Islamskiemu i podminowują nasze bezpieczeństwo narodowe. Dlatego, nawet gdy zniszczymy ISIS na polu bitwy – a zniszczymy ich – odbierzemy też ziemię, na której się zagnieździli. Odetniemy im finansowanie. Upolujemy ich przywódców. Rozmontujemy ich siatkę i linie dostaw i całkowicie ich zniszczymy – zapowiadał podczas poniedziałkowej konferencji prasowej w malezyjskim Kuala Lumpur. – Proces ten już trwa, chcemy jednak być pewni, że nie utracimy przy tym naszych wartości i nie naruszymy własnych reguł. Zrobimy wszystko, co możliwe, by uchronić wartość tolerancji, różnorodności i równości, które pozwalają Ameryce zachować jej potęgę – dorzucał.

Reklama
Mniej więcej w tym samym czasie w waszyngtońskich biurach wiceprezydenta Joe Bidena spotkali się ambasadorowie i wysłannicy niemal wszystkich 65 państw, które włączyły się na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy w zwalczanie Państwa Islamskiego. Atmosfera też była bojowa. – Biden powiedział, że każdy wie, co należy zrobić, i nie ma wątpliwości, że damy radę. Ale musimy też zmusić się do większego wysiłku – relacjonował, zachowując anonimowość, jeden z uczestników spotkania. – „Skoncentrować się bardziej” – to była kluczowa fraza. Wszyscy musimy zaangażować się w większym stopniu: więcej żołnierzy, więcej samolotów, więcej pieniędzy. Jeśli tego nie zrobimy, ta sprawa będzie się ciągnąć latami – opowiadał.
Łatwo powiedzieć.
Wojna...
– My nawet nie próbujemy zniszczyć Państwa Islamskiego – skwitował kilka dni temu generał Tom McInerney. Emerytowany wojskowy nie jest byle oficerem: przez 35 lat w mundurze dochrapał się stanowiska jednego z wiceszefów sztabu, w amerykańskich siłach lotniczych był do niedawna „numerem trzy”, latał w Wietnamie, był wiceszefem sił lotniczych USA w Europie. I jest cięty na lokatora Białego Domu, tym bardziej że podpiera się konkretnymi danymi.
– Obama nie ma strategii, dlatego po 16 miesiącach kampanii lotniczej jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy na jej początku – komentował McInerney. – „Pustynna burza” to było 600 tys. żołnierzy przeciw siłom Saddama Husajna. Mieliśmy 43-dniową kampanię lotniczą i 100-godzinną operację lądową. Teraz powinniśmy wszcząć nieustanną kampanię nalotów, od 500 do 1000 uderzeń dziennie, w porównaniu z obecną statystyką 18 bomb dziennie. W czasie wojny w Zatoce codziennie uderzaliśmy średnio 1100 razy, w trakcie operacji „Iraqi Freedom” w 2003 r. było to 800 uderzeń dziennie. Potrzebujemy nalotów, które wyeliminują wszystkie linie komunikacyjne, przez co rozumiem przede wszystkim autostrady. Autostrada 47 z Rakki do Mosulu – po niej nic nie powinno jeździć. Autostrada 1, z Mosulu do Bagdadu, po niej nic nie powinno jeździć. Innymi słowy, trzeba zacząć głodzić Rakkę i Mosul – wyliczał.
To dopiero początek. – Po drugie, powinniśmy dorwać się do ich ośrodków dowodzenia, kontroli itp., o których wiemy, że istnieją. Po trzecie, musimy im odebrać paliwo i pojazdy, którymi transportują ropę. Patrzę właśnie na zdjęcie z Rakki, główna kwatera ISIS, islamski sąd w mieście. Wszystkie te budynki wciąż stoją. Dlaczego? Krótko mówiąc, my nie wykorzystujemy swojej siły w powietrzu – mówił wojskowy. – Francuzi? Oni wykonują może dziesięć lotów dziennie. To niczemu nie służy – dorzucał. Paryż zresztą zdaje sobie sprawę, że wojna, do której zagrzewa prezydent François Hollande jest – i jeszcze długo będzie – raczej symbolicznym prztyczkiem w nos kalifa. – Zwycięstwo, zniszczenie ISIS, wymaga żołnierzy na lądzie – przyznał w niedzielę szef francuskiego ministerstwa obrony Jean-Yves Le Drian. – Niekoniecznie francuskich – dorzucił natychmiast. Pointa, która musiała zmrozić jego odpowiedników w Europie i za Atlantykiem.
Paradoksalnie, najboleśniejsze ciosy Państwu Islamskiemu zadają Rosjanie, których prezentuje się jako dodatkową chochlę mieszającą w bliskowschodnim kotle. Zwłaszcza po tym, jak ujawniono przyczynę katastrofy rosyjskiego samolotu pasażerskiego nad Synajem 31 października, rosyjski kontyngent przystąpił do zmasowanych ataków. Fala nalotów przeprowadzonych kilka dni temu, jeśli wierzyć rozmaitym – rosyjskim i bliskowschodnim – źródłom miała doprowadzić do zniszczenia 26 centrów dowodzenia, 35 magazynów, 28 ufortyfikowanych stanowisk, trzech obozów szkoleniowych, ośmiu fabryk materiałów wybuchowych i 86 egzemplarzy ciężkiej broni, w której to kategorii lokowałaby się zarówno artyleria, jak i np. czołgi. Tylko w piątek w rosyjskich nalotach miało zginąć około 600 dżihadystów. – Zostały im zaledwie 34 bazy w Mosulu, Rakce i innych miejscach – triumfował dziennikarz z irackiej agencji prasowej Al-Nakhil, Mohammad Ali al-Hakim. – Koniec kalifatu jest bliski – dorzucał.
Z militarnego punktu widzenia, przy całej sile ognia i pomijając skrupuły w wyznaczaniu celów w centrach gęsto zaludnionych miast, jak Mosul czy Rakka, rzeczywiście nietrudno rozbić infrastrukturę kalifatu w proch i pył. Ale ISIS w swoich rozmaitych mutacjach w ciągu ostatniej dekady nie potrzebował centrów dowodzenia ani infrastruktury pod postacią autostrad. Był terrorystycznym podziemiem i w takie terrorystyczne podziemie może się ponownie błyskawicznie obrócić, nawet – albo zwłaszcza – jeśli dojdzie do ofensywy lądowej.
Tu dochodzimy do pytania, kto miałby takiej ofensywy dokonać. W grę nie wchodzi żadna z obecnych w Syrii sił: armia rządu Baszara al-Asada trzyma pozycje na zachodzie kraju w sporej mierze dzięki wsparciu Rosji, Iranu i libańskiego Hezbollahu. Nic nie wskazuje na to, by alawici, chrześcijanie, jazydzi, Turkmeni czy jakakolwiek inna grupa etniczna lub religijna miała chęć przywracać kontrolę Damaszku nad zdominowanymi przez sunnitów terytoriami. Nie mają jej również stosunkowo silni i dobrze zorganizowani Kurdowie – w przeciwieństwie do Sojuszu Północnego w Afganistanie, Kurdowie nigdy nie mieli ambicji zaprowadzania własnych rządów w Bagdadzie czy Damaszku. Najchętniej podpięliby swoje syryjskie enklawy pod kurdyjską autonomię na północy Iraku i dobrze się tam okopali. Wolna Armia Syrii – mieszanina lokalnych komendantów, dezerterów z armii – cieszy się co prawda poparciem Zachodu, ale głównie retorycznym. Jako siła wojskowa z trudem jest w stanie obronić własne pozycje, z reguły zresztą blisko „przytulone” do terytoriów, na których trzyma się jeszcze Asad.
Pozostają więc siły zewnętrzne. Te, które już są na miejscu, to Irańczycy i Libańczycy z Hezbollahu. W obu przypadkach szyici, którzy zapewne aż się palą do pomszczenia tysięcy współwyznawców, wymordowanych przez sunnickie ISIS. Ale też w obu przypadkach wytrawni polityczni gracze, którzy zdają sobie sprawę, że jeśli zaczną odbijać sunnickie ziemie, do kalifatu mogą popłynąć fundusze z sunnickich państw Zatoki – jak Arabia Saudyjska, Katar czy Emiraty – co zamieni pełzającą wojnę religijną w wojnę religijną pełną gębą. Na miejscu są też iracka armia rządowa i Rosjanie. Ta pierwsza ponosi straty w walkach z dżihadystami – bo jest słabo wyszkolona i jeszcze gorzej zmotywowana. Ci drudzy nie mają zamiaru ponosić olbrzymich strat: chcą umocnić Baszara al-Asada na jego skrawkach terytorium, okopać się w okolicach Latakii i móc użyć Syrii jako potencjalnej karty przetargowej w sporach z Zachodem.
Pozostaje jeszcze Zachód. – Eskalacja operacji wojskowych kosztuje. To kwestia, o której politycy nie mówią, za to staje się kluczowa, gdy zaczyna się kampania militarna – wytyka kąśliwie politolog z Uniwersytetu Princeton Julian Zelizer. – A teraz Republikanie jasno mówią, że nie podniosą podatków. Demokraci zaś jak dotąd nie wyjaśnili, skąd wzięliby dodatkowe przychody budżetowe lub jakich cięć dokonali, żeby sfinansować taką zmianę polityki – dodaje.
Pozostaje jeszcze prywatna inicjatywa. Tak jak do Państwa Islamskiego ściągają ochotnicy do walki z niewiernymi, tak do Kurdów czy Wolnej Armii Syrii przystają sympatycy z całego świata. Późnym latem tego roku szacowano ich liczbę na około 20–30 tys. osób, ale struktura narodowościowa czy jakościowa tego pospolitego ruszenia jest kompletnie nieprzejrzysta. Amerykanie doliczyli się np. około 70 ochotników, którzy przystali do Kurdów lub Wolnej Armii Syrii. Ale czy w tej liczbie są najemnicy, których werbuje choćby firma Horner G7S Mercenary Incorporated (stawka za rok „służby” to 600 tysięcy dol., wcześniejsze doświadczenie nie jest wymagane)? I czy rzeczywiście firma wysłała już do Syrii około 20 tys. ochotników, jak twierdzą jej przedstawiciele? Obiegowa plotka głosi, że cała ta inicjatywa to element kampanii wyborczej Donalda Trumpa, tak czy inaczej, wpływu cudzoziemskich ochotników na sytuację wojskową w Syrii nie widać.
I długo jeszcze widać nie będzie.
...to przedłużenie polityki
Zanim jeszcze we wtorek polityczne salony zadrżały pod wpływem upadku rosyjskiego myśliwca na turecko-syryjskim pograniczu, było jasne, że w Syrii – i wokół Syrii – toczy się kilka nakładających się na siebie wojen. – To odpowiednik wojny trzydziestoletniej w Europie – twierdzi brytyjski reporter i komentator Patrick Cockburn. Innymi słowy, żeby usunąć ISIS – czy to w obecnej formie parapaństwa, czy przeszłej/przyszłej dżihadystowskiego podziemia – należałoby znaleźć rozwiązanie konfliktów datujących się na dziesiątki, ba, setki lat. Żadna ze stron tych sporów nie lubi ISIS – za to wielu z nich kalifat wydaje się użytecznym narzędziem.
Weźmy pierwszy z brzegu – i kluczowy – konflikt: rywalizację między sunnitami i szyitami. Oba odłamy islamu darzą się szczerą niechęcią od VII wieku, choć od czasu do czasu zmuszone są koegzystować, jak w Imperium Osmańskim czy współczesnym Libanie albo Iraku. Oba odłamy przypisują sobie doktrynalną i polityczną legitymację do przewodzenia wszystkim muzułmanom. Dziś te ambicje są domeną dwóch krajów: Arabii Saudyjskiej (sunnici) i Iranu (szyici). Oba dzielą jedynie wody Zatoki Perskiej i oba darzą się szczerą niechęcią: Saudyjczycy – i inne sunnickie kraje Bliskiego Wschodu – oskarżają Irańczyków o podburzanie miejscowych społeczności szyickich, z reguły skupionych w określonych regionach, co oznacza groźbę separatyzmu (skądinąd uzasadnioną – jeśli weźmie się pod uwagę rebelię w Jemenie). W odwodzie pozostaje zawsze zarzut herezji – dla bojowników Państwa Islamskiego wystarczający, by likwidować szyitów bez żadnej litości, całymi tysiącami. Teheran z kolei przypisuje sunnitom agresywne zamiary, których dowodem może być agresja Saddama Husajna w 1980 r. czy ciche wsparcie dla reżimu talibów w latach 90. Ostatecznym argumentem może być arabski podbój perskiego imperium w połowie VII wieku i kolektywne przekonanie o „barbarzyństwie” i „dewocji” arabskich/sunnickich sąsiadów.
Arabia Saudyjska i jej regionalni alianci znad Zatoki Perskiej uważają najprawdopodobniej kalifat za niezłe narzędzie ograniczania wpływów w regionie. To, co dzieje się pod rządami dżihadystów, ma charakter czystki etnicznej i religijnej, której celem są nie tyle mniejszości chrześcijańskie czy sekty, ile wielomilionowa rzesza szyitów, zarówno w Syrii, jak i Iraku. Im więcej krwi upuszczą im zwolennicy Państwa Islamskiego, tym bardziej ograniczone będą wpływy Iranu w tym kluczowym dla Bliskiego Wschodu regionie. Paradoksalnie, Iran widzi sprawy w zbliżony sposób: im dłużej Państwo Islamskie panoszy się na podbitych terenach, tym bardziej inni – zwłaszcza Zachód – czują się bezradni. Gdy Teheran uzna, że poczucie bezradności sięgnęło apogeum, Irańczycy zaoferują być może pomoc w postaci interwencji zbrojnej. Przy okazji obronią reżim Asada, który będzie wobec nich lojalny jak nigdy wcześniej (podobnie zresztą jak rząd w Bagdadzie).
Weźmy drugi konflikt, który rozgrywa się na peryferiach kalifatu: między Turcją a Kurdami. Dekadę temu wydawało się, że Recep Tayyip Erdogan – wieloletni premier, a dziś prezydent Turcji – zasypuje przepaść wykopaną między Turkami a Kurdami przez wieloletnią wojnę domową na wschodzie Turcji. Erdogan obdarzył tureckich Kurdów wolnościami, jakich nie doświadczyli od czasów Osmanów – stworzył możliwość posługiwania się językiem kurdyjskim w przestrzeni publicznej, otworzył pewne możliwości uczestniczenia w polityce, rozpoczął nieformalny dialog pokojowy z partyzantką Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), poprzez jej uwięzionego przywódcę – Abdullaha Ocalana. Ale po dekadzie prosperity, 10-procentowego wzrostu gospodarczego i rządów bez żadnych przystawek Erdogan poczuł, że Kurdów już nie potrzebuje – i zaczął się wycofywać z ustępstw. Tegoroczne wybory nad Bosforem udowodniły, że i Kurdowie już na niego nie liczą.
Skutkiem było przymknięcie przez Ankarę oka na rozrost kalifatu tuż za granicą. Państwo Islamskie wykrwawiało przeciwników Erdogana – z jednej strony reżim Asada, z drugiej – właśnie Kurdów, oblężonych w ich enklawach na północy i północnym wschodzie Syrii i Iraku. Wojna na tych terenach wyssała z Turcji większość partyzantów PKK, którzy ruszyli bronić pobratymców. Ankara przyglądała się temu bezczynnie, a zmuszona do podjęcia jakiejś akcji przez Zachód... zbombardowała Kurdów. I mimo kilku zamachów, za którymi stoi prawdopodobnie ISIS, nadal trzyma się tej taktyki, w myśl filozofii „wróg mojego wroga niekoniecznie musi być moim przyjacielem, ale...”.
Do tego dołóżmy jeszcze trzecią płaszczyznę sporów: nową zimną wojnę, na jaką poszły dwa lata temu Rosja i Zachód. Rosjanie już wtedy przepowiadali dżihadystowską irredentę w Syrii. Ich przestrogi zostały zlekceważone – uznawano je za prymitywną próbę obrony reżimu Asada, ostatniego względnie wiernego alianta Moskwy w regionie. Tymczasem obrona Asada jest dla Kremla Realpolitik: Zachód skreślił „brutalny reżim Asada”, brzydził się dżihadystów spod znaku Frontu al-Nusra i postawił na chaotyczny zlepek nibyświeckich watażków spod znaku Wolnej Armii Syrii. Ale nawet tym ostatnim zapewnił co najwyżej „wsparcie moralne”. Dziś, pozwalając kalifatowi na rozplenienie się, Rosja kalkuluje podobnie jak Iran: jak będzie można uzyskać ustępstwa Zachodu, wtedy sprawę kalifatu załatwi się szybko i sprawnie.
Żeby skutecznie odciąć dżihadystów od politycznego zaplecza, należałoby rozwiązać te konflikty. A to zasługiwałoby co najmniej na pokojowego Nobla.
Jesteśmy Legionem
– Jestem wdzięczny każdemu, kto angażuje się w walkę z takim rodzajem zła – uciął w parlamentarnej debacie w Westminsterze minister odpowiedzialny za bezpieczeństwo narodowe John Hayes, pytanie o kampanię hakerskiej międzynarodówki Anonymous przeciwko ISIS.
10 tys. stron internetowych, z czego około połowa to mogą być profile na portalach społecznościowych – taki jest rezultat zainicjowanej po zamachach w Paryżu kampanii hakerskiej wymierzonej w Państwo Islamskie. Członkowie Anonymous twierdzą, że na masową skalę dezaktywują konta na Twitterze, witryny dżihadystów są atakowane za pomocą najprostszego – i względnie skutecznego – ataku DDoS (distributed denial of service, czyli próby połączenia się z witryną z tylu adresów na świecie, że w efekcie witryna się zawiesza). Gdyby jakiś amator chciał się przyłączyć, hakerzy opublikowali instruktaż pozwalający dokonać ataku na własną rękę. Mało tego, Anonymous zapewniają, że zdobyli informacje o planowanych przez dżihadystów zamachach w Libanie, Paryżu, Mediolanie i Atlancie. W tym ostatnim przypadku celem miała być zorganizowana w ostatnią niedzielę gala wrestlingu – co FBI uznała skądinąd za „niewiarygodne” zagrożenie.
– Anonymous są mało wyrafinowani – skwitowała popisy hakerów grupa haktywistów o wdzięcznej nazwie Ghost Security Group (GSG). To akurat „rozłamowcy”, wywodzący się z Anonymous, którzy uznają, że atakowanie powszechnie dostępnych witryn czy kont nie przynosi ISIS wielkiej szkody. GSG obstawia inwigilację elektronicznej komunikacji kalifatu. Ich działania miały przynieść już realny skutek: na podstawie informacji dostarczonych przez GSG brytyjskie i tunezyjskie służby bezpieczeństwa miały udaremnić zamach terrorystyczny na wyspie Dżerba. – Tweetujący dżihadysta to odsłonięty dżihadysta. Ludzie z GSG ratują życie – kwitował Michael Smith z firmy doradczej Kronos Advisory, która służy za pośrednika między GSG a służbami bezpieczeństwa.
Niewykluczone, że w przechwałkach hakerów tkwi ziarno prawdy, choć w swojej karierze wieszczyli już rychły koniec meksykańskich narkokarteli, Facebooka i Chin. Faktem jest, że jednym z kluczowych elementów sukcesu ISIS jest imperium propagandy, jakim obrósł kalifat. Tysiące profilów na stronach portali społecznościowych, witryn, kanałów na YouTube, transfery finansowe, rezerwacje biletów – tropów wiodących do Państwa Islamskiego nie brakuje. A to właśnie propagandowa machina przekonuje dziesiątki sfrustrowanych dwudziestolatków – zarówno mężczyzn, jak i kobiet – do wyjazdu na „ziemię dżihadu”. Pytanie, ilu z tych rekrutów nie zradykalizowałoby się, gdyby nie łatwy dostęp do materiałów produkowanych w multimedialnych studiach kalifatu. I dlaczego nikt tego aparatu propagandy nie niszczy na bieżąco.
Reklama dźwignią handlu
„Wojna narracji stała się ważniejsza od wojen marynarek wojennych, napalmu i noży” – to bon mot Omara Hammamiego, amerykańskiego ochotnika i jednego z liderów bojówek dżihadystowskiej organizacji z Somalii, Asz-Szabab. Wygląda na to, że dotychczas rządowi specjaliści skoncentrowali się na budowaniu własnej narracji. Centrum ds. Strategicznej Komunikacji Antyterrorystycznej (Center for Strategic Counterterrorism Communications, CSCC), działające przy Departamencie Stanu USA, do wiosny tego roku umieściło w sieci około 50 tys. rozmaitych przesłań po arabsku i angielsku, w urdu i somali – od klipów wideo po tweety potępiające działania ISIS. Komórka CSCC określana jako „digital outreach team” (zespół cyfrowego zasięgu) dokonała licznych włamań na fora dżihadystów, sabotowała też hashtagi ISIS na Twitterze. Ale w przeciekach o działaniach CSCC nie ma ani słowa o choćby jednej zlikwidowanej witrynie czy zablokowanym serwerze. Być może te internetowe fora czy profile są służbom bezpieczeństwa potrzebne do namierzenia użytkowników. Ale jak dotąd, choć „wojna z terroryzmem” trwa od kilkunastu lat, nie ma śladu, by uzyskane w sieci informacje doprowadziły do schwytania jakiegoś terrorysty lub udaremnienia zamachu (wyjąwszy, być może, ostatnie rewelacje hakerów).
Bez pieniędzy nie ma walki
Koniec końców, żeby zlikwidować ISIS, należałoby odciąć organizację od pieniędzy. Pierwszym źródłem próbują zająć się od pewnego czasu amerykańscy i rosyjscy piloci. Tylko w ostatni poniedziałek Amerykanie poinformowali o zniszczeniu 283 cystern z ropą w okolicach Al-Hasaka i Deir ez-Zor. Syryjska Agencja Prasowa informowała z kolei, że w ubiegłym tygodniu pod rosyjskimi bombami spłonęło około pół tysiąca cystern. Oczywiście, znów należałoby spytać, dlaczego dopiero teraz.
Ale ropa to niejedyne źródło dochodów kalifatu. Oprócz okupów za zakładników oraz rabowania banków na podbitych terenach – źródeł, które już wyschły – ISIS mogło liczyć również na sponsorów w sunnickich państwach Zatoki Perskiej, wyprzedawanie starożytności zrabowanych w miejscach takich jak zniszczona niedawno Palmyra czy podatki zbierane od miejscowej ludności.
Być może sponsorów kalifatu mogliby zdyscyplinować władcy Arabii Saudyjskiej czy Kataru – ale tego nie zrobią. Dom Saudów jest uważany przez muzułmańskich radykałów za uzurpatorską monarchię, która przywłaszczyła sobie świętą ziemię islamu, Mekkę i Medynę. Jak spekulują eksperci, dlatego Rijad woli przymknąć oko na przepływ funduszy – niegdyś dla Al-Kaidy, teraz dla ISIS – kupując sobie spokój na własnym terenie. Z kolei Katarczycy traktują wpływ na radykałów jako środek budowania własnej pozycji międzynarodowej – według tej samej filozofii, dzięki której zdobyli prawo do organizowania mistrzostw świata w piłce nożnej.
Może i łatwiej byłoby zlikwidować nielegalny handel starożytnościami. W tym procederze uczestniczy jednak globalne podziemie przestępcze, organizując przerzut antyków przez kolejne granice, a następnie dostawy dla handlarzy i klientów. Ostatnia fala apeli i ostrzeżeń przed zakupem „krwawych zabytków” przetoczyła się przez świat latem tego roku – bezskutecznie, znalezienie w zachodnich stolicach antykwariatów oferujących zakup syryjskich artefaktów nie jest zadaniem trudnym. Poproszony przez redakcję dziennika „The Guardian” archeolog odnalazł w londyńskich sklepach zabytki z II–IV w. już po kilkugodzinnym spacerze. – Gdyby nie było kupców, nikt by za tym nie kopał – podsumował Neil Brodie, kryminolog z Uniwersytetu w Glasgow. – Te rzeczy się po prostu sprzedają.
„Skoncentrowany wysiłek”, do jakiego dziarsko nawołują zachodni politycy, musiałby zatem objąć zarówno środki militarne, jak i ofensywę polityczną, mobilizację wszelkich służb oraz samych społeczeństw. Wymagałby gigantycznych wydatków, bolesnych dla prestiżu wielu państw kompromisów, prowadzonych na globalną skalę operacji służb kryminalnych, a także stworzenia całych zastępów haktywistów, którzy niszczyliby ISIS w sieci. Można być pewnym, że politycy w najbliższych tygodniach chętnie o tych wszystkich kwestiach podyskutują.