W Polsce trwa przedwyborczy rytuał. Rytuał narzekania na polityków, którzy ośmielili się wyborcom coś obiecać. Skandal! Populizm! – słychać. I to dowód na to, jak niewiele rozumiemy z demokracji
Znów błysnęło i zagrzmiało, bo prof. Leszek Balcerowicz udzielił w ubiegłym tygodniu wywiadów „Rzeczpospolitej” i tygodnikowi „Wprost”. Ojciec terapii szokowej ciskał w nich gromy na prawo i lewo. Dosłownie. „W Polsce nie ma czegoś takiego, jak lewica i prawica. Ja lansuję nazwę lewoprawica. To taka formacja, która jest etatystyczna i kieruje się retoryką kolektywistyczną” – mówił. Balcerowicza – z roku na rok radykalizującego się w libertarianizmie – zdenerwowały postulaty socjalne zgłaszane przez obie największe polskie partie polityczne: odwrócenie reformy emerytalnej, dodatki na dzieci lub pomoc dla uwięzionych w pułapce kredytu hipotecznego.
Argumentacja Balcerowicza dobrze wyraża tęsknotę dużej części polskich elit opiniotwórczych za dobrymi czasami neoliberalnego konsensusu. Gdy wiadomo było, że jest jeden przepis na dobrą gospodarkę. Że są wskaźniki i rankingi MFW lub Banku Światowego i wystarczy się ich trzymać, żeby prężnie się rozwijała. I gdy wszyscy dobrze rozumieli, że każdy postulat socjalny czy redystrybucyjny to spowalnianie marszu ku świetlanej przyszłości.