Wraz z każdą kampanią wyborczą pojawiają się głosy, aby „nie dzielić Polaków”, a także zarzuty, że „pan X dzieli Polaków”. Nowo zaprzysiężony prezydent stwierdził nawet, że będzie się starał odbudowywać wspólnotę. W dyskursie publicznym wydaje się, że panują proste wartościowania: „wspólnota jest dobra, podział – zły”. Jednakże trudno z poszczególnych wypowiedzi uzyskać odpowiedź na pytanie, czym w zasadzie ma być ta mityczna „wspólnota wszystkich Polaków”. Co łączyć ma różne grupy społeczne, światopoglądy i interesy?
Reklama

Reklama
Można odwołać się oczywiście do wspólnej historii i kultury. Jednakże i tutaj nie musimy się zgadzać co do przypisywania wartości określonym dziełom („Lalka” czy „Potop”?), wydarzeniom (praca u podstaw czy powstanie?) czy światopoglądom (pozytywizm czy romantyzm?). Można zadać pytanie, czy demokratyczna wspólnota polityczna w ogóle musi zakładać zgodę w powyższych kwestiach? Wielki filozof polityczny John Rawls stwierdził, że społeczeństwo demokratyczne nie jest ani wspólnotą, ani stowarzyszeniem. Dlaczego nie jest stowarzyszeniem? A dlatego że nie jest związkiem międzyludzkim, który powstał wyłącznie dla zrealizowania określonych celów, w którym jednostki mają taką wartość, jaki jest ich wkład w ich osiągnięcie. Demokracja nie jest spółką akcyjną. Dlaczego nie jest wspólnotą? Dlatego że jedność odnośnie do preferowanych celów (wartości), światopoglądów czy interesów jest we współczesnym złożonym społeczeństwie niemożliwa do osiągnięcia bez użycia przymusu państwowego. Wspólnotę określić można jako taki związek międzyludzki, którego członkowie wyznają podobne wartości i łączy ich podzielany światopogląd czy doktryna. Użycie przymusu państwowego w celu wcielenia w życie określonego światopoglądu czy też realizacji interesów pewnej grupy społecznej oznacza, że dane państwo wprowadza głębokie nierówności i hierarchię obywateli. Interesy i wartości jednych stają się ważniejsze aniżeli drugich. Trudno taki ustrój nazwać demokracją.
Skoro społeczeństwo demokratyczne nie może być wspólnotą, to czy stanowić musi prowizoryczny zlepek konkurujących grup społecznych i interesów? Wydaje się, że można oprzeć społeczeństwo demokratyczne na innym fundamencie aniżeli wspólnota w powyższym znaczeniu. Podstawą może być afirmacja pluralizmu. To, że współczesne społeczeństwa cechuje pluralizm światopoglądów i interesów, nie oznacza, iż dotyka nas jakieś zło. Różnorodność może wzbogacać nas duchowo (chociażby przez konieczność dialogu z innymi), lecz także materialnie (konkurencja może prowadzić do innowacji itp.). Pluralizm nie oznacza też, że uznać należy nadrzędną wartość partykularnych punktów widzenia i wszelkie decyzje polityczne oddać w ręce demokratycznej gry wyborczej i „żelaznych praw” wolnego rynku. Potrzebujemy bowiem reguł, które organizowałyby nasze życie polityczne, jednakże w taki sposób, który z góry nie wykluczałby pewnych grup obywateli, o ile ich doktryny i dążenia nie naruszają praw innych.
Zło pojawia się bowiem wtedy, gdy przedstawiciele określonego partykularnego punktu widzenia (doktryny czy interesu) próbują nie tylko przedstawić go jako punkt widzenia wszystkich obywateli, lecz przede wszystkim gdy narzucają go za pomocą aparatu państwowego. Aby temu zapobiec, potrzebujemy konstytucji regulującej zdobywanie i sprawowanie władzy, a także wartości konstytucyjnych możliwych do przyjęcia przez różniących się obywateli i ich wspólnoty. To nie brak „wspólnoty wszystkich Polaków” jest bolączką polskiej demokracji, lecz brak afirmacji pluralizmu i wartości konstytucyjnych. Uniemożliwia on postrzeganie w przeciwnikach politycznych patriotów i wpływa na brak szacunku wobec oponentów politycznych. Strony politycznego sporu przedstawiają swoich oponentów jako ludzi, którzy albo pobłądzili i nie dane im jest poznanie prawdy, albo wyznają „antywartości” i kieruje nimi zła wola. Powstaje klimat „złej różnorodności”. Złej, albowiem stanowisko inne od mojego jawić się zaczyna jako błędne, szkodliwe i z gruntu niesłuszne. Na takiej postawie trudno budować demokrację, w której każdy obywatel mógłby czuć się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa demokratycznego, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna aktualnie sprawuje rządy.
Czy jesteśmy skazani na „złą różnorodność”? Czy aby ją pokonać, musimy zmieniać konstytucję? Wydaje się, że wręcz przeciwnie: powinniśmy ją zacząć czytać jako akt, który nie tylko reguluje wyłanianie i sprawowanie władzy politycznej, ale też jako akt wyrażający pewne moralne zasady i polityczne wartości. Już w preambule możemy odnaleźć afirmację pluralizmu, która wskazuje ogólną formę dialogu między różnymi stanowiskami światopoglądowymi, filozoficznymi czy religijnymi. Czytamy bowiem, że suwerenem jesteśmy „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski”. Konstytucja nie tylko uznaje pluralizm, ale też podkreśla równość obywateli Rzeczpospolitej. Prowadzi to nas do innej często pomijanej wartości. Dlaczego bowiem obywatele mają uznawać państwo za swoje? Nie tylko dlatego, że nadaje przyjazne im równe prawa, ale też dlatego, że jest sprawiedliwe. Sprawiedliwe zarówno w bezstronnym i rzetelnym stosowaniu prawa, tak by – nawiązując do preambuły – „działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność”, lecz także w sposób określony przez art. 2 jako „urzeczywistniający zasady sprawiedliwości społecznej”. Sprawiedliwe wyważenie potrzeb i interesów obywateli oraz afirmacja pluralizmu stanowią wyzwania dla polityków, urzędników, ekspertów i zwykłych obywateli, którym trudno jest sprostać. Jednakże należy pamiętać, że konstytucja w wymiarze aksjologicznym nie opisuje stanu faktycznego, lecz wyznacza cel, do którego powinniśmy dążyć. Patrząc z boku na obecny stan debaty publicznej, wydaje się, że jest nam do niego bardzo daleko.