Dlaczego realizowaniem woli jednego narodu od trzech lat zajmuje się 27 innych krajów?
Reklama
Magazyn DGP 25.10.19. / Dziennik Gazeta Prawna
To, o czym wielu myślało po cichu, na głos powiedział w tym tygodniu w europarlamencie ustępujący przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. – W czasie tych 105 debat wielokrotnie musiałem z państwem omawiać wyjście Wielkiej Brytanii z UE. Prawdę mówiąc, bolało mnie, że poświęcałem tak wiele swojego mandatu na zajmowanie się brexitem, kiedy nie myślałem o niczym innym niż o tym, jak uczynić tę Unię lepszą dla jej obywateli. Strata czasu i strata energii – mówił unijny przywódca na odchodne. Ktoś ośmielony słowami lidera UE mógłby pójść o krok dalej i zapytać, dlaczego u licha realizowaniem woli jednego narodu od trzech lat zajmuje się 27 innych?
Dzięki sporemu wysiłkowi negocjacyjnemu po obu stronach kanału La Manche groźba brexitu bez umowy została zażegnana (chociaż nadal nie można go całkowicie wykluczyć). Takiego scenariusza bali się wszyscy, bo oznaczałby wymazanie dotychczasowych reguł gry w handlu i wprowadzenie z dnia na dzień kontroli granicznych. Wielkiej Brytanii i UE pozostałyby zasady Światowej Organizacji Handlu. Podobnego resetu między silnie powiązanymi partnerami gospodarczymi do tej pory nigdy nie przeprowadzono. Ale obie strony używały często bezumownego brexitu jako straszaka. Premier Boris Johnson wielokrotnie powtarzał, że do rozwodu dojdzie niezależnie od tego, czy umowa zostanie wynegocjowana czy nie. Z kolei siedzący po drugiej stronie stołu przedstawiciele UE manifestowali zmęczenie przeciągającymi się rozmowami. Ale tak jak wiele kryzysów w UE, i ten brexitowy udało się rozwiązać dosłownie na ostatniej prostej. Stanęło na tym, że Brytyjczycy najprawdopodobniej nie pożegnają się z UE do końca tego miesiąca, wbrew temu, co obiecywał Boris Johnson.
Dlaczego 27 krajów członkowskich, zamiast machnąć ręką na niekończące się negocjacje i renegocjacje umowy, do końca pozostało przy stole rozmów? Analitycy, licząc skalę potencjalnych strat, jakie brexit może przynieść europejskiej gospodarce, oszacowali, że największe powody do obaw ma Londyn. Jak podaje OECD, gospodarka brytyjska w przypadku wyjścia bez umowy mogłaby się skurczyć o 2,5 proc. PKB, podczas gdy PKB „27” średnio zmniejszyłoby się o 0,5 proc. Nie oznacza to, że umowa uchroni wszystkich członków UE od kosztów brexitu, ona ma jedynie zapewnić im w miarę miękkie lądowanie.
Co naturalne, najbardziej narażone na tąpnięcia są gospodarki krajów, które najintensywniej handlują z Wielką Brytanią. Największymi eksporterami na Wyspy są Niemcy, Holandia, Francja i Hiszpania. Polska pod względem eksportu jest dopiero na ósmym miejscu, ale już to wystarczy, by niektóre sektory naszej gospodarki mogły wpaść w tarapaty. Polski Instytut Ekonomiczny ostrzegł w tym tygodniu, że znajdziemy się w gronie państw najbardziej narażonych na brexitowe koszty, również w przypadku rozwodu na podstawie porozumienia. W tym optymistycznym wariancie nasze PKB może obniżyć się o 0,14 proc. Najbardziej zagrożony jest sektor rolno-spożywczy, który stanowi jedną piątą naszego eksportu na Wyspy. Niższe obroty handlowe mogą oznaczać dla tej branży obniżenie wartości dodanej o 0,3 mld zł i redukcję blisko 5 tys. miejsc pracy. Co ciekawe, polscy rolnicy i producenci żywności straciliby niewiele więcej w przypadku bezumownego brexitu. Jak policzył Polski Instytut Ekonomiczny, całkowity reset stosunków handlowych z Brytyjczykami dla polskiego sektora rolno-spożywczego oznaczałby stratę 0,5 mld zł i 8 tys. miejsc pracy.
Ale brexit to nie tylko gospodarka. To przede wszystkim wydarzenie historyczne niemające precedensu w liczącej ponad 60 lat historii zjednoczenia Europy. Do tej pory unijni obywatele przyzwyczajeni byli do otwierania drzwi dla nowych krajów, teraz po raz pierwszy przyjdzie je za kimś zamknąć.
„The Economist”, podsumowując polityczne turbulencje na Wyspach, pisał, że brexit zainfekował brytyjską scenę polityczną od góry do dołu. Tygodnik podkreślił, że żadna instytucja w kraju nie jest już odporna na wirusa brexitu, łącznie z królową, która na prośbę Borisa Johnsona zgodziła się zawiesić prace parlamentu w związku ze zbliżającym się rozwodem ze Wspólnotą – co nie było zgodne z brytyjskim prawem. Rzeczywiście, oglądając burzliwe obrady Izby Gmin na temat rozstania z UE, niejeden Europejczyk z kontynentu myślał zapewne nieco cieplej o swoich parlamentarzystach i w ogóle elitach politycznych, niezależnie od tego, jak ocenia ich pracę na co dzień.
A czy pozostałym 27 krajom członkowskim udało się w ostatnich trzech latach znaleźć sposób na zabezpieczenie Wspólnoty przed kolejnymi exitami? Rozwód Londynu z Brukselą przebiega na tyle burzliwie, że Unia zaczęła jawić się jako spokojna przystań chroniąca przed chaosem i niepewnością tego, co poza nią. Jak pokazują wyniki Eurobarometru, odsetek Europejczyków optymistycznie myślących o przyszłości UE jest dzisiaj o 22 proc. wyższy niż w 2016 r., kiedy Brytyjczycy w referendum zadecydowali o wyjściu, a związek ze Wspólnotą czuje obecnie więcej obywateli niż kiedykolwiek wcześniej. Okazuje się, że brexit, postrzegany na Wyspach jako wirus, w pozostałych krajach działa jak antidotum.
Wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański, który w negocjacjach brexitowych reprezentował interesy Warszawy, przestrzega jednak przed zbyt dobrym samopoczuciem. Jego zdaniem okoliczności, jakie doprowadziły do wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE, być może nie są dziś widoczne, pozostają stłumione, ale na pewno nadal występują w pozostałych krajach. – Brytyjskie referendum udowodniło, że straszenie alternatywą dla członkostwa, czyli to, co się działo w czasie kampanii referendalnej, nie jest najlepszym pomysłem na to, by utrzymywać członkostwo Wielkiej Brytanii i każdego innego państwa. Wolałbym, żeby członkostwo wszystkich krajów opierało się na pozytywnych przesłankach, a nie na tym, że alternatywa jest straszna, bo ludzie mogą stwierdzić na pewnym etapie, że się nie boją i że chcą sprawdzić, czy na pewno jest to tak bardzo straszne. W Wielkiej Brytanii to się właśnie stało. Zamiast myśleć w kategoriach jakiegoś szantażu, należy myśleć o tym, jak lepiej komunikować zalety bycia w Unii, by państwa miały pozytywne przesłanki ku temu – podkreśla wiceszef MSZ.
Unia Europejska poradziła sobie z brexitem o tyle, o ile w czasie negocjacji nie doszło do większych awantur i sporów. 27 krajów członkowskich, niezależnie od swoich narodowych interesów, pozostało do końca negocjacji politycznym monolitem, w którym Londynowi nie udało się znaleźć ani jednej szczeliny. Zadowolona z obrotu sprawy może być szczególnie Irlandia, która obawiała się, że brexit położy kres osiągniętej z trudem stabilności na granicy z Irlandią Północną. Obrona stabilności i spokoju w tym kraju pozostawała priorytetem dla Brukseli, który podzielało zgodnie 27 państw. Ostatecznie to Londyn musiał ustąpić, chociaż i UE nieco złagodziła ton w sprawie irlandzkiej granicy.
Odejście Londynu spowoduje przemeblowanie europejskiej sceny politycznej. Zabraknie dużego, liczącego się gracza, który bronił przedsiębiorców przed nadmiarem przepisów i stał na straży wolnego handlu. Polska była jednym z krajów, który wspierał te wysiłki Brytyjczyków, bo otwarte granice i brak barier współgrały również z naszym interesem. Ale nie tylko nam będzie brakować Brytyjczyków. Kraje północnej Europy, zwane koalicją złej pogody, w większości pozostające poza strefą euro, próbują już dzisiaj zwierać szyki, by bronić się przed duopolem francusko-niemieckim. Chociaż Berlin i Paryż nie mogą się ostatnio dogadać w kwestiach kluczowych reform i przyszłości UE, wiadomo, że bez Wielkiej Brytanii tym dwóm stolicom będzie o wiele łatwiej narzucić swoją wolę reszcie choćby dlatego, że osiąganie większości podczas głosowań w Radzie UE stanie się mniej skomplikowane.
Nie gaśmy jeszcze świateł. Po brexicie Londyn i Brukselę czekać będzie jeszcze druga faza rozmów o tym, jak w przyszłości mają wyglądać ich relacje handlowe. Chociaż to już będzie zupełnie inna historia.
W optymistycznym wariancie nasze PKB może obniżyć się o 0,14 proc. Najbardziej zagrożony jest sektor rolno-spożywczy, który stanowi jedną piątą naszego eksportu na Wyspy. Niższe obroty handlowe mogą oznaczać dla tej branży obniżenie wartości dodanej o 0,3 mld zł i redukcję blisko 5 tys. miejsc pracy