Polityka spójności to polityka wzrostu, a nie redystrybucji. Jeśli wiodące narzędzie stymulacji konkurencyjności i zrównoważonego dobrobytu stanie się po 2020 r. programem socjalnym dla ratowania wybranych gospodarek, kryzys solidarności w UE na pewno się pogłębi. Zła relokacja budżetu uderzy w całą Unię. Zwłaszcza że na horyzoncie widać już spowolnienie.
W pierwszej połowie września odbyły się w Berlinie polsko-niemieckie konsultacje na temat unijnej polityki spójności. Przytaczając w ich trakcie wnioski z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polityka spójności”, jego dyrektor Piotr Arak dowodził, że do dziś nie powstała długookresowa strategia, obejmująca okres po 2020 r., dla największego funduszu inwestycyjnego UE. A bez niej nie da się prowadzić konstruktywnej dyskusji nad kształtem, zasadami i ewentualnymi cięciami w budżecie.
Kończąca swą misję Komisja Europejska co prawda zaproponowała pięć celów polityki spójności po 2020 r., ale nie powstała kompleksowa strategia. KE wyznaczyła zaledwie ogólne cele, a jednocześnie zaplanowała dotkliwe cięcia. Zapowiedziano, że budżet polityki spójności na lata 2021–2027 będzie obcięty do 330 mld euro. Szacunki te nie tylko wydają się błędne, ale wręcz nie do końca wiadomo, z czego wynikają. W sytuacji nadchodzącego spowolnienia gospodarczego i coraz mocniej odczuwanego zwątpienia w zasadę solidaryzmu w UE, którego najbardziej spektakularnym przykładem jest brexit, odpowiedzialność i nastawienie na poprawę dobrobytu Europejczyków powinny iść w parze.
Jeśli propozycja KE zostanie utrzymana, w kolejnych siedmiu latach Polska dostanie aż o 23 mld zł mniej do zainwestowania. Nominalnie bylibyśmy szóstym najbardziej stratnym krajem, ale już trzecim najbardziej dotkniętym cięciami, jeżeli spojrzeć na intensywność pomocy. Więcej straciłyby tylko Malta i Czechy. Południe, które do dziś otrzymało największe wsparcie per capita, w kolejnej perspektywie finansowej dostałoby nawet więcej niż obecnie. Propozycji cięć sprzeciwił się Parlament Europejski. Jest to o tyle istotne, że akceptacja PE jest niezbędna do przyjęcia wysokości wypłat. Szanse na to, by do końca roku zakończono negocjacje i wypracowano konsensus, są niewielkie.
Dla zwolenników podtrzymania kluczowej roli solidarności w UE, manifestującej się najpełniej właśnie w polityce spójności, okoliczności zdają się wyjątkowo niesprzyjające. Zbliżające się wielkimi krokami opuszczenie Wspólnoty przez Wielką Brytanię, drugiego płatnika netto do unijnej kasy, oraz nasilające się wyzwania o charakterze globalnym sprawiają, że nasuwa się pytanie, skąd wziąć pieniądze, by chociaż utrzymać finansowanie na podobnym poziomie. Odpowiedź jest trywialna: z podatków. I nie chodzi wcale o ich podnoszenie.
Miliardowe wpływy zagwarantowałyby: redukcja luki VAT, CIT czy ograniczenie gigantycznych odpływów do rajów podatkowych. Z przebadanych 2 mln unijnych przetargów o wartości ponad 1 bln euro w latach 2006–2018 aż 55,6 mld euro dostarczyły firmy zlokalizowane w rajach podatkowych. Stosowany przez państwa członkowskie protekcjonizm w handlu doprowadza unijną gospodarkę do strat rzędu 180 mld euro rocznie. Na powyższych niedoskonałościach systemu tracą wszyscy obywatele Unii z beneficjentami funduszy spójności na czele. Zapewnienie prawdziwie wolnego handlu na jednolitym rynku (co od końca lat 80. się nie udaje) to nie tylko gigantyczne wpływy do budżetu, ale i mniej napięć i kłopotów, z jakimi na co dzień borykają się przedsiębiorcy.
Patrząc wstecz, za pierwszy przejaw polityki spójności można uznać plan Marshalla, powojenną pomoc USA dla Europy, aby pobudzić gospodarkę i poprawić jakość życia Europejczyków. Od tego czasu minęło ponad pół wieku. Wyrosła na tych środkach europejska polityka spójności niebezpiecznie skupia się wyłącznie na gospodarczym wymiarze. Europejczycy oczekują jednak przede wszystkim poprawy szerzej pojętego dobrobytu.
Co więcej, płatnicy netto często zapominają, jak wiele sami zawdzięczają funduszom spójności, które często nietrafnie uchodzą za rekompensatę za wkład do budżetu albo swego rodzaju program socjalny dla tych, którzy sobie nie radzą. A płatnicy netto wychodzą na polityce spójności całkiem nieźle. Najlepiej Austria, z każdego euro uzyskując 3,3 euro. Do Niemiec wraca 1,5 euro. W skali całej Unii każde euro zainwestowane w politykę spójności w latach 2007–2013 wygenerowało blisko 2,75 euro PKB.
Obecne podejście nadchodzącej KE podaje w wątpliwość rolę, jaką pełniła polityka spójności, przez dekady przyczyniając się do zrównoważonego rozwoju UE. Zakładanie z góry znaczących cięć i dzielenie tego, co zostało, na sprawy najpilniejsze to działanie zakłócające mechanizm i sprzeczne z DNA polityki spójności oraz jej prawdziwymi, długofalowymi celami. Główne wyzwania stojące przed nową KE na czele z przewodniczącą Ursulą von der Leyen to naprawienie zasad przyznawania środków, stworzenie systemu wiarygodnej oceny skuteczności działań, opracowanie odważnej strategii funduszu spójności i zwiększenie efektywności pozyskiwania środków. To cele jak najbardziej możliwe do osiągnięcia.
Przydatny może być też zastrzyk gotówki łagodzący zapowiadające się globalne spowolnienie. Jeśli pieniądze zostaną rozsądnie rozdysponowane, to taki pakiet może zadziałać równie stymulująco, co powojenny plan Marshalla. A to może tylko sprzyjać solidarności wewnątrz Unii.