Może jeszcze raz próbować pisać listy do dyrektorów tych muzeów, ale nie wiem, czy to przyniesie jakiś rezultat - mówi Zbigniew Dowgiałło, autor obrazu "Smoleńsk". W rozmowie z Magdaleną Rigamonti artysta zauważa, że nikt nie chce wystawiać jego dzieł. Ani "Smoleńska", ani "Ukrzyżowania" z krzyżem z Krakowskiego Przedmieścia. - Z powodów politycznych - wyjaśnia.
Reklama
MAGAZYN DGP / Dziennik Gazeta Prawna

Gdzie jest „Smoleńsk”?

O mój obraz pani pyta? Jest tu, w mojej pracowni.

Był w kościele na Bielanach.

Ale już nie jest.

Myślałam, że jeździ po Polsce.

Niestety, nie jeździ. Był wystawiany tylko w tym kościele oraz w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie w 2012 r. Pamiętam, jak przyjechał autobus z Radia Maryja do kościoła na Bielanach, ludzie zaczęli podchodzić i klękać przed obrazem.

I co pan czuł?

Wzruszenie. Przecież ci ludzie są niekoniecznie zainteresowani sztuką współczesną.

W ogóle nie są.

Tym razem się zainteresowali.

Nie sztuką, tylko tematem.

Myślę, że sztuka miała duży wpływ. Gdyby to było inaczej namalowane, nie miałoby takiego oddziaływania. A przecież namalowałem to w bardzo nowoczesnej konwencji. Jednak nie dostałem propozycji z żadnego poważnego muzeum. Żadne poważne muzeum nie zareagowało też na propozycję pokazania tego obrazu i jeszcze kilku innych, oprócz MSN w Warszawie.

Dlaczego?

W poważnych muzeach i galeriach rządzą lewacy.

I to jest powód?

Tak. I to są ci sami lewacy, którzy byli wcześniej. Rządzą od lat. Zostali wybrani w układach, które panowały przez lata, i się zasiedzieli na tych stanowiskach.

Nie chcieli Dowgiałły czy „Smoleńska”?

I Dowgiałły, i „Smoleńska”. Chociaż w latach 2005–2007 zgłaszałem się do różnych muzeów i nikt nie chciał zrobić mi żadnej wystawy. Ten trend trwa od lat 90. Oni mają swoje podłoże ideologiczne i nie wystawiają innych, tylko swoich. I to trwa. Dwa lata nowych rządów i nic się nie zmieniło w państwowych galeriach sztuki nowoczesnej.

Wyrzuciłby ich pan i przyjął nowych?

Zwolniłbym ich. Na miejscu ministra kultury tak bym zrobił.

I będzie kolejny układ.

Może dyrektorami powinni zostać twórcy.

Pan?

Niekoniecznie ja. Twórcy, którzy wiedzą, co to jest sztuka. Urzędnik może być zastępcą dyrektora i zajmować się np. finansami. Wizję, w jakim kierunku ma iść dane muzeum, mogą mieć twórcy.

Anda Rottenberg kierowała Zachętą, była i jest kuratorką, rozsławiła polską sztukę. Trudno o niej powiedzieć, że była urzędniczką bez wizji, że nie była kreatorem.

Kreowała lewacki obraz świata i wszyscy artyści, których promowała, byli z tego samego klucza. Najpierw była dyrektorem w Ministerstwie Kultury i Sztuki i decydowała o stanowiskach we wszystkich państwowych instytucjach związanych ze sztuką. I mamy tego efekt. Wszędzie są ludzie o podobnych poglądach.

Wszędzie lewacy?

W muzeach narodowych są wyjątki.

To w którymś z nich powinni chcieć wystawiać pana obrazy.

Może jeszcze raz próbować pisać listy do dyrektorów tych muzeów, ale nie wiem, czy to przyniesie jakiś rezultat.

A ile pan tych listów już napisał?

W sprawie obrazu „Smoleńsk” – kilkanaście. Później chciałem wystawić obraz „Ukrzyżowanie”, który moim zdaniem jest lepszy formalnie i głębszy od „Smoleńska”.

To jest ten obraz z krzyżem z Krakowskiego Przedmieścia.

Tak. Był wystawiany tylko w Wałbrzychu, w świetnej galerii BWA na zamku Książ. Nigdzie indziej nie chciano go wystawić.

Z powodów politycznych?

Hm, tak.

A może dlatego, że ci decydenci uważają, że pan jest kiepskim artystą.

Nie mogą tak uważać. No bo jak? Wcześniej byłem dla nich bardzo dobry, a teraz nagle stałem się złym, kiepskim artystą. Co to, jakieś cuda. Przecież ja wcześniej wystawiałem w Zachęcie i w Muzeum Narodowym w Warszawie, i w wielu innych miejscach. W MN, w 1987 r., na głównej ścianie był wystawiony mój obraz „Zatopienie tratwy pełnej komunistów”.

Dlaczego pan tak na mnie spode łba patrzy?

Bo pani mnie ciągle o politykę pyta. Ich niech pani zapyta.

Kogo?

Tych, co decydują. A Goya jak malował „Rozstrzelanie powstańców madryckich”, to był polityczny czy nie? Był, prawda. A obraz jest dobry? Dobry.

O pana obrazach słyszę, że złe.

Nie, to oni są źli, zioną nienawiścią.

Do Zbigniewa Dowgiałły?

Tak, bo mają chore umysły. Nienawidzą wszystkiego, co nie mieści się w ich kanonie, a jak się nie mieści, to znaczy, że jest złe. Mają wąskie horyzonty. Uważają, że tylko Sasnal i jemu podobni to sztuka. Szarobura i jeszcze zgodna z panującym kierunkiem nowego realizmu. A ja uważam, że sztuka może być kolorowa, nierealistyczna, wizjonerska. Poza tym największe obrazy na świecie są kolorowe, a nie szarobure. Po to mamy siedem kolorów podstawowych, żeby nimi operować. Do tego miliardy odcieni. Powiedzmy, że oko ludzkie rozpoznaje 12 mln, choć oczy niektórych rozpoznają dwa kolory. No, ale nie będę robił wykładu o sztuce.

Rottenberg nie chciała pana wystawiać?

W latach 90. zaprosiłem ją na swoją wystawę i zapytałem, czy nie zrobiłaby wystawy w Zachęcie. Znała moją twórczość doskonale, ale powiedziała, że w Zachęcie o tym, kto tam wystawia, decydują urzędniczki niższego szczebla. Śmieszne to było. I żałosne. Kłamstwo po prostu. Przecież nie można wystawiać tylko sztuki lewicowej, lewackiej albo pochodnej od lewackiej. Przecież sztuka nie jest tylko lewacka. I wielu artystów nielewackich nie jest wystawianych. Znam takich. Genialnych.

Kto to?

Maksymilian Biskupski, Anna Gruszczyńska, Marek Jaromski, Wojciech Tracewski, Dariusz Kowalski, Łukasz Krupski i wielu innych.

Łukasz Krupski to młody rzeźbiarz, którego ojciec zginął w Smoleńsku. Miał sporą wystawę w warszawskim Teatrze Polskim.

Ale nie w galerii i nie w muzeum. Powtórzę się, ale w galeriach i muzeach mamy do czynienia z zamkniętym kręgiem. Zamkniętym i zaklętym lewicowo-lewackim, a do tego często promującym sztukę nic nieznaczącą, beznadziejną, niedobrą po prostu.

Pan jest od lat 80. artystą, był pan w dobrej pracowni warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, był pan dobrze umocowany artystycznie. I co się stało?

Studiowałem u profesora Tarasina, jednego z najwybitniejszych polskich malarzy, i u profesora Gierowskiego, równie wybitnego. Wystawiałem z Wojtkiem Tracewskim, potem z Anną Gruszczyńską, ale nie byłem specjalnie umocowany. Wszyscy byliśmy indywidualistami. Ale wystawiały nas galerie.

I zboczył pan z tej drogi, bo wszedł pan w politykę.

Nie miałem z czego zbaczać. I chcę jasno powiedzieć, że nigdy nie byłem lewakiem. Wiem, wiem, ludziom się wydaje, że wszyscy artyści są lewicowi. Ale to jest bujda, bo tylko lewicowych się wystawia. W Polsce się tylko takich wystawia. Na świecie wystawia się różnych. Oczywiście ta lewicowość zagarnęła sztukę, zagarnęła wielkie światowe muzea, galerie, festiwale sztuki, również filmowej, ale to nie znaczy, że wszyscy artyści mają takie poglądy. Przecież Hollywood też jest różnorodne. Clint Eastwood jest konserwatystą. Melowi Gibsonowi też daleko do lewicy. W sztukach plastycznych kiedyś w ogóle nie było tego podziału. Wiek XVIII, XIX...

Wolę się skupić na czasach, w których pan tworzył.

Kiedy zaczynałem, to nikt z artystów w Polsce nie był lewicowy. Prawie wszyscy to byli antykomuniści. Wtedy lewicowy znaczyło, że związany z PZPR, że komunista. Jeśli ktoś na ASP miał lewicowe poglądy, to głośno o tym nie mówił. Na strajku było 130 osób na 450 studiujących. Teraz to się wszystko pozmieniało.

Na czym polega pana prawicowość?

Kto powiedział, że jestem prawicowy? Nie można się nazywać Zbigniew Dowgiałło i mieć swoich poglądów?

Można. Jakie pan ma poglądy?

Jestem bardziej monarchistą.

No, ale niech pan nie robi sobie żartów.

Nie robię. Uważam, że w Polsce powinien być król.

Jarosław Kaczyński?

Król powinien być wybrany w elekcji. Zamiast prezydenta mógłby być król. Monarchia demokratyczna. Wiem, że moje poglądy odbiegają od głównego nurtu, bo przecież mamy prezydenta, rząd, parlament. Pani mówiła o Jarosławie Kaczyńskim. On musi mieć duże znaczenie, bo jest szefem partii, która wygrała wybory, i jest partią rządzącą. Sam siebie określam jako futurystę konserwatystę. Moje normy moralne i etyczne są konserwatywne i opierają się na dziesięciu przykazaniach.

Lewacy też tak mówią.

Nie, bo często obchodzą przykazanie „nie zabijaj” poprzez to, że są zwolennikami aborcji. Poza tym mają problem z „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Kłamią po prostu.

Kłamią, kiedy mówią, że jest pan koniunkturalistą.

Kłamią. Zresztą chyba tak nie mówili. O innych rzeczach słyszałem.

Że jest pan nieudacznikiem, że nic pan nie osiągnął w życiu zawodowym.

To też kłamstwo.

Kłamali, kiedy mówili, że namalował pan „Smoleńsk”, żeby sobie zaskarbić polityków prawej strony?

Kłamali. Wtedy, kiedy powstawał mój obraz, rządziła Platforma Obywatelska. Wtedy nikt nie mówił, że PiS wygra wybory. Raczej się słyszało, że to koniec tej partii. Ja się nikomu nie chciałem zaskarbić. Maluję to, co chcę. Maluję wtedy, kiedy mam wizję. Jakbym chciał zaskarbić sobie polityków, podlizać się im, tobym namalował Donalda Tuska na wielkiej wieży, który rządzi wspaniale państwem. PiS był wtedy w defensywie.

Nabierał sił.

Nie, nie nabierał. Ja ten obraz zacząłem malować od razu po katastrofie. Najpierw namalowałem dwa mniejsze, też je tu mam. Potem zacząłem ten ponad czterometrowy.

Tak pana to, co się stało, poruszyło artystycznie?

Tak, poruszyło. Bardzo. Jest to największy wypadek śmiertelny w historii Polski. Do tego dwóch prezydentów, wielu generałów, parlamentarzyści z różnych opcji. Bardzo to przeżyłem.

I hołd pan postanowił złożyć.

To nie jest żaden hołd. To nie jest pomnik ku czci. To jest myśl twórcza.

Wyrwane serca...

Namalowałem je w 2010 r. A potem w 2014 r., kiedy robiłem animację do filmu „Smoleńsk”, to zostały mi dostarczone dokumenty.

Które?

Zaraz pani powiem. Tam pośród nich była mapa miejsca katastrofy – rozbicia samolotu, a na tej mapie były zaznaczone miejsca, a obok napisane: wyrwane serce, wyrwane serce. Czyli malując obraz, nie wiedząc nic o tych sercach, czułem, że serca zostały wyrwane. Jednak tylko połowa mojego obrazu jest tragiczna, bo namalowałem go w stylu renesansu i baroku, w stylu wielkich mistrzów. U Michała Anioła w Sądzie Ostatecznym na dole jest piekło, na górze niebo. Ja też namalowałem tych, którzy już zginęli i poszli do nieba, i tych, którzy giną w trakcie.

Wszyscy zginęli w jednej katastrofie.

Ale nie wszyscy w jednym ułamku sekundy, tylko w ciągu dwóch, trzech sekund. Ci pierwsi są piękni i młodzi, bo w niebie wszyscy są piękni i młodzi.

Wiem, że panu ręce drżały, kiedy pan to malował.

Drżały.

Z uniesienia?

Raczej z napięcia artystycznego. Nie to, że cały czas, ale tak, drżały. Na obrazie to widać. Teraz, po latach, namalowałbym go inaczej.

Może władza zamówi.

Nie sądzę.

Panie Zbigniewie, zasłużył się pan tej władzy.

Obraz malowałem w 2010 r., animacje do „Smoleńska” robiłem od 2014 r. Z tym że, chciałbym zaznaczyć, iż ostatnia scena rozbicia samolotu to nie moje dzieło.

Uff.

Brałem udział wraz z Piotrem Pawłowskim w przygotowywaniu efektów specjalnych i za tę pracę biorę odpowiedzialność. Duża część z nich jest tak zrobiona, że kiedy się film ogląda, to widz nie jest w stanie się zorientować, gdzie są efekty. Pracowałem przy tym na długo, zanim się zmienił rząd. Maciej Pawlicki, producent „Smoleńska”, zaangażował mnie do pracy przy tym filmie, bo wiedział, że od lat zajmuję się animacją. Gdybym nie umiał robić animacji, toby mnie nie zaprosił.

Gdyby pan miał inne poglądy, to też by pana nie zaprosił.

Tego nie wiem. Tam w produkcji pracowali różni ludzie. Co prawda niektórzy zmieniali swoje poglądy w czasie trwania pracy, bo się więcej dowiadywali na temat tego, co się wydarzyło w Smoleńsku.

W filmie jest teza, że w Smoleńsku doszło do zamachu.

Musiałem przestudiować te wszystkie materiały dotyczące katastrofy, mówię o materiałach z komisji sejmowej.

Kierowanej przez Antoniego Macierewicza.

Tak.

Obejrzał pan „Smoleńsk”?

Oczywiście. Jednak nie ocenia się tego, w czym się brało udział.

Swoje obrazy pan ocenia.

OK, to dobry film.

Dla PiS jest pan bohaterem.

Nie zauważyłem.

Został pan doradcą ministra Glińskiego, specem ds. zakupów dzieł sztuki.

Zarobiłem tysiąc złotych na tym specowaniu. Musiałem ocenić cztery muzea, w każdym po kilkadziesiąt dzieł sztuki planowanych do kupienia przez te muzea. Można powiedzieć, że robiłem to społecznie.

Prestiż był.

Raczej napad na mnie. Wytłumaczę, na czym to polegało. Każde muzeum składa do ministerstwa wykaz dzieł sztuki, które chce zakupić. Od 30 do 50 obiektów. I ministerstwo może zatwierdzić wszystko albo nic. Zrozumiałem, że mam problem, kiedy się okazało, że połowa tych dzieł sztuki to beznadziejne gnioty.

Może dlatego, że lewackie.

Niektóre lewackie. Patrzyłem na jakość. Każde muzeum chciało też zakupić filmy – dzieła sztuki. Cena tych filmów wahała się od 50 do 200 tys. zł. Jednak nie dostarczono taśm, płyt ani żadnych innych nośników z tymi filmami, więc jak ja mogłem ocenić film, nie oglądając filmu. Dostałem tylko po jednej klatce z każdego filmu. Okazało się, że wcześniej ministerstwo w ten sposób zatwierdzało zakupy dzieł sztuki. Bo był układ, a jak jest układ, to się wszystko zatwierdza.

Może dyrektor muzeum wiedział, co jest wartościowym dziełem sztuki.

To po co ta komisja ministerialna? Odrzuciłem zakupy wszystkich czterech muzeów. Zresztą, na szczęście, bo były tam też filmy pornograficzne gejowskie. W Polsce pornografia jest zakazana. Nie mogłem przyczynić się do jej zakupu.

I przestał pan być doradcą.

Nie, byłem zaangażowany tylko do oceny tych konkretnych utworów artystycznych. I oceniłem według własnej woli, przekonań tak, żeby być w zgodzie z własnym sumieniem. Nikt mi nic nie nakazywał, ale nie mogłem przyznać pieniędzy na coś, czego nie widziałem. Tam zdarzały się dzieła wybitne, dobre, ale tak, jak powiedziałem, można było zaakceptować albo wszystko, albo nic. Sugerowałem urzędnikom ministerstwa, żeby zmienili zasady, by można było oceniać poszczególne dzieła sztuki, a nie masowo.

Na pana obrazach pełno jest golizny, pełno gołych bab.

U Michała Anioła też. Co prawda chcieli skuć jego dzieło, ale w końcu zdecydowali się domalować zasłonki, coś w rodzaju majtek. Na mnie nikt nie wymógł, bym domalowywał majtki postaciom ze swoich obrazów. Kiedy pokazywałem swój obraz „Wenus”, to poproszono mnie, bym trochę zasłonił miejsca intymne postaci z obrazu, ale dlatego, że w tym samym czasie – w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa – odbywało się spotkanie muzułmańskich kobiet. Nie miałem z tym problemu – przysłoniłem.

Startował pan w konkursie na dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Ale tam nie pytano mnie o poglądy, tylko co bym zrobił w dziedzinie sztuki filmowej. Stwierdziłem, że mam świetny plan, by polską kinematografię zmienić na lepszą.

A jest zła? Słyszy się raczej, że to najlepszy od dawna rok w polskim kinie.

Kultura i rozrywka, w tym filmy, to jeden z największych przemysłów amerykańskich. Wiadomo, że kraje, które mają rozwiniętą gałąź filmową, rządzą światem, narzucają całemu światu swój punkt widzenia.

Indie mają wielki przemysł filmowy, ale nie narzucają nikomu swojego punktu widzenia, bo filmy z europejskiej i amerykańskiej perspektywy są po prostu złe.

Budżet polskich produkcji to 210 mln zł.

To nie o pieniądze chodzi.

O pieniądze.

Była okazja pokazać światu punkt widzenia filmem „Smoleńsk”.

Zaraz, zaraz, proszę dać mi dokończyć. W Polsce kultura, w tym również film, są całkowicie niedofinansowane. W innych krajach jest odpis podatkowy na inwestycje w dzieła sztuki filmowej, są zachęty finansowe. Przez to np. takie produkcje, jak amerykański „Azyl”, którego akcja rozgrywa się warszawskim zoo, był produkowany w Czechach.

Agnieszka Odorowicz, która była dyrektorem PISF, też o tym mówiła.

Mówiła, ale nic nie zrobiła.

Bez konkretnych przepisów, bez ustaw się nie da tego zrobić.

Czyli PO to blokowało.

PiS też będzie blokował.

Jest już projekt nowej ustawy, w którym jest mowa o 25-procentowym finansowym wspieraniu produkcji audiowizualnej. Ustawa od stycznia leży w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Jest dyskutowana. I zgadzam się, że to już za długo trwa. Projekt ma też braki. Na przykład takie, że budżet całego dofinansowania w skali roku nie może być większy niż 100 mln zł. Mam świetne pomysły na uzdrowienie polskiej kultury, na uzdrowienie polskiego filmu. Wicepremier Gowin z wicepremierem Morawieckim chcą stworzyć warunki podatkowe do rozwoju polskiej nauki. Jest to bardzo wspaniały projekt, jednakże pytam wszystkich ministrów i decydentów, czy istotą naszego rozwoju nie jest kultura i sztuka. Przecież wiadomo, że inwestowanie w te dziedziny przyniesie jeszcze większe zyski niż w naukę. Proponuję wprowadzenie nowej ustawy, zgodnie z którą przedsiębiorca, jak również osoba fizyczna, obywatel Polski, który zainwestuje złotówkę w badania i rozwój kultury polskiej, w tym film, sztukę, literaturę, muzykę, będzie mógł sobie odpisać od podstawy opodatkowania dwa złote. Zwróci się to w następnym roku w wyniku kolejnych inwestycji. Jeśli tę ustawę poprą wszystkie środowiska kulturalne, to politycy powinni się tym zająć.

Kilka lat temu wszystkie środowiska kulturalne poparły 1 proc. PKB na kulturę i nic z tego nie wyniknęło.

Ale wtedy rządziło PO, a PO miało kulturę gdzieś. Nie ma co porównywać. PO nie chciało rozwijać polskiej kultury, bo to było nie po myśli, nie na rękę. Jak wiemy, państwo istniało wtedy tylko teoretycznie. Jeden z ich ministrów powiedział to bardziej dosadnie. Tamtej władzy sztuka nie była potrzebna.

A tej władzy jest potrzebna?

Jest. Ta władza jest reprezentantem narodu, została wybrana w demokratycznych wyborach.

Tamta też była.

Ta została wybrana przez polski naród i powinna działać w interesie tego narodu, również we wszystkich dziedzinach kultury i sztuki.

Dwa lata minęły od wyborów. Pracował pan dla tej władzy.

I czekam na efekty jej działań. Naród potrzebuje kultury.

I nowych elit?

Istotą rozwoju kraju jest rozwój kultury narodowej.

Pytałam o nowe elity.

Jest taka potrzeba.

Skąd je wziąć?

Potrzeba trzech lat. Kiedy artyści poczują, że mają wsparcie państwa, to nie będzie brakować idei, a co za tym idzie i wielkich dzieł. Trzeba stworzyć w Zachęcie wielki festiwal sztuki polskiej i zobaczy pani, ilu artystów się zgłosi, że będzie z czego wybierać.

Kto będzie wybierał?

Trzeba powołać specjalne gremia.

Przez Ministerstwo Kultury?

Jeśli galerie podlegają pod MKiDN, to siłą rzeczy. Kto płaci, ten decyduje. Jestem przekonany, że pojawią się pomysły, które przyćmią nawet ten mój z 1990 r., kiedy to wraz z Anną Gruszczyńską zaproponowaliśmy futurystyczny projekt zabudowy placu Defilad w Warszawie.

Z Pałacem Kultury i Nauki pośrodku?

Bez. Uważam, że trzeba to zburzyć, to stalinowskie coś. Tam powinna powstać wspaniała budowla, która byłaby centrum kultury, sztuki i handlu. Tak jak uważam, że w Sopocie powinien powstać wielki międzynarodowy festiwal sztuki filmowej. Proszę zobaczyć, są dwa miejsca niedaleko plaży i mola, w których mógłby stanąć pałac festiwalowy. (Z. Dowgiałło pokazuje plan Sopotu z zaznaczonymi miejscami na pałac festiwalowy). Nie taki jak w Cannes, ohydny bunkier, tylko piękny.

Festiwal w Gdyni chce pan zdyskredytować.

Nie, tam jest festiwal polskich filmów, jest Festiwal Żołnierzy Wyklętych. Sopot byłby lepszy, ale póki się nie wybuduje wspaniałego pałacu, może być i Gdynia.

Polskie środowisko filmowe traktuje pana poważnie czy jak wariata?

Nie jestem wariatem.

Pytam o traktowanie, a nie o to, czy pan jest czy nie.

Mamy świetne środowisko filmowe, świetnych twórców, świetnych animatorów. I wielu z nich wyjeżdża w świat, bo nie może tu realizować swoich projektów. Sam byłem za granicą, tam pracowałem, mogłem zostać w Denver dziekanem wydziału animacji, ale w 2002 r. wróciłem do Polski. Teraz mówię decydentom, że państwo nie poniesie żadnych strat, wspierając kulturę, sztukę, film. Powtarzam, że trzeba zwiększyć finansowanie filmów poprzez PISF. 168 mln zł, którymi dysponuje PISF, to jest bardzo mało. Totalizator sportowy i wszystkie gry hazardowe mają dopłaty i z tych dopłat przeznaczają 75 proc. na sport i 20 proc. na kulturę, a z tych dwudziestu – 5 proc. na film. W Anglii aż 40 proc. przeznaczane jest na kulturę. W Polsce też tak powinno być. Połowa z tych 40 proc. powinna być przeznaczana na produkcję filmową.

Sportowi pan zabierze.

Nie zabiorę, bo mam pomysł, jak rozwinąć totalizator sportowy.

Jak?

To jest tajne. Zajmowałem się grami mobilnymi i jestem w tym dość dobrze zorientowany.

Zaraz minister Morawiecki weźmie pana na doradcę.

Niech weźmie, mogę zostać, proszę bardzo. Przez wiele lat byłem przedsiębiorcą, prowadziłem spółkę i wiem, że podatki zabijały wszelką twórczość. Kultura nie jest mniej ważna od sportu, od nauki. Dzięki moim pomysłom za pięć lat PISF mógłby dysponować rocznie kwotą miliarda złotych.

Filmy Agnieszki Holland powinny być finansowane z polskich publicznych pieniędzy?

A dlaczego nie? Wszystko zależy od scenariusza. Pani Holland wypowiada się pejoratywnie i bardzo nieładnie o nowej władzy.

Artysta ma prawo do głoszenia swoich poglądów.

Do poglądów tak, do obrażania, wyzywania jednak chyba nie.

Filmy Pawła Pawlikowskiego powinny być finansowane?

Podobnie, wszystko zależy od scenariusza.

Dostał Oscara za „Idę”, film Holland „Pokot” jest polskim kandydatem do Oscara.

Nie odmawiam im wielkości, choć nie zgadzam się z przesłaniem ideologicznym tych filmów. „Ida” trochę dla mnie za ciężka, za nudna, za wolna. Wolę bardziej dynamiczne kino. Choć przyznam, że to pięknie sfilmowany obraz. Wydźwięk moralno-etyczny niezbyt mi się podobał. W „Pokocie” też mam problem z wydźwiękiem moralno-etycznym. Muszę pani powiedzieć, że mam dość dobre rozeznanie w środowisku filmowym.

Większość krytykuje obecną władzę.

Nie większość, tylko mniejszość, która mocno krzyczy i ją słychać. Kiedy Maciej Stuhr dyskredytuje Polskę, to mi się to nie podoba.

Może robić filmy za publiczne pieniądze?

Z tego, co wiem, nie pisze scenariuszy, nie ubiega się o publiczne pieniądze.

Ale jego ojciec, który wypowiada się w podobnym tonie, już tak.

Nie powinno być żadnej dyskryminacji ze względu na poglądy polityczne. Ważne są względy artystyczne i prawda. Piękno i prawda. Dyskryminacja mogła być wcześniej, za poprzedniej władzy. Wróć, była na pewno. Twórcy „Smoleńska” nie dostali dotacji z publicznych środków. Mój futurystyczny film animowany „Patmos. Apokalipsa według św. Jana” miał dostać dofinansowanie (2 mln zł) na podstawie opinii eksperckiej w PISF w 2010 r. Po czym dowiedziałem się, że PISF może dać pożyczkę, bo mój film ma duży potencjał frekwencyjny, a pożyczka jest sprawą ryzykowną. Chodziło po prostu o to, żebym zrezygnował.

Rozmawialiśmy w 2003 r., wtedy pan zaczynał robić „Apokalipsę 2027”.

Zmieniłem scenariusz i powstał „Patmos”. Nie wiem, czy kiedyś go zrealizuję. Wiem, że jest cała grupa reżyserów, która chce tworzyć kino historyczne. Przez lata nie mogli się rozwijać, byli niszczeni, blokowani. Rafał Wieczyński był blokowany.

Zrobił film o księdzu Popiełuszce.

Ale potem nic mu nie dano zrobić. Wszystko było blokowane. Dokumentaliści historyczni też – Joanna Lichocka.

To dziennikarka, teraz polityk.

Maria Dłużewska była blokowana, Artur Gołębiowski też. „Historia Roja” też przez lata była blokowana.

Krzysztof Zalewski, który zagrał główną rolę w tym filmie, mówił: Myślałem, że robimy wojenny film. Gdybym wiedział, że potem będę używany jako narzędzie w rękach władzy, to pewnie nie wziąłbym w tym udziału.

To jest dobry film, nie rozumiem takich wypowiedzi. Dobry, ale niedoceniony. Miał pewne mankamenty techniczne, ale to z braku pieniędzy.

Powstają teraz „Legiony” produkowane przez Pawlickiego. Ma powstać film na podstawie książki Cezarego Łazarewicza o Grzegorzu Przemyku, nagrodzonej Nike.

Słyszałem. Niosłem wieniec Akademii Sztuk Pięknych na pogrzebie Przemyka. Byłem od niego dwa lata starszy. Czekam na ten film.

Nie jesteśmy w zapaści filmowej.

W stagnacji jesteśmy. Proszę mi powiedzieć, ile film polski zarobił na świecie i jak nasze filmy są dystrybuowane. Od razu odpowiem, że prawie tego nie ma.

Pracował pan przy filmie „Smoleńsk”, wielki temat, można było zrobić wielki film, podbić nim świat, tylko nie wyszło.

Nie miałem wpływu na ten film.

Przed chwilą mówił pan, że to dobry film, a znalazł się w rankingach najgorszych filmów.

No, ale kto te rankingi robił, kto te oceny wystawiał, jakie gazety... Nie będę już tego tematu rozszerzał. Lewackie pisma, takie jak „Newsweek”, mają macki na całym świecie. Oni wszyscy chcieli ten film zniszczyć.

Pan by chciał, żeby w Polsce powstawały głównie filmy historyczne.

Nie, ja bym chciał, żeby była harmonia. Choć jest oczywiste, że potrzebne są wielkie dzieła historyczne. Władza chce takich filmów, daje na nie pieniądze i to zrozumiałe. Ale potrzebujemy też autorskiego kina i także, i tu się pani zdziwi, filmów science fiction, animacji dla dzieci i dorosłych. Można na tym zarabiać kolosalne pieniądze. Przecież „Mój Vincent” to jest polski film. Jako dziecko uwielbiałem malować w stylu van Gogha, byłem ekspresjonistą. Teraz jestem neoekspresjonistą.