Autopromocja

Krok u Mazurka: Z czego utrzymuje się artysta? Ten mieszka z mamą, ta obsługuje śluby [WYWIAD]

Sebastian Krok. Fot. Dariusz Golik
Sebastian Krok - studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, zdobył Grand Prix na Pierwszym Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Pięknych i Designu FIS AD 2015 w Turynie. Fot. Dariusz GolikDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
2 czerwca 2017

Chciałbym zobaczyć tych, którzy dorobili się u nas na inwestowaniu w sztukę. A te wielkie kariery polskich artystów... Są uznawani na świecie, lecz to się nie przekłada na wielkie pieniądze, wystarczy spojrzeć na ceny aukcyjne - mówi w wywiadzie dla DGP Sebastian Krok.

2966805-magazyn-2-06.png
Magazyn 2.06.

Z pracy, czasem fizycznej. Jeden mój kolega, zanim zaczął sprzedawać swoje prace, to przez siedem lat pracował w markecie budowlanym.

Z mojego roku na ASP to z uprawiania sztuki, oprócz mnie, próbuje utrzymać się jeszcze jedna dziewczyna. Najwięcej osób żyje z prac studenckich.

Są barmanami, pracują w kawiarniach. Niektórzy je zakładają, ale większość po prostu w nich obsługuje.

I gwarantuję panu, że nikomu nie jest do śmiechu.

Starsi nie mają lepiej, oczywiście jakoś ratują się ci, którzy uczą na akademiach sztuk pięknych. Reszta szuka etatów, każdej pracy, agencje reklamowe, jakieś grafiki, produkcja filmów – ci, którzy się tam załapią, przynajmniej daleko nie odchodzą od sztuki. Inni szukają zajęcia w domach kultury, szkołach, instytucjach. To bardzo drażliwy i dla wielu naprawdę wstydliwy temat.

Tak, ale każdy chciałby żyć ze sztuki, przecież po to studiowaliśmy.

Mogę powtarzać banały, że rynek sztuki jest u nas bardzo płytki, bo polska klasa średnia sztukę kupuje w Ikei, a swoje potrzeby kulturalne spełnia podczas Nocy Muzeów i w czasie Warsaw Gallery Weekend. To im wystarcza. I mówię to bez kpiny i bez pretensji do nikogo.

W Polsce obrazy sprzedają się głównie w Warszawie oraz trochę w Krakowie – i to niemal wszystko. A dodam jeszcze, że w Warszawie jest niespełna 30 galerii, a w takim Berlinie trzysta. I ceny są nieporównywalne.

Coś sprzedaję, mam kolejne wystawy, teraz w Warszawie w galerii m2. Poza tym zostałem na ASP, jestem asystentem prof. Leona Tarasewicza. Zaczynałem od jednej czwartej etatu, teraz mam pół, a jak zrobię doktorat...

(śmiech) System tego wymaga, choćby wszyscy mówili, że to absurdalne. Trzeba napisać pracę – przedstawienie problemu, uzasadnienie teoretyczne swoich prac – i pokazać wystawę. Mam nadzieję, że w moim wypadku będzie to kwestia roku, dwóch lat. Wtedy może dostanę cały etat.

Bo z tej pensji i tak nie da się żyć, więc gdybym od czasu do czasu czegoś nie sprzedał, tobym się nie utrzymał. Ale oczywiście akademia to główne miejsce zatrudniania artystów. Niektórzy, jak Tarasewicz czy Modzelewski, bardzo dużo sprzedają, ale są i tacy profesorowie, których w zasadzie nie kupuje nikt.

Chciałbym zobaczyć tych, którzy dorobili się u nas na inwestowaniu w sztukę. A te wielkie kariery polskich artystów... Wie pan, są uznawani na świecie, lecz to się nie przekłada na wielkie pieniądze, wystarczy spojrzeć na ceny aukcyjne.

Oczywiście, lecz jest ich niewielu. Dla reszty artystów próba utrzymania się z tego, co tworzą, to bardzo trudne doświadczenie.

Z tej sumy nawet połowa trafia do galerii, a i z samą sprzedażą nie jest łatwo. Pamięta pan, jak znany malarz młodego pokolenia mówił niedawno, że przez rok nie sprzedał żadnego obrazu? To jest norma, że są chude czasy, ale on nie zaoszczędził tyle, by przez rok do tego dokładać.

Akurat on mieszka z mamą, a znajoma, o której wspominałem na początku, mieszkająca w Wąwolnicy pod Lublinem, otworzyła zakład fotograficzny i obsługuje śluby, robi zdjęcia do dowodów.

Jak ktoś sprzeda swoje płótno za półtora czy dwa tysiące, to liczy, że wejdzie do obiegu, że zacznie być rozpoznawalny, że zainteresują się nim inni. I decyduje się na sprzedaż za takie pieniądze.

Ale galeria też musi z czegoś żyć. Oni płacą często rynkowe czynsze, a to w Warszawie są duże pieniądze, nikt im nie pomaga, a mają ambicje pokazywać sztukę, nie obrazki z Ikei.

Od mnóstwa czynników. Prócz talentu liczy się to, jak długo ktoś jest na rynku, od rozgłosu, od galerii, w której wystawia i która się nim zajmuje. Na pewno pomagają też wygrane konkursy.

Zwyciężyłem w Turynie na festiwalu absolwentów akademii plastycznych, miałem mieć tam wystawę, ale nic z tego nie wyszło. Warszawska ASP nie chwaliła się też, że jej absolwent wygrał w takim europejskim przeglądzie. Gdyby musiała przyciągać studentów, to pewnie by się tym szczyciła. Ale nic takiego się nie stało, no trudno.

Tak, dobrzy artyści się sprzedają. Ale oczywiście są tacy, o których wiemy, że są dobrzy i nie potrafią się przebić. Dlaczego? Bo mają pecha, bo rynek jest niewielki. Ta kołdra jest po prostu za krótka.

Jeśli spyta pan przechodnia, może nie w Warszawie, ale w moim rodzinnym Radomiu z pewnością, to powie panu, co myśli o sztuce współczesnej. I sformułowanie „Tak to każdy potrafi namalować” jest najgrzeczniejsze. Wynika to także z tego, jak sztuka współczesna jest przedstawiana w mediach, filmach, reklamach.

Pamięta pan „Nie lubię poniedziałku” i zaopatrzeniowca z Sulęcina, który po całej stolicy szuka treblinek do kombajnu i znajduje je w końcu na wystawie w Zachęcie? Ten śmiech towarzyszy sztuce współczesnej od zawsze.

Z pewnością to nam nie pomaga.

O przepraszam, kto się naigrawa, ten się naigrawa. Ja z niczyich uczuć religijnych nie drwię, przeciwnie.

A w Jaworznie wkrótce pokażę mój duży obraz figury Jezusa ze Świebodzina.

Uczestniczy w procesie kształcenia.

Pomagam młodszym znaleźć to, czym naprawdę chcą się zająć, by to było szczere, autentyczne, ich. Nie chodzi o to, by tylko uczyć warsztatu, bo taki ktoś po pięciu latach ASP kończy ją i okazuje się, że przez cały czas robił coś, co go nie interesowało, nie obchodziło.

Na tym to polega.

Mogę ich ośmielić do tego, by byli sobą, by się pozbyli tych wszystkich trików, które poznali, studiując na akademii.

Rozumiem, że to brzmi paradoksalnie, ale kształcenie akademickie nie tylko daje umiejętności, lecz także spycha w sztampę. Dam panu przykład. Byłem na festiwalu w Turynie, gdzie byli absolwenci z 55 krajów, 350 osób. I wie pan, co było dojmujące? Że wszyscy malowali tak samo, byli tak samo akademiccy jak na warszawskiej akademii. I naprawdę nie było różnicy, czy to Peru, Rosja, czy Chiny – wszyscy tworzyli według tej samej sztancy. Obrazy, rzeźby instalacje z całego świata wyglądają, jakby je zrobiono w jednym miejscu. Wie pan, jakie to było przerażające?

Jedyną odpowiedzią jest szczerość twórcy. I jeśli absolwenci jej nie mają, to jest to już ich porażka na starcie.

Bo uznano, że jestem inny, oryginalny. Zdaniem jury było w moich pracach coś nowatorskiego.

Jaki trik?

Tak, to będzie odpadać i odsłaniać trzecią, czwartą, piątą warstwę, którą nałożyłem pod tym. To się nazywa praca procesualna, czyli ma pan obraz, który będzie się przez lata powoli zmieniał, będzie pracował.

To nic niezwykłego, prace Aliny Szapocznikow są poddawane ciągłej konserwacji.

Jeśli znajdzie pan powód, dla którego to będzie cerata, to tak. Mnie nie chodziło o trik, to wynikało z pewnego doświadczenia. Po mojej pracy licencjackiej zauważyłem, że materia, którą się posługiwałem, przestała być dla mnie ważna. Dlatego uznałem, że powinienem używać czegoś, co ma swoją historię, swoje znaczenie i wagę – nie płótna wprost ze sklepu, tylko na przykład szpitalnego prześcieradła.

To niech tak myśli, ja wiem, że to, co mną kierowało, było szczere.

Jeśli dla kogoś to ważne, to niech maluje na koszulach.

Samo malowanie na koszulach czy ręcznikach nic nie da, jeśli ten ktoś nie będzie wiedział, co namalować. Liczy się efekt, nie chwyty.

Na przykład Kossakowie.

Bo końska derka i na niej namalowany koń? Oczywiście, że ktoś to może zrobić, i pan powie, że to cwaniactwo, prosty chwyt, łatwy greps. I ja nie będę pana przekonywał, że jest inaczej. Mogę tylko powiedzieć, że mnie płótno zaczęło po prostu nudzić i dlatego sięgnąłem po inną materię.

I ja to niebezpieczeństwo dostrzegam, ale czas to zweryfikuje. Czas udowadnia, co było zgrywą, a co miało sens, wartość.

Jak pan to sobie wyobraża?

Że obraz robi na mnie wrażenie, nawet jeśli nie wiem, że namalował go torturowany chiński opozycjonista czy hiszpański kaleka ustami.

Od tego nie da się uciec, bo wszyscy jesteśmy zanurzeni w jakiś kontekst. Nie odbieramy sztuki w czysty, laboratoryjny sposób i nie ma powodu, byśmy tak ją odbierali. Dzieło sztuki nie istnieje bez kontekstu, ale to nie kontekst czyni je dziełem. Tak samo zresztą jak nie czynią go forma ani nawet emocje, które wywołuje. Dopiero to wszystko razem sprawia, że coś staje się dziełem sztuki lub nim nie jest. Wiem, że to niejasne, ale nie ma gotowego przepisu na dobry obraz. Tworzenie sztuki to nieustanna gra z materią, formą.

Łatwiej, choć żyjemy w czasach, że nawet to nie jest takie proste. I często odchodzi się z niczym.

Pewnie łatwo jest wywołać taki skandal, ale zawsze trzeba spytać, co ma za tym pójść. Po co używaliśmy tak mocnych środków? Do czego nam to było potrzebne?

Mówiłem panu, że to wcale nie jest takie łatwe. Pamiętam skandal, który wywołała Katarzyna Kozyra swoją „Piramidą zwierząt”.

Słabe?

(śmiech) Powinien pan w wolnych chwilach zabrać się do uprawiania sztuki, wtedy sprawdziłby się pan, skonfrontował z oczekiwaniami odbiorcy, poznał jego reakcje.

Pan mówi o prowokacjach, ale żadna prowokacja czy żaden skandal nie zastąpi sztuki. To krótka piłka, działa jednorazowo. Raz ktoś się poczuje dotknięty, oburzony i zareaguje, a potem? Potem cała ta prowokacja się opatrzy i znudzi, nikogo nie będzie poruszać. I jeśli nie stał za tym żaden przekaz, żadna sztuka, to po prostu zniknie. Owszem, artysta może dzięki niej się wybić, zaistnieć, ale jeśli nie będzie miał nic do powiedzenia, to tym boleśniejszy będzie jego upadek.

Ale wpisał się w historię sztuki, bo chęć wystawienia go stała się akcją, której nie jest pan w stanie w historii sztuki pominąć.

Przecież czasem prowokacja jest sztuką i to jest właśnie taki przypadek.

Pan jest inteligentny, mógłby pan zająć się sztuką.

Jak każdy szukałem swojego sensu. Zdałem na architekturę, ale nie chciałem robić czegoś, w czym było tak mało kreacji. Miałem egocentryczną potrzebę wyrażenia siebie, więc poszedłem na ASP i trafiłem na świetnych profesorów: Kowalskiego, Bałkę i Tarasewicza.

Format niektórych prac? (śmiech) Ale to dlatego, że to pracownia przestrzeni malarskiej.

Rzeczywiście, to akurat prawda.

Posługuję się figuracją, którą każdy może odczytać.

U progu dorosłości uległem poważnemu wypadkowi, po którym miałem kłopoty ze świadomością, z pamięcią. I obudziłem się z tego wszystkiego trochę jak dziecko, jak człowiek, który dziwi się społecznym relacjom, bo ich nie zna. Nie wiedziałem, jak należy się zachować, jak zareagować, to wszystko wracało do mnie powoli, ale jednocześnie ten stan mnie zafascynował.

Bo najciekawsze wydaje mi się pokazywanie ludzkich zachowań, interakcji, relacji między ludźmi, czasem hipokryzji. Staram się przyjąć pozycję obserwatora postaw społecznych, chciałbym być lustrem społeczeństwa, w którym żyję.

Wmawia się nam, że najważniejsza jest nasza indywidualność, że każdy powinien być sobą, że ma do tego prawo. A z drugiej strony przez wszystkie procesy socjalizacyjne i instytucje – szkoły, szpitale, urzędy – jesteśmy sprowadzani do jednego schematu. Mamy być do siebie podobni, bez kantów. Nawet nasza indywidualność ma być poddana regułom.

Ludzie w ogóle często boją się sztuki współczesnej na wyrost, przesadnie, a potem w konfrontacji z nią odkrywają, że to całkiem ładne jest, że to ich porusza, do nich przemawia.

Z mojego roku na ASP z uprawiania sztuki, oprócz mnie, próbuje utrzymać się jeszcze jedna dziewczyna. Najwięcej osób żyje z prac studenckich. Są barmanami, pracują w kawiarniach. Niektórzy je zakładają, ale większość po prostu w nich obsługuje

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.