Zemsta jest motywem działania większości bohaterów filmów Quentina Tarantino. Mścił się Butch w „Pulp Fiction”, mściła się Panna Młoda w „Kill Bill”, mściły się dziewczyny w „Death Proof”. Prywatna wendeta to jednak za mało – w "Django" Tarantino na swój własny sposób rozlicza się z historią. Ale tym razem – przynajmniej w Stanach – wywołał burzę.
Gdy w „Bękartach wojny” żydowskie komando pod wodzą Brada Pitta okaleczało nazistowskich oprawców, amerykańska krytyka była zachwycona. Ale gdy Jamie Foxx jako Django mści się za upokorzenia, jakich doznał jako niewolnik, dla wielu Tarantino staje się wrogiem publicznym. Może nie numer jeden, ale do pierwszej dziesiątki z pewnością by się załapał. Na dodatek adwersarze reżysera używają retoryki, którą dobrze znamy z wypowiedzi polskich polityków: „Nie będę oglądał tego filmu, bo jest obraźliwy”. Oburzenie afroamerykańskich recenzentów budzi rzecz jasna nie tytułowy bohater, lecz to, że został przedstawiony na tle bezbronnej i uległej białym oprawcom masy. Tymczasem Django nie jest i być nie miał czarnoskórym Spartakusem, który poderwie niewolników do walki. Tarantino ważne tematy porusza w swoim filmie – jak zawsze zresztą – niejako mimochodem. Na pierwszym miejscu zawsze było i jest kino jako konglomerat wspólnych jemu i widzom doświadczeń, inteligentna zabawa w układanie popkulturowych puzzli. Tym razem Tarantino bawi się w spaghetti western – jak wielokrotnie przyznawał, jeden z jego ulubionych gatunków filmowych.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.