Baron, Pyckal, Ciumkała i Rachmistrz to najprawdziwsi Polacy. Jak pisze o nich Witold Gombrowicz w „Trans-Atlantyku” – usta mają wykrzywione, zaciśniętą szczękę, oko w słup, jakby śmiertelne stężenie. Należą do Związku Kawalerów Ostrogi. Lubią walczyć. Zadawać ból. Bo ktoś komuś dał w łeb. Bo do zysków nie dopuścił. Interes zepsuł. Pragną tworzyć Hufiec Przemożny Kawalerii Najstraszniejszej, która by „Uderzyła, Rozgromiła, Poraziła i Los nam inny na Naturze wymusiła”.
Nie ma lepszej analizy trwającej od kilku dni gry dyplomatycznej w Brukseli. Jeśli tłumaczyć komuś z zagranicy, o co chodzi z kandydaturą Saryusz-Wolskiego i grillowaniem Tuska, opis przedstawiony przez Gombrowicza jest najtrafniejszy. Próżno szukać po obu stronach głębi strategii dyplomatycznej. Próżno ustalać jej cel i wyjaśniać za pomocą pojęć politologicznych. Były polski premier nie zadał sobie trudu, by w staraniach o drugą kadencję skontaktować się z przedstawicielami władz w Warszawie i poprosić je o wsparcie. Wolał zadać Ostrogę, krytykując „bezstronnie” PiS. Rząd nie mógł się powstrzymać przed dintojrą. W końcu „w łeb dostał”.
Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której w podobny sposób Los inny na Naturze wymuszają Francuzi, Niemcy czy Irlandczycy. Nie sposób sobie wyobrazić sytuacji, w której przedstawiciele – nawet skrajnie różnych ugrupowań politycznych – obrzucają się publicznie błotem na widoku i ku uciesze całej Europy. Mocna krytyka Marine Le Pen polityki europejskiej prowadzonej przez Angelę Merkel i Francois Hollande’a wygłoszona w Parlamencie Europejskim nawet nie ocierała się o pułap żółci, który obserwujemy przy okazji wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej.