Przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych tylko 2 (słownie dwie) z dużych redakcji gazet w USA ogłosiły poparcie dla Donalda Trumpa. Aż 57 (!) poparło Hillary Clinton. Tylko niewielka część ogłosiła neutralny stosunek do obojga polityków, zazwyczaj cieplej pisząc o kandydatce demokratów. Redakcje telewizyjnych wiadomości częściej wspierały Clinton niż Trumpa. Z kolei internet wspierał kogo chciał i – jak widać – wybory wygrał. Bo Trump jest internetowy.
Budzi mnóstwo hejtu, jest o nim w sieci pełno, sam wypowiada się często tak, jakby właśnie pisał anonimowy komentarz na forum społecznościowym. Jego sukces będzie prowokował mnóstwo analiz, na ogół bałamutnych (już miałem przyjemność kiedyś pisać, że zbiorowe emocje, wbrew pokutującym mitom o wszechwiedzy Systemu, nie dają się łatwo rozumieć). A dlaczego nie brać pod uwagę takiej prostej tezy – tegorocznego kandydata na prezydenta stworzył internet, z jego potrzebą chamstwa, rozrywki i rosnącej dawki konfliktu. To wszystko nie oznacza, że Trump będzie złym prezydentem, oznacza natomiast, że może być tak samo innym prezydentem, jak był innym kandydatem.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.