Elity i demokracja zarazem uzupełniają się, jak i są swoimi przeciwieństwami. W teorii demokracja mogłaby płynąć od dołu w górę, zalewać „salon”, rzucać nim o skały i – pogruchotawszy – wessać resztki. W praktyce szlachetni (na ogół) i nawiedzeni (to często) przedstawiciele wyższych oraz lepiej wydedukowanych, mających szersze horyzonty i pełniejsze ideały sfer, wymyślali sobie, że lud ma takie same polityczne prawa jak oni.
Ideał ludowładztwa jest poruszający. Jego słabość stanowi fakt, że nikt jeszcze nie wymyślił sposobu, by masy z zasady wybierały do parlamentu osoby lepiej wyedukowane i znające świat. Na ogół, dodajmy, w demokracjach wygrywają przedstawiciele elit – co dobrze świadczy o zdrowym rozsądku ludu. Niemniej od czasu do czasu demos idzie w inną stronę – żadne tam profesory, doktory, czas na naturszczyków. Bywa, że to dobry krok, bywa – że nie (jednak polityk establishmentu też nie stanowi gwarancji jakości). Ale niemal zawsze ten krok wygląda w oczach elit jak zdrada i upadek demokracji.
Czynili tak już starożytni Grecy. Demokrację ateńską wymyślili tamtejsi aristoi (najlepsi) i to oni byli przywódcami różnych stronnictw. W końcu jednak wielką rolę zaczęli odgrywać, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, populiści. Komediopisarz Arystofanes drwił z Kiełbaśnika: „Jakże to możliwe, bym ja, przekupień kiełbas, stał się wielkim mężem?” – pyta polityk populista. A Sługa dopowiada: „Otóż to, właśnie przez to będziesz wielkim mężem, żeś cham, wycierus z rynku i bezczelna gęba. Czemuż powiadasz, że się nie nadajesz? Czyżbyś coś miał... pięknego na sumieniu? Powiedz: możeś ze szlachetnego rodu?”. Na to wszystko Kiełbaśnik: „Ale gdzie tam! Cham z chamów. [...] Całkiem jestem nieuczony; tyle że znam pisane, i to tak – piąte przez dziesiąte”. Sługa: „Wodzem ludu nie może dziś być człowiek ogładzony ani szlachetnych obyczajów, tylko gbur, plugawiec”.