Thyssen nie zgadza się też z zarzutami, że jej propozycja nie jest zgodna z unijną zasadą pomocniczości, stanowiącą, że UE nie powinna regulować spraw, które mogą być lepiej rozwiązane przez same kraje członkowskie. We wtorek polski Sejm przyjął uchwałę, w której uznał, że zaproponowana przez KE zmiana dyrektywy o pracownikach delegowanych zasadę tę narusza.

"Wiem, że są negatywne reakcje na naszą propozycję, szczególnie w krajach członkowskich z Europy Środkowej i Wschodniej. Mówi się, że nie jest ona dobra dla konkurencyjności firm z tych krajów. Ale Komisja jest przekonana, że nasza propozycja przede wszystkim zapewni lepszą ochronę praw pracowników delegowanych, których wynagrodzenia będą wyższe. A dzięki temu, patrząc z perspektywy państw członkowskich, zwiększą się także wpływy do systemów zabezpieczenia społecznego i wpływy podatkowe w krajach pochodzenia pracowników delegowanych" - powiedziała Thyssen na spotkaniu z małą grupą dziennikarzy, w tym PAP.

"Konkurencyjność to więcej niż tylko konkurowanie niskimi kosztami (...) Liczy się także jakość, innowacje, motywacja i kwalifikacja pracowników" - dodała.

Reklama

"Jestem przekonana, że nasza propozycja jest zrównoważona" - podkreśliła. Jej zdaniem obecnie w wielu krajach UE jest "presja na obniżanie standardów socjalnych". "My chcemy wywierać presję na ich podwyższanie" - dodała.

Przyjęty przez KE 8 marca projekt zmiany dyrektywy o pracownikach delegowanych zakłada, że pracownik wysłany przez pracodawcę do innego kraju UE powinien mieć prawo do takiego samego wynagrodzenia, jak pracownik lokalny, a nie tylko do płacy minimalnej. Miałby otrzymywać np. premie czy dodatki przysługujące pracownikom lokalnym. Byłby też objęty układami zbiorowymi dotyczącymi sektora, w którym pracuje. Według propozycji, gdy okres delegowania pracownika przekroczy 2 lata, powinien on być w pełni objęty przez prawo pracy kraju goszczącego.

Reklama

Zmiany te mają pomóc w walce z tzw. dumpingiem socjalnym, czyli sytuacją, gdy pracownicy z innych, biedniejszych krajów UE pracują w innym państwie członkowskim za dużo niższe wynagrodzenia, niż pracownicy lokalni. "Czasami różnica ta sięga 50 proc." - powiedziała Thyssen.

Z Polski pochodzi najwięcej pracowników delegowanych w UE; w 2014 r. było to prawie 430 tysięcy na 1,9 mln. Polskie władze uważają, że zmiany w unijnych przepisach będą niekorzystne dla polskich firm, świadczących usługi w innych krajach unijnych, które konkurują przede wszystkim niższą ceną. Tę opinię potwierdził polski Sejm w przyjętej we wtorek uchwale. Uznał także, że decyzje dotyczące uregulowania zasad wynagradzania pracowników delegowanych powinny być regulowane na poziomie krajowym, bez zmian w obecnie obowiązującym tekście dyrektywy. Posłowie powołali się na unijną zasadę pomocniczości.

Jeżeli zdanie to podzieli jedna trzecia izb parlamentarnych w krajach UE, to KE będzie musiała ponownie przeanalizować swój projekt. Jest to tzw. procedura żółtej kartki.

"Jak na razie nie dostaliśmy żółtej kartki - powiedziała Thyssen. - Naszym zdaniem propozycja jest zgodna z zasadą pomocniczości, zapisaną w Traktacie UE. Przepisy o delegowaniu pracowników przecież już istnieją, to nie jest coś nowego. Nie widzę zatem jasnych argumentów, by były one niezgodne z zasadą pomocniczości".

Zdaniem Thyssen wdrożenie propozycji może spowodować, że liczba pracowników delegowanych w UE będzie rosła wolniej niż w ostatnich latach; według danych KE w latach 2010–2014 wzrost ten wyniósł 45 proc. "Jednak z naszej analizy wynika, że nie powstrzyma to mobilności pracowników w Unii" - dodała Thyssen.

Pracownicy oddelegowani stanowią zaledwie 0,7 proc. siły roboczej w UE, jednak w zależności od sektora i kraju ich liczba może być większa. W sektorze budowlanym zatrudnionych jest 43,7 proc. pracowników oddelegowanych. Ich odsetek jest też duży w przemyśle wytwórczym (21,8 proc.). Kolejne sektory to edukacja oraz służba zdrowia i usługi społeczne (13,5 proc.), usługi dla biznesu (10,3 proc.). Niemcy, Francja i Belgia to kraje, w których pracuje najwięcej pracowników oddelegowanych. Z kolei Polska, Niemcy i Francja to państwa, z których wysyła się najwięcej pracowników za granicę.

Z Brukseli Anna Widzyk (PAP)