Zagalopowaliśmy się goniąc Zachód. Połowa Polaków chciałaby powrotu do dawnych czasów

Polska, kobiety, strój ludowy
Polska, kobiety, strój ludowyShutterStock
19 października 2015

Goniąc Zachód, nieco się zagalopowaliśmy. Połowa Polaków chciałaby powrotu do dawnych czasów. Raz rozpoczęte procesy w rewolucji obyczajowej dziś jednak trudno odwrócić.

Jeszcze przed 20 laty urodzenie dziecka przez kobietę samotną lub pozostającą w związku nieformalnym było – zwłaszcza na wsi – rzadkością. Obecnie w Polsce jest to zjawisko powszechne. Podobnie jest z rozwodami – na początku XXI wieku było ich 43 tys. rocznie. 15 lat później – już 66 tys. W tym samym czasie zdecydowanie ubyło małżeństw – z 211 tys. rocznie ich liczba spadła do 189 tys. Kiedyś homoseksualizm był napiętnowany, dziś bez przeszkód można zorganizować paradę równości. I tak dalej.

Zmiany można wyliczać jednym tchem. Zrobił to Marcin Hadaj w tekście „Mentalne barykady hejtu”, który ukazał się w weekendowym wydaniu DGP. Powołując się na badania społeczne, pokazał też nasz stosunek do nich. A ten jest ambiwalentny. O ile mniej więcej połowa z nas zgadza się na rozluźnienie norm i jest przekonana, że powinniśmy zgadzać się na aborcję na żądanie czy zapłodnienie in vitro, druga połowa uważa, że należy trzymać się w tej kwestii tradycyjnych regulacji.

Jak pisze Hadaj, nasza reakcja na zmianę doprowadziła do powstania mentalnych barykad. „Na całym świecie większość ludzi ma w tych kluczowych sprawach światopoglądowych swoje zdanie, ale tylko w Polsce sami na własne życzenie doprowadziliśmy do budowy mentalnych barykad, za którymi kryją się wyznawcy hołdujący radykalnie odmiennym punktom widzenia. Po obu stronach narasta złość, bywa także, że nienawiść, w stosunku do inaczej myślących. Zmiany społeczne, które w różnym tempie dzieją się w Polsce od 1989 r., stały się jednym z ważniejszych zarzewi konfliktu” – dowodzi.

Konflikt narastał głównie z powodu tempa zmian. Przez blisko 50 powojennych lat Polacy karmili się marzeniami o tym, jak jest na Zachodzie. Podsycanymi zresztą przez tych, którym udało się wyrwać zza żelaznej kurtyny i jakimś cudem wyjechać do Francji, Wielkiej Brytanii czy choćby Berlina Zachodniego. Wszystko, co zachodnie, było w pewien sposób lepsze niż nasz komunistyczny paździerz. Nic dziwnego, że kiedy Zachód stał się dostępny, zaczęliśmy importować z niego wszystko, bez refleksji – zarówno w sferze dóbr materialnych, jak i kultury czy wzorców społecznych i gospodarczych. Tych, którzy na takie tempo nie byli gotowi, nazywano hamulcowymi transformacji. A nikt nie chce być hamulcowym.

Także w okresie przygotowawczym do wejścia do Unii dość gładko łykaliśmy kolejne pigułki. Przechodziły przez gardło także dlatego, że szły za nimi unijne pieniądze. Z eurosceptyków także szydzono. Podobnie jak wcześniej z hamulcowych. W Polsce natomiast wyrosła kolejna grupa osób, które sprzeciwiały się zbyt pochopnie przeprowadzanym zmianom. Ich frustracja, w połączeniu z frustracją tych, którzy już, natychmiast chcieli, aby w Polsce było jak w Szwecji czy Holandii, to potencjalne źródło konfliktu, o którym pisze Hadaj. Konflikt wcale jednak nie musi wybuchnąć. Pomiędzy zgodą a wojną jest bowiem miejsce na całe spektrum rozwiązań, o których często zapominają jednak media głównego nurtu.

Przykładem zmiany, która wisi nad nami, jest napływ uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu do Europy. Choć i tutaj zdarzały się skrajne poglądy i hasła od „przyjmijmy wszystkich” do „Polski dla Polaków”, w debacie publicznej pojawiły się dziesiątki argumentów za i przeciw. Potrafiliśmy zadbać o to, by rozmawiać o tle tej wędrówki ludów, czyli interesach regionalnych mocarstw, o naszej w tym wszystkim roli. Padały pytania: czy na pewno chcemy realizować niemiecką politykę migracyjną? Jakie będzie miała konsekwencje? Czy jesteśmy gotowi na przyjęcie tysięcy migrantów? Jaką zapewnimy im przyszłość i możliwości rozwoju?

Choć niektóre media próbowały rozgrywać sprawy po swojemu, sceptyków tym razem nazywając „faszystami”, a inne zwolenników – „lewactwem”, nie udało im się zdominować dyskusji. Było miejsce na zastanowienie. Kryzys migracyjny pokazał przynajmniej kierunek, sposób, w jaki powinniśmy się szykować na zmianę społeczną. Nasze ćwierćwieczne doświadczenie powinno nam już jasno pokazać, że nie chodzi tu o rzucanie się do mętnej wody na główkę, ale o to, by nad zmianą jakoś zapanować. Przemyśleć jej konsekwencje. Tak powinno się zachować dojrzałe społeczeństwo.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.