Język, którym opisujemy rzeczywistość, ubożeje. Dzieje się tak, bo mamy kulturę odbiorcy, nie nadawcy. Kiedyś trzeba było równać w górę, dziś już nie trzeba - mówi prof. Jacek Warchala w rozmowie z Mirą Suchodolską.
Reklama
Na początku było słowo, bo nazywając przedmioty i zjawiska, powołujemy je do życia. Przechodząc z jednej epoki do drugiej, wymieniamy nie tylko idee, ale i nazwy. Tymczasem z ust młodego biznesmena usłyszałam, że urząd skarbowy dołożył mu domiar. Czyżbyśmy – jeśli chodzi o postawę wobec fiskusa – pozostawali w czasach komuny?
Socjolingwistyka zawsze wychodziła ze stanowiska, że język jest tworem konserwatywnym, w którym zmiany są bardzo powolne. A jednak od pewnego czasu język zmienia się błyskawicznie. Wchodzą do użycia nowe słowa, często z obcym rodowodem, to, co wczoraj było błędem, staje się normą, akcent nam się zmienia. Język jest lustrem, w którym przegląda się rzeczywistość, więc zmiany gospodarcze, ideologiczne czy technologiczne znajdują w nim odbicie.
To skąd ten domiar?
Ważny jest tutaj element psychologiczny: strach i respekt, poczucie, że jak za czasów komuny fiskus może nam zrobić wszystko, niekoniecznie oglądając się na prawo. Więc w tym przypadku język oddaje nasz sposób myślenia. Nazywając coś, możemy to obłaskawić lub sprawić, że stanie się groźne. Marketing wykorzystuje to w kapitalny sposób, stąd zalew „szynek babuni” czy tych „jak za Gierka” – ma to przywołać skojarzenia z produktami sprzed lat. Ale te nazwy to sztuczka niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością, bo język w czasach socjalizmu miał tendencję do urzędniczenia. Komuniści chcieli wszystko nazwać. To często wyjaławiało język i pozbawiało go kolorytu – z czego często wychodziły potworki słowne. Wie pani na przykład, co to jest zwis męski ozdobny?
Pewnie. To krawat!
Brawo. A zwis nocny? Nie, to za łatwe. Proszę powiedzieć, czym może być podgardle dziecięce?
Niedobrze mi!
Śliniaczek dla dziecka. A ten zwis nocny to kinkiet. Władza chciała mieć wszystko pod kontrolą, nawet język. I w tamtych czasach nieco podobnie myśleli językoznawcy – szalenie purystycznie podchodzili do reguł językowych. Dziś się to zmienia.
Nowe czasy znajdują wyraz także w nazwach przedsiębiorstw. Za Gierka mieliśmy „pole” – polleny i poldroby. Zastanawiam się, czy to nie były pierwsze próby budowania naszej marki.
Raczej był to swoisty patriotyzm poparty odgórnym prikazem. Ten paradygmat patriotyczny był w tych czasach bardzo silny. Do tego stopnia, że dzieciom można było nadawać tylko polsko brzmiące imiona – nawet Izabella przez dwa „l” nie przechodziła. To zabawne, że dziś, kiedy mamy ustawę o języku polskim, nikt nie zwraca na te drobiazgi uwagi. Jednak faktycznie, zwłaszcza jeśli chodzi o język opisujący gospodarkę i politykę, przemiany były – i wciąż są – szczególnie szybkie i mocne. No, ale nic dziwnego – przeszliśmy z gospodarki niedoboru do kapitalizmu.
Pierwszym słowem, które wryło się nam w mózgi, była „transformacja”. Ale pamiętam też, że każda speluna musiała się wówczas nazywać światowo – najlepiej Las Palmas, choć była to buda z blachy.
Transformacja to przemiana, przeobrażenie. Ale dostojniej i ładniej brzmi niż zwyczajna zmiana, prawda? A te obcobrzmiące nazwy pośrodku owej jeszcze bardzo przaśnej rzeczywistości były wyrazem naszej tęsknoty za tym lepszym światem. Równolegle przecież zniknęły z Polski sklepy. Na ich miejsce pojawiły się supermarkety i hipermarkety, zwyczajny sklepik osiedlowy stał się shopem. Zmienialiśmy rzeczywistość, mentalność i nazywaliśmy wszystko od nowa. Przed wojną i po wojnie sklep z mięsem miał nad wejściem szyld, na którym było napisane „Rzeźnik”. Dziś „rzeźnika” nie uświadczysz.
Na początku lat 90. był wysyp „pepuchów” – Przedsiębiorstw Produkcyjno-Usługowo-Handlowych. Później przyszła era „exów” – miało to sugerować, że firma produkuje na eksport. No i zaczęła się moda na umieszczanie nazwiska właściciela w nazwie, że przytoczę Wytwórnia Wyrobów Garmażeryjnych Kupska.
Lata 90. to początek rodzenia się w Polakach poczucia marki, które zatraciliśmy w czasach komunizmu. A nie ma bardziej naturalnego znaku towarowego niż nazwisko. Towar jest zawsze od kogoś i jeśli ten ktoś firmuje go własnym nazwiskiem, to daje gwarancję, że oferuje dobry produkt. Po transformacji nazwisko na powrót stało się orężem w czasach konkurencyjnej walki.
Pojawiła się jeszcze jedna tendencja: ze zwyczajnych pawilonów handlowych przeszliśmy do salonów i galerii. Mnie irytują zwłaszcza salony łazienek – ładny mi salon z ubikacją w centrum.
Wszystko musi być światowe, a przynajmniej europejskie. Dlatego mamy też salony chleba i galerie wypieków. Ale jeśli do przełomu wieków byliśmy zachwyceni możliwością robienia zakupów w hipermarketach, w ostatnich latach ich wizerunek sparciał. Do świadomości społecznej przedarły się informacje, że te sklepy – należące do zagranicznych koncernów – zabierają pracę rodzimym przedsiębiorcom, nie płacą u nas podatków. A galeria to coś całkiem innego, choć jest niczym innym jak wielkim supermarketem właśnie. Ale też do tej nowej galerii handlowej idzie się w podobnym celu jak do galerii sztuki: pokazać się, pooglądać, niekoniecznie robić zakupy. W galerii sztuki nie musimy rozumieć malarstwa, ale bywać powinniśmy, dla towarzystwa, jakżeż od razu dobrze się poczujemy.
Duży wpływ na język ma reklama. Bon moty w niej używane przechodzą do mówionego języka, stając się współczesnym kodem kulturowym. Jakiś czas temu hitem stało się wyrażenie, że „prawie robi wielką różnicę”. Jednak mało kto pamięta, że pierwszym bon motem reklamowej proweniencji był prusakolep.
To 1989 r., symboliczne przejście ze świata brudu i robactwa do lepszego, czystszego, wolnorynkowego. I pierwszy klip reklamowy w nowym stylu. Wcześniejsze reklamy, bo i za komuny produkowano coś w rodzaju reklam, nie musiały spełniać funkcji marketingowej, ale musiały wykonać robotę ideologiczną. Bo po co nam były reklamy Fiata 126p, jeśli można go było dostać tylko na zapisy? Po to, aby pochwalić się, że socjalizm potrafi wyprodukować takie motoryzacyjne cudo. Pamiętam też kampanię perswadującą, że margaryna jest lepsza niż masło. Bo były „przejściowe problemy z jego zakupem”, więc komuna ludzi do utwardzonych tłuszczy roślinnych przekonywała. I na początku lat 90. firmy mleczarskie musiały sobie poradzić z wtłoczoną nam niechęcią do masła. Pamiętam klip: mężczyzna z psem na spacerze, czyta skład surowcowy na opakowaniu margaryny. Pies słucha i co składnik, to się gorzej czuje, aż w końcu prawie zdycha.
Mówiąc o reklamach, nie można nie wspomnieć o „Ociec prać”.
Niemieccy twórcy reklamy nie rozumieli, dlaczego akurat ta reklama proszku do prania tak się nam podoba. U nich musi być frau, pralka, brudne pranie wrzucone, czyste pranie wyjęte. Konkret. Ale obawiam się, że już niedługo i dla Polaków kontekst tego typu klipów będzie niezrozumiały. Proszę sobie wyobrazić, że studenci polonistyki nie są w stanie czytać Sienkiewicza. Z mojego doświadczenia: w 35-osobowej akademickiej grupie nikt nie przeczytał „Potopu”. Nie byli w stanie przebrnąć przez pierwszych kilka stron. Bo Sienkiewicz budował zdania wielokrotnie złożone, skomplikowane składniowo, zajmujące często więcej niż połowę kartki. A dziś operujemy zdaniem krótkim, prostym, nastawionym nie tyle na piękno, ile na wygodę. I jeszcze jeden wniosek, który należałoby postawić, omawiając temat „reklama”. Dzięki reklamie zmienia się nasza wrażliwość na język, ale też znaczenie niektórych słów. Dziś nowy to być może nowy, ale z całą pewnością w znaczeniu – lepszy.
Język został także zdemolowany przez technologię cyfrową.
Gdy pojawiły się pecety, przez kraj przeszedł spór, jak powinno się wymawiać to słowo: z angielska – kompjuter, czy z polska – komputer. Dyskutowano też, jak nazwać myszkę – może mlaskaczka, a może manipulator stołokulotoczny. Ale angielskie nazwy szybko weszły do użycia i przestaliśmy mieć problem z tym, że coś nie jest rdzennie polskim słowem. Tak więc i w języku mamy pełną globalizację, co mi nie przeszkadza. Tym, co uważają inaczej, tłumaczę, iż takie wydawałoby się dziś absolutnie nasze słowa jak kościół czy hełm także kiedyś przywędrowały do nas ze świata. Obrona polszczyzny to tradycja romantyczna, kiedy nasz kraj nie istniał, więc trzeba było bronić każdego przejawu polskości. Dziś czujemy się bezpieczniej, polskie nazewnictwo nie musi udowadniać polskości i stawać się czynem patriotycznym. Nie wszystko mi się podoba, te lajkowania, hejtowania na przykład, ale nie ma wyjścia. Musimy się zadowolić przystosowaniem słowa do naszej odmiany i wymowy.
Globalizacja języka jest szczególnie widoczna w korpomowie. Forłardujemy mejle czy robimy wszystko na asap.
Ten język jest konstruowany oddolnie, co wynika zarówno z konieczności, jak i z chęci przynależności do grupy. Kiedyś pracowałem w międzynarodowej agencji reklamowej, kontaktowaliśmy się z ludźmi z różnych krajów. Jeśli powiem partnerowi, że tym problemem zajmie się nasz copywriter, będzie wiedział od razu, o kogo chodzi. Sloganiarza by już nie zrozumieli. Poza tym używanie takiego, a nie innego języka świadczy o profesjonalizmie. Mówisz naszym językiem, to jesteś swój. Dotyczy to wszystkich grup zawodowych i społecznych, nawet rodziny mają swój metajęzyk zrozumiały tylko dla jej członków. Generalnie chodzi o efektywność komunikacyjną. Choć czasem przybiera to dość kuriozalne formy, na przykład język, jakim posługują się informatycy, jest tak hermetyczny, że nikt oprócz tej kasty go nie rozumie.
Ja bym do tego dodała język urzędniczy i prawniczy. Zdobyczą ostatnich lat jest język unijny, który mnie szczególnie brzydzi. Te wszystkie ramy czasowe, projekty i programy, które oznaczają dziś coś całkiem innego niż kiedyś.
I mnie się kiedyś zdarzyło dostać pismo z urzędu skarbowego, z którego nic nie zrozumiałem. Kiedy zadzwoniłem i zapytałem, o co chodzi, dowiedziałem się, że o nic, że to rutynowe pismo i nie muszę nawet na nie odpowiadać. Podobnie jest z językiem ustaw. Prawnicy przekonują, że chodzi o to, aby ustawy były jak najbardziej precyzyjne, ale wszyscy wiemy, że to ściema. Mam takie ciche przekonanie, że jest to robione specjalnie, że hoduje się kastę wtajemniczonych, którzy na tłumaczeniu tego żargonu będą zarabiać. Nie jest to tylko nasz problem. W Wielkiej Brytanii pojawił się pomysł, aby stworzyć korpus języka, na który by się składało ok. 5 tys. słów, którymi urzędy będą mogły porozumiewać się z obywatelami. Można się z tego śmiać, ale trzeba zaakceptować jako zło konieczne, gdyż inaczej będziemy potrzebować tłumaczy z polskiego na nasze.
Nie powiedział pan, co sądzi na temat unijnej nowomowy.
Mogę się krzywić, ale tłumaczenie pojęć z języków europejskich na polski i na odwrót jest bardzo trudne. Dlatego Unia stara się wytworzyć własny język. Nie bylibyśmy w stanie się porozumieć bez stworzenia sztucznych wyrażeń, które byłyby tak samo zrozumiałe dla Polaka, Niemca czy Łotysza.
Języki różnią się od siebie – podobno przejawia się w nich duch narodu.
Język polski jest emocjonalny, lecz bywa traktowany jako mało precyzyjny i nie zawsze „logiczny”, ale za to plastyczny i romantyczny. Według idei relatywizmu językowego wraz z językiem nabywamy sposób wyrażania rzeczywistości. Tę trudność napotkał każdy tłumacz z literatury obcej, także wykładowca, który przybliżając jakąś obcą koncepcję, musi posiłkować się oryginalnym słówkiem, aby nie przekłamać idei.
Tak czy inaczej tendencja jest jedna: język się upraszcza. Widać to w mediach i w literaturze. Zdania wielokrotnie złożone zostały zastąpione przez zdania oznajmujące, teksty brzmią jak stukot karabinu maszynowego.
Tak się dzieje, bo mamy kulturę odbiorcy, nie nadawcy. Kiedyś słuchacze i czytelnicy musieli się dostosować do tego, co mówił nauczyciel, wykładowca, polityk, a nie odwrotnie. Jeśli nie rozumieli, musieli równać w górę. Dziś jest inaczej. W pani gazecie nie wypada pisać kolokwialnym językiem, bo czytelnik jest wykształcony i mógłby się obrazić za zbyt lekkie potraktowanie. Jednak media, które stawiają na masy, muszą się do mas dostosować, by się sprzedać. A wie pani, że w naszym kraju, jak pokazały badania, nawet 80 proc. odbiorców nie rozumie języka, jakim operuje się w wiadomościach telewizyjnych? Jeśli chcemy mieć klienta, słuchacza, czytelnika, musimy mówić do niego jego językiem, w przeciwnym wypadku nie kupi gazety lub zmieni kanał TV.
Dlatego z naszego społecznego dyskursu znikają pewne wyrażenia i słowa. W latach 90. „Super Express”, w którym pracowałam, jako recenzentów zatrudnił dwójkę osób z wykształceniem zawodowym. Ich zadaniem było zaznaczanie w napisanych tekstach wyrażeń, których nie rozumieją. Przez pierwsze tygodnie podkreślali niemal wszystko.
A potem redakcja dostosowała się do głosu ludu, prawda? Bo najważniejszy jest sukces rynkowy. Ale jestem pewien, że gdyby porównać zasób słów tych osób z tym, jakim dysponuje współczesny czytelnik gazety, okazałoby się, że dziś jest uboższy, a w każdym razie inny. Na pewno wypadło z niego wiele słów. Weźmy np. kredens – kto jeszcze wie, jak wyglądał ten mebel w kuchni? Dziś nie ma kredensów, są szafki i regały. Paździerz jest tańszy niż drewno. Albo konsola. Kiedyś wspornik architektoniczny, dziś kojarzy się z grami komputerowymi. Słowa znikają, zmieniają znaczenie, bo zmienia się rzeczywistość. Nie ma już księgowych, są account managerowie.
Bo account manager lepiej brzmi, łatwiej znaleźć pracownika na tak dostojne stanowisko, nawet jeśli będzie się mu płacić mniej niż babci klozetowej. Widzę jeszcze jeden efekt tej globalizacji języka: polskie firmy uciekają pod obco brzmiące nazwy, aby odnieść sukces. Cropp, Reserved, Gino Rossi – to przykłady z branży odzieżowej.
Polskie nazwy są marketingowo trudne do ugrania – tak na krajowym rynku, gdyż jesteśmy trochę snobami, jak i na światowym, bo tam polski brand nie wzbudza zaufania. O, widzi pani, użyłem słowa brand... może dlatego, by wydać się w pani oczach specjalistą. Kiedyś pracowałem w firmie reklamowej Vielrose Group, jej właścicielką była Polka o niemiecko brzmiącym nazwisku Vielrose. I z taką nazwą było nam łatwiej wejść na rynek – zarówno niemiecki, jak i polski. Tam brzmieliśmy swojsko, u nas kojarzyła się ta nazwa z niemiecką solidnością. A że stereotypy? Trudno, taki jest rynek.
Ten rynek wymaga też od nas poprawności politycznej. Cygan został Romem, homoseksualista gejem, Żyd w ogóle nie może się już pojawić w języku, bo to przejaw antysemityzmu. To wszystko przekłada się na biznes: po uznanej za homofobiczną wypowiedzi Marka Jakubiaka, właściciela Browarów Regionalnych Jakubiak, przez Polskę przetoczył się protest konsumencki, był bojkot, wylewanie piwa itp.
Presja jest wielka, sam się ostatnio złapałem na tym, że w towarzystwie obawiałem się użyć słowa Żyd, bo nie byłem pewien, jak zostanę właściwie zrozumiany. Często bywa tak, że dobre intencje przeradzają się w swoją karykaturę. Ostatnio obserwujemy feminizację języka, do niedawna bardzo patriarchalnego, w którym różne zawody nie miały żeńskich odpowiedników. Mnie te ministry i socjolożki nie rażą. Ale zdarzyło się, że zostałem postawiony pod ścianą. Miałem wygłosić laudację na cześć prof. Ireny Bajerowej, wybitnej językoznawczyni, z powodu przyznania jej tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w 2008 r. I bardzo się biedziłem: naukowiec czy naukowczyni? Nauczyciel pokoleń czy nauczycielka pokoleń? Na szczęście w tym wypadku okazało się to bez znaczenia, gdyż tekst na dyplomie był tradycyjnie po łacinie.
Kryzys 2008 r. przewartościował pojęcia ekonomiczne, bo okazało się, iż ta wolna ręka rynku może być zabójcza. Na przykład słowo liberał.
Pierwotnie obojętne, a może też pozytywne znaczenie słowa liberał w ferworze walki politycznej podczas prezydenckiej kampanii wyborczej nabrało znaczenia negatywnego. Dlaczego? Bo „Polska liberalna” została przeciwstawiona „Polsce solidarnej”. Trwała wówczas swoista walka na słowa, którą publicysta i politolog Rafał Matyja nazwał najtrafniej – rewolucją semantyczną. Ona towarzyszyła próbie przekształcenia III RP w IV RP. W wyniku przekształceń te nazwy, które na początku transformacji kojarzyły się godnie, dziś są wyzwiskiem. Etosowcy, styropianowcy – lewica postarała się, by nie brzmiały najlepiej. Odpowiedzią na to były komuchy. Mamy platfusów, zwanych czulej platformersami. I pisiorów czy pisiaków po drugiej stronie. Mamy lemingów i oszołomów, mamy mohery. Każda formacja stara się stworzyć własny język, żeby lepiej porozumieć się z elektoratem i aby się lepiej sprzedać. To walka na idee, ale przede wszystkim na emocje zawarte w słowach i w języku. To także jest wolny rynek, z tym że zamiast towarów konkurują na nim idee. I te idee ubieramy w język, jakim mówimy.
Coraz bardziej kolokwialny.
Pełen wulgaryzmów płynących nawet z sejmowej trybuny. To zapoczątkował Lech Wałęsa. Z jego plusami dodatnimi i ujemnymi, ale przede wszystkim z siekierką, którą chciał odrąbywać ręce i nogi. Ale osoba Wałęsy, a przede wszystkim naturalny język, którym się posługiwał, zwłaszcza na początku, był swoistym antidotum na socjalistyczną nowomowę. Wcześniej wszystko musiało być formalne: przemówienie z trybuny, towarzysze, partia z narodem, w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Dopiero kiedy prelegent schodził z mównicy, stawał się sobą, walił po plecach, tłumacząc, że on w te brednie to tak naprawdę nie wierzy... Tak było: stawaliśmy się prawdziwi tylko w sytuacjach prywatnych, one dawały nam wolność. Takie osoby jak Wałęsa czy później, w zdecydowanie gorszym i bardziej wulgarnym stylu Lepper, by nie powiedzieć osobistości nieprzestrzegające konwenansów i zwyczajów językowych, stawały się symbolem bezkompromisowości i prawdy, ale też negatywnym przykładem psucia języka debaty publicznej. A potem poszło łatwo: polityka TKM (Teraz Kurwa My), dowalanie oponentom politycznym, walenie słowami jak kastetem. Dziś wolno prawie wszystko, wypada prawie wszystko w debacie publicznej; nie dziwmy się zatem, że coraz więcej ludzi hejtuje. To jest pewna paranoja w życiu publicznym, że z jednej strony rządzi nami poprawność polityczna, a z drugiej nie ma żadnych barier w politycznej dyspucie. To nie jest już bezkompromisowy język, to jest brutalny i miejscami nie do przyjęcia językowy ściek.
Sam pan powiedział, że dążymy do prostoty i ekonomiki komunikatu. Krótko i na temat.
Co nie znaczy po chamsku i brutalnie. To fakt, język coraz bardziej się specjalizuje, odchodzi od pięknego mówienia na rzecz komunikatywności. Tak właśnie, krótko i na temat. Choć żal, że w tym wszystkim uciekają nam pewne abstrakcyjne pojęcia. Na przykład słowo miłość. W potocznym języku, ale także w języku mediów, będziemy mówić o spaniu ze sobą, ciupcianiu, o sposobach osiągania orgazmów, o tym, w jaki sposób zatrzymać bądź pozbyć się partnera. Galerianki nie mają alfonsów tylko sponsorów. Przypomniała mi się rozmowa z kolegą, który jest na najniższym szczeblu drabiny gospodarczej, czyli prowadzi jednoosobową działalność. Wiedziałem, że ma się spotkać z ludźmi, którzy mogą doinwestować jego podupadający interes. Pytam: I co, gadałeś z tymi kolesiami? A on mi na to: Tak, prowadziłem rozmowy z potencjalnym sponsorem. Potencjalnym sponsorem, wyobraża sobie pani?
Wyobrażam. Nie sprostał pan językowo konwencji.
Trudno sprostać. Z jednej strony mamy uproszczony język, wszystko ma być spoko, cool, młodzieżowo; z drugiej pełno jest zasieków.
Może jest pan za stary, żeby to ogarnąć. Rynek jest, jaki jest. Tworzone są programy unijne na aktywizację zawodową seniorów w wieku 45 plus.
Pewnie nie ogarniam. Pociechą niech będzie to, że tak jak pojawiają się mody na różne słowa i na coraz to różne interpretacje rzeczywistości, tak dialektyka dziejowa sprawi, że ostatni staną się pierwszymi. Ostatecznie dziś knajpy typu Las Vegas są zastępowane coraz częściej przez Szpulki i Pod Trzema Kaczkami. Ufam, że choćby demografia sprawi, iż ludzie umiejący przeczytać „Potop” będą równie przydatni na rynku pracy jak ci, co w konsoli widzą tylko urządzenie do gry, a w liberale guzik od liberii. A może jeszcze lepiej się sprzedadzą.
W Wielkiej Brytanii pojawił się pomysł, aby stworzyć korpus języka, na który by się składało ok. 5 tys. słów, którymi urzędy będą mogły porozumiewać się z obywatelami. Można się z tego śmiać, ale trzeba zaakceptować jako zło konieczne, bo jeśli u nas nic się nie zmieni, będziemy potrzebować tłumaczy z polskiego na nasze