W sobotę w Karolinie Płd. odbędą się ostatnie z czterech otwierających prawybory plebiscytów.
Reklama
Chociaż ostatnia, środowa debata demokratycznych pretendentów w Charleston nie należała do widowiskowych, kandydatem, który najprawdopodobniej zrobił najlepsze wrażenie na Amerykanach i najwięcej podczas niej ugrał, był Michael Bloomberg. A musiał wykonać trudne zadanie: całkowicie odmienić swój wizerunek po katastrofalnej poprzedniej debacie. Do jakiegoś stopnia mu się to udało.
Przez 45 minut Bloomberg odpierał ataki przeciwników, głównie zarzuty, że kupuje sobie amerykańską demokrację za pieniądze z własnego konta. Miał też kilka solidnych ripost. Na przykład wtedy, gdy zapytano go o przedsięwzięcia, które podjął jako burmistrz Nowego Jorku. Chodziło o zakazy palenia, limity wielkości napojów gazowanych, które mogą być sprzedawane w szkołach itp. – Myślę, że to, co jest dobre dla Nowego Jorku i jego mieszkańców, niekoniecznie jest dobre dla wszystkich innych. USA to kraj znacznie bardziej różnicowany i każdy potrzebuje czego innego. Więc bądźmy poważni – odparował, odcinając się od pomysłów wprowadzania prohibicji na różne słabości Amerykanów.

Reklama
Dodał jednak od razu, że zadaniem rządu jest wyjaśnianie ludziom, co nauka mówi o dobrych nawykach zdrowotnych i o tym, jak dbać o siebie i dłużej żyć. – Jesteśmy krajem, w którym zbyt wielu ludzi cierpi z powodu otyłości. Powinniśmy coś z tym zrobić. Spójrzcie tylko, co się stało z paleniem. Zakazaliśmy palenia w Nowym Jorku w miejscach publicznych, restauracjach, biurach i tego typu miejscach. I dobry przykład poszedł na całą Amerykę, a także inne kraje i kontynenty. Mniej ludzi umiera z powodu chorób płuc – przekonywał.
Po debacie uwaga komentatorów skupia się na tym, czy uznawanemu powoli za faworyta prawyborów Berniemu Sandersowi uda się przekonać do siebie mniejszości etniczne. Przez cały okres trwania kampanii wyborczej w 2016 r. w prawyborach demokratów jedną z największych słabości senatora Sandersa była niezdolność do zdobycia szerokiego poparcia wśród wyborców afroamerykańskich i latynoskich. Tym razem spróbował uniknąć tego losu i zatrudnił w sztabie znacznie bardziej zróżnicowaną etnicznie kadrę. Postarał się też o uzupełnienie swojego programu wyborczego o kwestie nierówności ekonomicznych, których podstawą są podziały rasowe.
Dotychczasowe plebiscyty w Iowa i New Hampshire dotyczyły w ponad 90 proc. białego wyborcy. W Nevadzie dołączyli do nich Latynosi, którzy tym razem zdają się bardziej ufać Berniemu. Jednak prawdziwym testem dla senatora z Vermont będą zaplanowane na sobotę prawybory w Karolinie Południowej, gdzie pokaźną częścią demokratycznego elektoratu stanowią Afroamerykanie. Sondaże dają pierwsze miejsce Joemu Bidenowi z 30 proc. poparcia, następny jest Sanders z 22 proc. Reszta kandydatów nie przekracza 10 proc.
Za to we wtorek głosuje 13 stanów, w tym największe, czyli Kalifornia i Teksas. Sondaż przeprowadzony dla „Los Angeles Times” przez Institute of Governmental Studies na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley wykazał, że Sanders ma 26 proc. poparcia wśród etnicznych wyborców w całym Złotym Stanie, co plasuje go przed senator Elizabeth Warren z Massachusetts, która zajęła drugie miejsce z 20 proc. Ma poparcie aż 38 proc. Latynosów, w tym 41 proc. wśród ludzi, dla których hiszpański jest pierwszym językiem.
Cztery lata temu w Teksasie Sanders przegrał z Hillary Clinton wśród Latynosów stosunkiem głosów dwa do jednego. W tym roku wedle sondaży w tej grupie wygrywa. A Teksas jest tzw. minority-majority state, tzn. większość mieszkańców stanowią mniejszości etniczne. Sondaże dają Sandersowi 36 proc. głosów Latynosów, w porównaniu z 24 proc. byłego wiceprezydenta Joego Bidena i 10 proc. Elizabeth Warren. Trzeba jednak dodać, że sondaże z Kalifornii i Teksasu nie uwzględniały Michaela Bloomberga, bo gdy były przeprowadzane, nie było go na listach w stanach, które w prawyborach głosowały jako pierwsze.