W niedzielę obywatele wybiorą prezydenta. Sondaże wróżą zwycięstwo kandydata niechętnie patrzącego na kompromis z partyzantką, który odchodzącemu prezydentowi przyniósł Nagrodę Nobla
Jeśli sondaże mają rację i zwycięży 42-letni Iván Duque, będzie najmłodszym prezydentem Kolumbii w historii. Choć na tle swojego rywala prezentuje umiarkowane poglądy, w programie zapowiedział, że zamierza zerwać dotychczasowe porozumienie z marksistowską partyzantką FARC, z takim trudem wypracowane przez dotychczasowego prezydenta Juana Manuela Santosa. Porozumienie, za które Santos w 2016 r. otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, zagwarantowało FARC 10 stałych miejsc w parlamencie.
Duque może się poszczycić bardzo dobrym wykształceniem prawniczym, zdobytym na waszyngtońskim Georgetown University, ale brak mu doświadczenia politycznego. – Przed kampanią wyborczą był praktycznie nikim – mówi DGP Sandra Borda, politolog z Universidad de Los Andes w Bogocie. Polityczni rywale nazywają Duquego marionetką byłego szefa państwa Álvara Uribego. To on namaścił go na przyszłego prezydenta i wypromował jako lidera. W jego sukces mało kto wierzył. Gdy ogłaszano jego kandydaturę, sondaże dawały mu zaledwie 10 proc. poparcia. A jednak z poparciem 39 proc. wygrał pierwszą turę wyborów.
Reklama
Największymi problemami, z którymi będzie musiał się zmierzyć, są zmiany w systemie sprawiedliwości, reforma rolna, ale także kryzys w sąsiedniej Wenezueli i jego skutki. Także w postaci zalewającej Kolumbię fali imigrantów uciekających z kraju, którego gospodarkę zrujnował Maduro i jego poprzednik Hugo Chávez. Duque nie ukrywa niechęci do prezydenta Wenezueli Nicolása Madury, otwarcie nazywając go dyktatorem, i przestrzega, że Kolumbia musi uniknąć sytuacji, w której mogłaby doświadczyć podobnego dramatu.
Problemem może być jednak zła sława, jaką okrył się jego patron Álvaro Uribe. Były prezydent, chociaż zacięcie walczył z FARC, doprowadził do ogromnego rozlewu krwi. Działania kolumbijskiej armii pochłonęły życie tysięcy cywili. W dokumentach amerykańskiego wywiadu nazwisko Uribego pojawia się również na liście najważniejszych handlarzy narkotyków w Kolumbii. Były prezydent został tam opisany jako współpracownik kartelu z Medellín i przyjaciel samego Pabla Escobara.

Reklama
Taka przeszłość Uribego nie jest dobrą rekomendacją dla Duquego, który próbuje kreować się na klasycznego konserwatystę. Faworyt wywodzi się z elitarnej rodziny. Jego ojciec pracował dla ONZ, a matka jest politologiem. W trakcie kampanii wyborczej obiecał przedsiębiorcom obniżenie obciążeń fiskalnych i zamrożenie na trzy lata podatku od własności. Duque jest katolikiem, przykładnym mężem i ojcem trójki dzieci. Zdecydowanie sprzeciwia się małżeństwom jednopłciowym.
Jego rywal Gustavo Petro z partii Ludzka Kolumbia jest jego całkowitym przeciwieństwem. Z wykształcenia jest ekonomistą, a zanim stanął do wyścigu o prezydenturę, był burmistrzem Bogoty, gdzie wciąż może liczyć na wyższe poparcie niż Duque. Jego rodzice są rolnikami. Młodość miał burzliwą; jako 17-latek stał się członkiem drugiej największej po FARC partyzantki, Ruchu 19 Kwietnia. Grupa ta, chociaż o wiele mniej znana niż FARC, ma na swoim koncie kilka spektakularnych akcji, jak zamachy bombowe na ambasady Hondurasu i Stanów Zjednoczonych czy na Pałac Sprawiedliwości, czyli siedzibę kolumbijskiego Sądu Najwyższego, w którym zginęło ponad 50 osób.
Dziś Petro nazywa siebie postępowym lewicowcem, ale nie marksistą, i obraca w żart częste porównania do Cháveza. Kandydat zapowiada, że zamierza utrzymać obecne porozumienie z FARC, zająć się rozwiązaniem problemów najuboższej ludności, zepchniętej na margines społeczny, i problemami środowiska naturalnego. Wielu Kolumbijczyków popiera te postulaty, za to najbardziej niechętny jest wielki biznes, który obawia się, że Petro popsuje wizerunek kraju. – Nie wiem, co się stanie, jeśli wygra, ale w takim razie poważnie zastanawiam się nad wyjazdem z kraju – mówi nam Paola pracująca w dużej firmie handlowej, która obawia się, że wraz z prezydenturą Petry wróci terror z czasów FARC.
Wizerunkowi lewicowego kandydata nie pomógł ostatni incydent. Podczas spotkania wyborczego w małej miejscowości La Loma Iván Duque i jego zwolennicy zostali zaatakowani przez rój śmiercionośnych pszczół. Spotkanie się nie odbyło, a 15 osób trafiło do szpitala. Jeden z senatorów z partii prawicowego polityka oskarżył Petrę na Twitterze, że ten zorganizował… atak bioterrorystyczny.
Z kolei na Duquego spadła fala krytyki po tym, jak ogłosił, że nie zamierza brać udziału w przedwyborczej debacie telewizyjnej z Petrą. Konserwatysta tłumaczył się brakiem czasu w związku z intensywną kampanią wyborczą, ale można się domyślać, że to efekt nieudanej dla niego debaty sprzed pierwszej tury wyborów. Na razie sondaże dają Duquemu pięciopunktową przewagę nad kandydatem lewicy. Wygrana oznacza, że zostanie nie tylko szefem państwa, ale też rządu. Gra toczy się jednak o coś więcej. Porozumienie z FARC jest nadal dość kruche, a proces pokojowy wciąż trwa. To od przyszłego prezydenta zależy, czy będzie kontynuowany, a Bogota będzie nadal podążać ścieżką pokoju i rozwoju gospodarczego.