Stowarzyszenie Zagranicznych Korespondentów w Chinach (FCCC) wydało w niedzielę oświadczenie, w którym poinformowano, że agenci chińskich służb bezpieczeństwa utrudniają w Shenyangu pracę reporterów zajmujących się śmiercią dysydenta i noblisty Liu Xiaobo.

Zgodnie z opublikowanym na stronie stowarzyszenia i na Twitterze komunikatem, informowanie o zmarłym dysydencie utrudniali niektórym dziennikarzom agenci po cywilnemu. FCCC zaapelowało do chińskiego rządu o podjęcie kroków uniemożliwiających zastraszanie zagranicznych reporterów.

Stowarzyszenie cytuje wypowiedź jednego z dziennikarzy: "Wszedłem do hotelowego lobby złapać taksówkę. Czterech funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa ubranych po cywilnemu, wszyscy w czarnych strojach, czekało już na mnie. Pytali, dokąd jadę i dokąd jedzie mój przyjaciel fotograf. Ignorowałem ich. Niedługo po tym, jak dotarłem na pośpiesznie zorganizowaną nieopodal hotelu konferencję prasową w sprawie Liu Xiaobo, ci sami mężczyźni już tam czekali. Byli tam przez resztę dnia, co jakiś czas zerkając na nas z odległości niecałych pięciu metrów. Chodzili za nami nawet do toalety i gdy wychodziliśmy na dwór, żeby zadzwonić".

Z kolei reporterka AFP Rebecca Davis zamieściła na Twitterze relację, łącznie z nagraniami wideo, z obecności nieumundurowanych funkcjonariuszy w różnych miejscach w Shenyangu, na północnym wschodzie Chin, związanych z wydarzeniami dotyczącymi śmierci Liu. "Jeden z ubranych po cywilnemu twierdzi, że pracuje tu na 14-godzinnych zmianach, a gdy nie bierze udziału w akcji dotyczącej dysydenta, zajmuje się bezpieczeństwem podczas meczów piłki nożnej" - napisała Davis w niedzielę w jednym z tweetów, określając agentów jako "zombie". "Na korzyść funkcjonariuszy świadczy, że byli względnie grzeczni, raz zaproponowali mi poniesienie torby, przewieźli mnie też przez zalaną ulicę" - pisze w drugim tweecie.

Reklama

Światowe media szczegółowo opisywały w weekend cenzurę w mediach społecznościowych, którą stosują władze chińskie, by uniemożliwić internautom komentowanie śmierci Liu. Wśród blokowanych słów jest nie tylko imię i nazwisko zmarłego, ale również jego inicjały (LXB), określenie RIP (niech spoczywa w pokoju), a nawet zdjęcia przedstawiające puste krzesło (odniesienie do pustego krzesła podczas wręczenia Pokojowej Nagrody Nobla w Oslo, gdy Liu przebywał już w chińskim więzieniu) czy burzę (po oficjalnym ogłoszeniu zgonu Liu nad Pekinem rozpętała się burza, którą internauci interpretowali jako gniew natury za skazanie dysydenta na śmierć).

Liu Xiaobo zmarł na skutek zaawansowanego raka wątroby podczas odbywania kary 11 lat więzienia za działalność opozycyjną. O uwolnienie dysydenta i zezwolenie na jego wyjazd za granicę na leczenie apelowało do Pekinu wiele zachodnich państw i organizacji praw człowieka, jednak władze Chin nie wydały na to zgody. O jego śmierci poinformowano w czwartek.

61-letni Liu był wielokrotnie zatrzymywany i więziony za działania na rzecz praw człowieka i demokracji w swym kraju, był też jednym z przywódców prodemokratycznych protestów na placu Tiananmen w Pekinie w 1989 roku oraz głośnym krytykiem Komunistycznej Partii Chin.

W 2009 roku został skazany na 11 lat więzienia za "działalnością wywrotową" w związku z przygotowaną przez niego petycją "Karta 08", wzywającą do zniesienia w Chinach jednopartyjnego systemu politycznego. Rok później otrzymał pokojowego Nobla "za długą walkę bez przemocy na rzecz podstawowych praw w Chinach".

Chiński rząd nazywa Liu "przestępcą", a wyróżnienie go Nagrodą Nobla uznał za ingerencję w sprawy wewnętrzne Chin.