Współpraca Prawa i Sprawiedliwości z europejskimi radykałami rozbiłaby się o kształt Unii i wizję jednolitego rynku. Wspólnota interesów polskich konserwatystów i zachodnich populistów to mit.
Dzisiejsze wybory w Holandii najpewniej nie dadzą zwycięstwa populistom Geerta Wildersa. Jego eurosceptyczne ugrupowanie pozornie mogłoby się wydawać sojusznikiem dla zapowiadającego twardy kurs na szczytach UE Prawa i Sprawiedliwości. Poza niechęcią do unijnej biurokracji obie partie dzieli jednak przepaść. Zresztą nie tylko Partię na rzecz Wolności i PiS. Poza retoryką próżno szukać wspólnoty interesów między Prawem i Sprawiedliwością a europejskimi populistami.
Podobnie jest zresztą w przypadku Fideszu Viktora Orbána. W tym wypadku sprawa jest jeszcze bardziej oczywista: węgierscy eurodeputowani zasiadają w mainstreamowej Europejskiej Partii Ludowej, tej samej frakcji co niemiecka Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna, z której wywodzi się Angela Merkel.