Geert Wilders od 20 lat tkwi w holenderskiej polityce. Ale dopiero hasło o końcu tolerancji dla nietolerancyjnych zapewniło mu posłuch tłumów.
Kiedy Europą wstrząsnął przedświąteczny zamach w Berlinie, w którym zginął polski kierowca ciężarówki, założyciel Partii na rzecz Wolności (PVV) zamieścił na Twitterze pozbawiony słów, ale za to bardzo treściwy komunikat: zdjęcie umazanej krwią Angeli Merkel. Przekaz był prosty – kanclerz Niemiec ponosi osobistą odpowiedzialność za śmierć ofiar zamachu, która jest efektem polityki drzwi otwartych względem imigrantów z krajów muzułmańskich.
Reklama
Wilders konsekwentnie buduje taką narrację. Koran porównał kiedyś do „Mein Kampf”. Dekadę temu w wywiadzie dla brytyjskiego „The Guardian” islam nazwał „nie religią, lecz ideologią opóźnionej kultury”. Holandię przedstawia jako kraj zagrożony islamizacją, co jest konsekwencją znienawidzonego przez polityka multikulturalizmu. Jego zdaniem doktryna ta sprawiła, że Holendrzy zbyt długo byli „tolerancyjni dla nietolerancyjnych”.

Reklama
Przekaz ten zapewnił mu posłuch wśród wyborców i stałe miejsce na scenie politycznej w Hadze, gdzie mieści się holenderski parlament. Kiedy w 2006 r. po raz pierwszy startował pod szyldem założonej przez siebie PVV, odniósł umiarkowany sukces – zaledwie 6 mandatów w 150-miejscowej Tweede Kamer, izbie niższej. Cztery lata później jego ugrupowanie zdobyło już 24 mandaty, chociaż liczba ta zmniejszyła się do 15 w przyspieszonych wyborach w 2012 r.
W tym roku Wilders znów ma szansę powiększyć swoją parlamentarną drużynę. Do wyborów idzie pod hasłem „Niech Holandia znów będzie nasza”. Kryje się pod nim również propozycja opuszczenia Unii Europejskiej, co – jak zaznaczył w przedwczorajszej debacie telewizyjnej z premierem Markiem Rutte – pozowoli Holendrom „odzyskać klucze do własnego domu”.
Wilders uwielbia podkreślać, że jest politykiem spoza establishmentu, ale mało kto w Holandii ma taki staż parlamentarny jak on. W przyszłym roku minie 20 lat, odkąd po raz pierwszy został posłem. Polityczną karierę rozpoczynał w rządzącej obecnie Ludowej Partii na rzecz Wolności i Demokracji (VVD), na czele której stoi jego główny adwersarz, premier Mark Rutte. Jego kariera związana jest z dwoma zabójstwami, które wstrząsnęły Holandią w ubiegłej dekadzie. Kiedy w 2002 r. zginął Pim Fortuyn, Wilders mógł zająć jego miejsce jako naczelny krytyk multikulturalizmu, islamu i tzw. poldermodel, czyli holenderskiego sposobu uprawiania polityki opartej na poszukiwaniu konsensusu. Z kolei zabójstwo reżysera Theo van Gogha w 2004 r. uprawdopodobniło w oczach wyborców jego narrację o czekającej Holandię kulturalnej katastrofie.
Kolor włosów zmienił podobno dla żartu, ale kiedy okazało się, że zapewnia mu rozpoznawalność, postanowił przy nim zostać. Będąc krytykiem migracji, nie lubi chwalić się, że jego matka jest Indonezyjką; rodzice uciekli do metropolii z byłej kolonii tuż po wojnie.
Chociaż cieszy się opinią doskonałego mówcy i dyskutanta, Wilders ogranicza liczbę wystąpień publicznych. Mówi się, że polityk obawia się o własne bezpieczeństwo. Być może słusznie. Kiedy okazało się, że zabójca van Gogha, Mohammed Bouyeri, planował zamach także na Wildersa, policja przyznała mu 24-godzinną ochronę. Funkcjonariusze towarzyszą mu nieprzerwanie od 4 listopada 2004 r. Ostatnio do jego obstawy dołączyli ludzie ze specjalnej jednostki, która zapewnia ochronę holenderskim politykom podczas wizyt zagranicznych. Polityk obawiał się bowiem, że jeden z członków obstawy udostępnia informacje o jego miejscu pobytu marokańskim gangom.
Nawet jeśli nie występuje zbyt często publicznie, do swoich zwolenników dociera za pomocą mediów społecznościowych. Pod wpływem krytyki, że nie pokazuje się publicznie podczas kampanii wyborczej, zamieścił tweeta z prezydentem Trumpem rzucającym do wyborców piłkę z napisem „social media” ponad głowami tradycyjnych mediów. Wytknął mu to zresztą podczas debaty premier Mark Rutte, mówiąc, że wpisy w mediach społecznościowych to jedno, ale rządzenie to drugie. – Możesz mnie zablokować na Twitterze. Ale teraz musisz mnie słuchać – odparł Wilders.
Ci, którzy słuchają, przejmują język polityka, w tym terminy, których jest autorem, tj. „uliczni terroryści” (straatterroristen, na określenie obco wyglądających mężczyzn wałęsających się po ulicach) czy „pałace nienawiści” (haatpaleizen, czyli meczety).
Wilders, nie będąc u władzy, przesunął scenę polityczną w prawo. Czując presję z prawej flanki, premier Mark Rutte zdecydował się udzielić wywiadu, w którym apelował do niektórych obywateli o „normalne zachowanie”, czyli akceptację holenderskich norm, a także o niewpuszczenie do Holandii dwójki tureckich ministrów w weekend. Jeśli wygra wybory, będzie mógł twierdzić, że stało się tak dzięki skrętowi jego partii w prawo.