Autopromocja

Zbigniew Ziobro: Prokuratura musi być podporządkowana rządowi. Dziś jest poza kontrolą [WYWIAD]

Minister Sprawiedliwosci Zbigniew Ziobro.  Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta Agencja Gazeta
26 lutego 2016

- Prawo do ingerowania w śledztwa czyni sytuację klarowną. Wolę móc wydawać polecenia oficjalnie, zgodnie z prawem, bo nie dam wtedy okazji do politycznej zemsty nowej władzy - uważa Zbigniew Ziobro, Minister Sprawiedliwości. 

Czytam takie dowcipy na swój temat. Śmiejemy się z nich w ministerstwie. Jednak ani Duch Święty nie dał mi zdolności przenikania do cudzej poczty, ani tym bardziej ustawa o policji, do której pan nawiązuje, nie daje takich możliwości. Co więcej, ustawa nawet ograniczyła dotychczasowe uprawnienia służb, o czym nie wspominają nasi krytycy.

Gdyby nie ta ustawa, ten pan cieszyłby się teraz wolnością gdzieś w północnej Afryce. I jak to skomentują nasi oponenci, którzy protestują przeciwko tym regulacjom?

Poproszę zastępców, żeby je monitorowali.

Złośliwi abstrahują od nieustannej krytyki prokuratury. Od dramatów ofiar, afery Amber Gold, SKOK-u Wołomin, bezsilności zwykłych ludzi, którzy w prokuraturach stykają się z obojętnością. Polacy chcą lepszej prokuratury, a sposobem na to jest zmiana jej organizacji. Podporządkowanie rządowi, bo teraz jako korporacja jest poza kontrolą.

Problemem jest jej nieskuteczność, a niezależności nigdy nie było. Poprzedni rząd umywał ręce od błędów prokuratury, mówiąc, że mu nie podlega. Ale korzystał z instrumentów, by na nią naciskać. Premier Ewa Kopacz odrzuciła sprawozdanie prokuratora generalnego i sugerowała jego odwołanie po ujawnieniu afery podsłuchowej, która kompromitowała jej rząd. To był czytelny sygnał, żeby prokuratura nie była zbyt dociekliwa. My wracamy do rozwiązań, które dominują w Europie.

Nie będzie sterowania przez telefon. Co najwyżej wyślę pismo.

Fundamentalna. Najgorsze są naciski niewidoczne. Nasza ustawa daje możliwość kontroli, ale wprowadza transparentność. Przełożony będzie mógł zmienić decyzję prokuratora prowadzącego sprawę, ale musi to zrobić jawnie, na piśmie, za co weźmie odpowiedzialność. Podwładny może zaś wystąpić o wyłączenie go ze śledztwa, jeśli nie zgadza się z szefem.

Prawo do ingerowania w śledztwa czyni sytuację klarowną. A jasny mechanizm – przekazywania decyzji i ich uzasadnień na piśmie – usuwa pokusę działania poza prawem. Lepiej, żeby nie było tego mechanizmu?

Wolę móc wydawać polecenia oficjalnie, zgodnie z prawem, bo nie dam wtedy okazji do politycznej zemsty nowej władzy. Przecież kiedyś władza się zmieni. A Hoover trwał właśnie dlatego, że tych haków nie wykorzystywał.

Ponoć. Kiszczak też miał...

Z tą różnicą, że to teczki bieżących spraw, projektów ustaw, a nie osobowe.

Nie podzielam tej oceny. Jarosław Kaczyński jest doktorem prawa, świetnym prawnikiem i większym legalistą niż większość jego krytyków. Przykładowo istotą demokracji w Polsce była gwarancja długiej kadencji sędziów TK, tak by pochodzili z wyboru różnych większości parlamentarnych, a trybunał miał pluralistyczny charakter. PO złamała tę zasadę. Prezes PiS jej broni i chce przywrócić pluralizm. To nie jest zamach stanu.

Europa milczała, gdy PO łamała standardy i obyczaj konstytucyjny, który się narodził w 1997 r. Profesor Andrzej Zoll krzyczał wówczas na SLD, by tuż przed końcem kadencji Sejmu nie wybierał trzech nowych sędziów, bo to zniszczyłoby pluralizm. Postkomuniści ostatecznie odstąpili od wyboru sędziów, bo przegrali wybory i nie mieli do tego mandatu demokratycznego. Ale zapomniał wół, jak cielęciem był. Gdy odwrotnie postąpiła Platforma, prof. Zoll ją popierał. To są podwójne standardy i hipokryzja, także środowisk liberalnych Zachodu. I tu się Ehrlich akurat kłania.

Zarzucam to określonym środowiskom. Byłem europosłem i dobrze je znam. To nie filantropi, którzy kierują się obiektywnymi kryteriami, tylko grupy działające w konkretnym interesie. Widziałem wielokrotnie, jak traktują Orbána. My też nie będziemy dobrze traktowani przez Parlament Europejski, w którym dominuje środowisko lewicowo-liberalne. Nasz rząd broni interesów narodowych, gospodarczych, mówię to w kontekście opodatkowania banków czy korporacji. Będziemy atakowani także dlatego, że wynik wyborów wywrócił plany kanclerz Merkel związane ze stałą relokacją uchodźców. Do Polski miało ich trafić kilkadziesiąt tysięcy. Ale wybory w Polsce wygrali nie ci, co mieli wygrać. I to budzi złość.

Myśli pan, że to zupełnie niezależne i obiektywne grona? Przykład profesora Zolla tego nie potwierdza. Żadna zawodowa korporacja czy inne gremia nie mają większej demokratycznej legitymacji do wyboru trybunału niż pochodzący z powszechnych wyborów Sejm.

Nie mogliśmy pozwolić na jego zawłaszczenie przez PO. Na to, by 14 z 15 sędziów pochodziło z nominacji poprzedniej władzy i z politycznych przyczyn blokowało reformy, które wprowadzamy. Na przykład projekt 500 zł na dziecko. Apolityczność wymusza się przez kwalifikowaną większość potrzebną do wyboru sędziów lub twarde, niezmienne od dziesięcioleci obyczaje, jak w Niemczech. A u nas PO wykazała zachłanność. Kwestionuje nawet obecną sytuację, kiedy zaledwie 5 z 15 sędziów pochodzi z wyboru aktualnej większości sejmowej. A czy obserwuje pan teraz megaawanturę o Sąd Najwyższy w Stanach Zjednoczonych? Po śmierci konserwatywnego sędziego Scalii republikanie przestraszyli się, że demokraci będą chcieli zburzyć kruchą równowagę i zdominować Sąd Najwyższy. Już zapowiadają zablokowanie kandydata, którego wybrać ma prezydent Obama. Ciekawe, czy w zagranicznych mediach będziemy czytać, że to zamach na demokrację. Pluralizm jest więc wartością nie tylko dla PiS.

Platforma niczego nie konsultowała, a my nie ukrywaliśmy naszego krytycyzmu. Jarosław Kaczyński jako lider całego obozu Zjednoczonej Prawicy przed wyborami zarysował program zmian. Dziś jest on realizowany. I mieliśmy rację. W apelacji warszawskiej liczba aktów oskarżenia spadła o dwie trzecie.

Miał być spadek o 15 proc., a jest katastrofa. Nie możemy doprowadzić do agonii. W Europie jedynie Włosi wprowadzili taki system i dzisiaj się z tego wycofują, bo ich wymiar sprawiedliwości jest najbardziej nieudolny. Niemcy stwierdzili, że ich na to nie stać, bo to bardzo drogie rozwiązanie.

Bo Ameryka to bogate państwo. Ale część rozwiązań ze Stanów wprowadziliśmy. Tam oskarżonemu nie wolno np. kłamać, bo „wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie”. A w Polsce można bezkarnie kłamać przed sądem we własnej obronie.

Przysięgłych rozważamy tylko w sądach dyscyplinarnych dla przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. U nas pokutuje bowiem zasada, że kruk krukowi oka nie wykole, koledzy chronią kolegów.

Tylko krowa nie zmienia poglądów. Minister Warchoł dokonał w międzyczasie analizy systemu włoskiego, który okazał się skrajnie nieefektywny, i dlatego stał się krytykiem kontradyktoryjności. Ale to było, zanim wygraliśmy wybory i zanim dostał propozycję pracy w resorcie.

Zwolennicy kontradyktoryjności atakują sędziów, zarzucając im sprzyjanie prokuratorom. Czyli sprzeniewierzanie się bezstronności. Ale przyczyna jest prozaiczna. To prokuratorzy chętniej kierują do sądu proste sprawy, gdy wina jest oczywista, a umarzają te niepewne, skomplikowane. Chcę to zmienić. Słabość kontradyktoryjności polega zaś na tym, że sędzia staje się arbitrem sportowym, gdzie o wyniku meczu decyduje sprawność napastników. A przecież sprawiedliwość to nie mecz, tylko żmudne ustalanie prawdy.

Już Rzymianie losowali sędziów. Żeby oskarżeni mieli przekonanie, że proces nie będzie ustawiony. Znam wiele spraw, w których wyznaczono sędziów poza kolejnością i pojawiały się pytania, czy były to decyzje pod konkretne wyroki. Chcę przeciąć takie podejrzenia. Ale pracujemy nad zabezpieczeniem, systemem odwoławczym, żeby sędzia, który dostał wyjątkowo trudną sprawę, nie był obarczany innymi.

(cisza) Chodzi o Andrzeja Dudę? Był moim zastępcą w ministerstwie. Po bazarach z nim nie jeździłem, tylko na wiece wyborcze. Już wtedy wiedziałem, że to bardzo zdolny człowiek.

Musiałem go wesprzeć, gdy kandydował na posła. Miałem przekonanie o jego talencie.

Mam satysfakcję. Ale trzymam za niego kciuki, bo jest pod obstrzałem za to, że wywiązuje się ze swoich obietnic.

To prawda, szukaliśmy w PiS w Małopolsce mocnych kandydatów, bodaj w 2005 r. Udało mi się wygrać z Platformą bój o Beatę Szydło, wówczas cenionego burmistrza gminy Brzeszcze. Dziś jest premierem, wprawnym organizatorem i wytrawnym politykiem. Jest coraz bardziej doceniana i cieszy się coraz większym uznaniem na arenie międzynarodowej. To ona jest dziś moim szefem. I w mojej ocenie dobrym szefem.

Patryk Jaki to dobry wybór. Cenię go za wielką pracowitość i zdolność analitycznego myślenia. Każdy z nas ma jakieś ograniczenia i dlatego się uzupełniamy. Jarosław Gowin też nie był prawnikiem, a kierował całym resortem. Patryk Jaki robi teraz doktorat, poszerza wiedzę. Jest znakomitym organizatorem. A że udziela się w mediach? Nie podzielam pana zdania, że przesadza. Jest przecież politykiem. Jego prawo.

Tak.

Nie cała Polska jest w ruinie, nigdy tak nie mówiliśmy, ale są takie obszary, np. polskie stocznie, rybołówstwo, górnictwo. Jest co naprawiać. W ruinie są też portfele polskich rodzin. Polacy nie czerpią dostatecznych korzyści z ekonomicznego wzrostu. A jeśli chodzi o senatora, to ta sprawa była przedmiotem śledztwa i jeszcze za poprzednich rządów uznano, że wszystko było zgodne z prawem.

Senator Bierecki te wszystkie środki zamierza wykorzystywać w kraju do celów promocyjnych i edukacyjnych, które są związane z funkcjonowaniem SKOK-ów.

Poprzednia władza nie pałała miłością do SKOK-ów. Być może Bierecki zdecydował się na takie działania, by zapewnić kontrolę nad tymi środkami. Ale podkreślam: zrobił to legalnie.

Tak robi policja na całym cywilizowanym świecie, gdy chodzi o przestępców. Sepp Blatter został zatrzymany w Szwajcarii, znanej z najwyższych standardów, także o tej godzinie, podobnie jak inni przedstawiciele FIFA. Polskie organa ścigania będą jak dotychczas, także podczas ośmiu lat rządów PO, wchodzić rano do domów podejrzanych, bo to uprawdopodobnia, że ich tam zastaną. Ale zapewniam, że będę interweniować wobec nadgorliwych w każdym przypadku przekroczenia uprawnień.

Materiały śledztwa wskazywały, że Barbara Blida niestety uwikłała się w kontakty z ludźmi, z którymi bliska znajomość chwały nie dodaje. Obciążające ją zeznania złożyła w prokuraturze jej najbliższa koleżanka, a potwierdziło to trzech świadków. Wskazali, że wzięła kilkadziesiąt tysięcy złotych łapówki, pomagając swojej biznesowej partnerce. Nie mam więc wyrzutów, że pod moimi rządami prokuratura wprowadziła zasadę, że wszyscy są równi wobec prawa. A jeśli jest powód do refleksji, to taki, że funkcjonariusze starali się być podczas zatrzymania bardzo delikatni i uprzejmi. Gdyby zachowali się tak jak w stosunku do każdego obywatela, to użyliby kajdanek. Z ustaleń zaś kolejnego śledztwa prowadzonego przez łódzką prokuraturę wynika, że kiedy Barbara Blida chciała skorzystać z toalety, uszanowali jej intymność. Funkcjonariuszka po przeszukaniu posłanki nie weszła z nią do pomieszczenia, w którym był schowany rewolwer. Była minister postrzeliła się przez szlafrok, z przystawienia, z pocisku niepenetrującego, obezwładniającego, choć miała też ostre naboje. Nie można wykluczyć, że chciała się tylko zranić i w ten sposób uniemożliwić prowadzenie czynności procesowych. Ale przystawiła broń zbyt blisko, a uderzenie gazów okazało się śmiertelne. Zresztą chwilę wcześniej zadzwoniła po swojego adwokata. Raczej nie robi się tego, gdy ma się samobójcze plany.

Wobec prawa wszyscy są równi. Za rządów Platformy doszło do ponad trzystu samobójstw w związku z prowadzeniem czynności procesowych wobec podejrzanych. Ale to nie powód, żeby takich zatrzymań nie dokonywać. Nie przyszłoby mi do głowy obciążać odpowiedzialnością za te tragedie ministrów sprawiedliwości czy szefów służb z czasów PO.

Nigdy nie kryłem, że jestem jej zwolennikiem w przypadku najcięższych morderstw, popełnionych z premedytacją. Ale jestem też politykiem, który twardo stąpa po ziemi. Żyjemy w Unii Europejskiej i przywrócenie kary śmierci jest zgodnie z traktatami niemożliwe. Rozważam za to zaostrzenie kodeksu karnego: wprowadzenie kary do 30 lat pozbawienia wolności i bezwzględnego dożywocia. Ale będzie też złagodzenie: chcielibyśmy, aby sądy mogły wobec sprawców drobnych przestępstw i popełnionych po raz pierwszy orzekać kary już od tygodnia pozbawienia wolności.

Nowy wymiar kar byłby elastyczny: od tygodnia do 30 lat. Skazany mógłby więc dostać 18, 20 czy 29 lat. Ale będzie musiała to zaakceptować jeszcze Rada Ministrów.

Tak daleko jak w USA nie idziemy, bo tego nie ma nigdzie w Europie. Nie chciałbym być też zakrzyczany jako zwolennik skrajnych rozwiązań, które eliminują możliwość resocjalizacji. W USA za przestępstwa gospodarcze popełniane wielokrotnie czy rozboje i gwałty można trafić do więzienia na kilkaset lat. Nam chodzi o zdrowy rozsądek. 29 czy 30 lat więzienia to realne zaostrzenie kary, z drugiej strony tydzień więzienia spełni rolę szokową dla drobnych przestępców i może sprawić, że nie wrócą na złą drogę.

Teza o zbawczym wpływie nieuchronności to fikcja. Sprawca afery Amber Gold był wielokrotnie karany, choć w zawieszeniu, a to prowadziło go do poczucia jeszcze większej bezkarności. Jednym z powodów, dla których trafiłem do polityki, była tragedia młodej dziewczyny, którą bandyci pobili, zgwałcili i wrzucili nagą do pojemnika na śmieci. Zasadzie nieuchronności stało się zadość. Sprawcy zostali schwytani. Ale nie zastosowano aresztu, ponieważ – zgodnie z koncepcją nieuchronności – to nie surowość jest najważniejsza. Jeden z nich zabił później ministra sportu Jacka Dębskiego. Jest więc kategoria zdemoralizowanych przestępców, wobec których działa tylko sroga kara. Jak siedzą, to nie mordują. Czy pan wie, że recydywista z Włodowa, którego zabili mieszkańcy, 33 razy trafiał do więzienia, a więc nieuchronność działała, a i tak za każdym razem popełniał cięższe przestępstwa? Gdyby dostał jedną długą karę, to nie krzywdziłby ludzi i sam nie straciłby życia.

...jeśli sięgniemy do poglądów wybitnych znawców prawa karnego i konstytucyjnego, to wielu z nich, długo zanim jeszcze Duda został prezydentem, opisywało analogiczną sytuację, że prezydent ma prawo podjąć decyzję o ułaskawieniu w każdym momencie. Poza tym ja akurat dobrze znam sprawę Mariusza Kamińskiego i uważam wyrok skazujący go na trzy lata bezwzględnego więzienia za skrajnie kompromitujący. Kamiński to uczciwy człowiek, który walczył z korupcją. Tak samo oceniły to inne sądy.

Mieliśmy czekać kilka lat na apelacje i pozwolić, by w tym czasie doświadczeni ludzie, bo oprócz Kamińskiego skazano kilku funkcjonariuszy CBA, nie mogli walczyć z przestępczością? Tylko dlatego, że absurdalny wyrok wydał sędzia, który chciał się popisać przed opinią publiczną?

Nie może prewencyjnie, musi w konkretnej sprawie.

Możemy dyskutować o obyczajach. Ale skoro znawcy prawa konstytucyjnego, zanim doszło do ułaskawienia byłego szefa CBA, pisali, że prezydent ma takie prawo, to z niego skorzystał. Dla dobra Polski, bo dzisiaj Mariusz Kamiński może skutecznie realizować swoje zadania.

Miałem trzech księży w rodzinie, choć żadnego nie znałem. Jako aplikant prokuratorski chciałem podszkolić się w fechtowaniu słowem, więc się zapisałem na studia podyplomowe – homiletykę.

Sztuka wygłaszania kazań. To było interesujące doświadczenie.

To też, zajmowałem się wieloma rzeczami naraz. Grałem na giełdzie, a że nie byłem centusiem, podejmowałem ryzykowne operacje, brałem np. kredyt na kredyt. I udało się, zarobiłem sporo pieniędzy. Były też imprezy, dziewczyny, kick-boxing...

Nie. Po prostu dzięki nim stać mnie było na wiele. Ja, student, nieśmierdzący dotąd groszem, mogłem sobie kupić drogi samochód. Spodobał mi się najnowszy model BMW. Nawet poszedłem go kupić.

Nie, mnie chodziło o szybki samochód. Ale zakup się nie udał. Może to i dobrze, bo jeszcze wylądowałbym na drzewie. Pracownicy salonu potraktowali mnie obcesowo. Przyszedł do nich studenciak w narciarskiej kurtce, więc nie widzieli we mnie poważnego klienta. Pieniądze miałem poupychane po kieszeniach i w torbie. W końcu obrażony wyszedłem. Ostatecznie kupiłem już nie tak szybką toyotę i mieszkanie. Do biznesów jednak nie tęskniłem, co zresztą stało się przyczyną rozstania z moją ówczesną narzeczoną. Jej rodzina nalegała, abym został notariuszem i robił duże pieniądze. A ja chciałem ścigać bandytów.

Nie jestem robotem, tylko człowiekiem empatycznym, reagującym na ludzką krzywdę. Żałuję, że zapamiętał pan te słowa, ale już nie zeznania świadków. Niektóre historie były dramatyczne: ktoś chciał sprzedać krowę, żeby opłacić należność, której wymagał doktor G. Inni oddawali swoje ostatnie grosze. Sprawa doktora G. zakończyła się wyrokiem skazującym, i to za rządów PO. Sąd potwierdził, że brał wiele łapówek od rodzin pacjentów.

Wciąż toczy się sprawa, która stała się kanwą mojej wypowiedzi. Chodzi o pozostawienie przez doktora G. gazy w sercu pacjenta. Wiedząc o tym, lekarz wziął od rodziny chorego łapówkę, jego całą rentę. Jeśli więc uznać, że przesadziłem, to w wyniku emocji wynikających z dramatu tych ludzi.

Podporządkowałem się decyzji sądu, choć chciałem, by zaczekał z wyrokiem na rozstrzygnięcie w sprawie błędu lekarskiego, o którym wspomniałem. Przypomnę, że w kolejnym zdaniu, które wypowiedziałem – a to się już przemilcza – zastrzegłem, że nie przesądzam sprawy i że ostateczny werdykt w sprawie lekarza należy do sądu. Nie miałem wpływu na relacje mediów, które zadowoliły się najbardziej soczystym fragmentem, bez ukazania całego kontekstu.

To kłamstwo. Z danych organizacji zajmujących się przeszczepami wynika, że spadek ich liczby nastąpił jeszcze przed zatrzymaniem doktora G. w 2007 r. Weźmy pod uwagę choćby przeszczepy serca: w 2003 r. było ich 123, rok później 106, a w 2005 i w 2006 r. jeszcze mniej, bo tylko 96 i 98. Nie można więc wiązać sprawy doktora G. z kryzysem w polskiej transplantologii.

To nie jest kwestia wiary, tylko rzetelnego śledztwa.

Moim zadaniem jako prokuratora generalnego będzie w sposób obiektywny i chłodny wyjaśnić tę sprawę. Wszelkie gdybania byłyby przekroczeniem granicy, której nie chcę przekroczyć.

A pamięta pan umierającego przez kilka tygodni w męczarniach, na oczach całego świata, Aleksandra Litwinienkę? Miesiąc temu brytyjscy prokuratorzy ogłosili, że Litwinienko zginął na zlecenie rosyjskich służb specjalnych. Prowadząc śledztwo, nie można więc z góry wykluczyć żadnej hipotezy. Ale moja wiara czy osobiste opinie nie mają nic do tego. Konieczne jest obiektywne postępowanie.

To było dawno. Dostawałem już wiele gróźb. Punktem zwrotnym była sprawa Ryszarda Cyby, który na kartce miał trzy nazwiska, w tym moje. Chciał nas zabić. I naprawdę zamordował, niejako w zastępstwie, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi, a drugiego mocno zranił.

Dostaję e-maile z groźbami pozbawienia życia, do ministerstwa przyszedł też list z podejrzanym proszkiem. O ochronę wystąpił mój zastępca, który jako były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego lepiej potrafi ocenić zagrożenie. Wzmocniliśmy też bezpieczeństwo osób pracujących w wydziale skarg, bo mieliśmy już dwie próby podpalenia.

Prawie 60! To nie była inicjatywa prokuratorów, tylko polityków PO. Ale wszystkie postępowania zakończyły się po mojej myśli. Mimo kolosalnych starań nie udało się znaleźć na mnie haków. Dużo się przy tym nauczyłem, bo widzieć prokuratora z drugiej strony, jako przesłuchiwany, to cenne doświadczenie. Wyciągnąłem wiele wniosków i wprowadzę je w życie, bo poziom przesłuchań jest marny.

Absolutnie nie. Będę się starał podnieść profesjonalizm prokuratorów.

Nie ma we mnie woli odwetu.

A gdyby pan miał dziś możliwość dostać emeryturę w wysokości trzech czwartych pensji, to by pan z niej nie skorzystał? Prokuratorzy odchodzą, ponieważ rząd PO, wydłużając wiek emerytalny Polakom, odebrał też prokuratorom przywileje emerytalne. Dlatego niektórzy, którzy do końca zeszłego roku skończyli 55 lat, korzystają z możliwości, by odejść w stan spoczynku na starych, korzystnych warunkach. Choć nie wykluczam, że części prokuratorów nie podobają się wprowadzane przeze mnie zmiany, które oznaczają, że będą musieli znów zacząć prowadzić śledztwa, czego nie robili czasem od kilkudziesięciu lat. Co trzeci prokurator zajmował się nadzorem i innymi zajęciami, które nie miały nic wspólnego ze ściganiem bandytów. Teraz każdy prokurator, bez względu na pozycję w hierarchii, będzie musiał prowadzić postępowania. Dlatego szeregowi prokuratorzy – ci najbardziej obciążeni pracą – popierają zmiany. A ja liczę na to, że śledztwa będą się toczyły sprawniej.

Przeciwnie, trzeba na nowo zorganizować prokuraturę. Choćby po to, by walczyć z przestępstwami, które narażają Skarb Państwa na ubytki w podatku VAT oceniane na kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie. Dlatego chcemy stworzyć w prokuraturach regionalnych wydziały do walki z przestępczością gospodarczą. Pracujący tam śledczy – często osoby, które od lat nie zakładały togi – nie zawsze radzili sobie z takimi sprawami.

(cisza) Kiedy jako młody aplikant pracowałem w Myślenicach, przyszła do mnie kobieta z trojgiem dzieci. Powiedziała, że z więzienia wrócił jej konkubent skazany za gwałt i grozi jej śmiercią. Spytała, czy mogę go aresztować, ponieważ się boi, że ją zabije. Pobiegłem do szefa, a on powiedział, że polska polityka karna nie pozwala w tak „drobnych” sprawach jak groźby karalne stosować aresztu. I musiałem jej odpowiedzieć, że możemy wysłać policję, by postraszyć tego człowieka, ale nie da rady go zamknąć. Kiedy po weekendzie wróciłem do pracy, dowiedziałem się, że ta kobieta nie żyje. Została skatowana. Jej dzieci mam do dziś przed oczyma. Dlatego chcę zmieniać nasz system wymiaru sprawiedliwości na lepszy.

Powiem więc inaczej. Ktoś to musi zrobić. Wygrać wojnę o polski wymiar sprawiedliwości.

Jako aplikant prokuratorski chciałem podszkolić się w fechtowaniu słowem, więc się zapisałem na studia podyplomowe – homiletykę, czyli sztukę wygłaszania kazań. To było interesujące doświadczenie. Ale zarabiałem też pieniądze. Grałem na giełdzie, a że nie byłem centusiem, podejmowałem ryzykowne operacje, brałem np. kredyt na kredyt. I udało się, zarobiłem sporo pieniędzy. Były też imprezy, dziewczyny, kick-boxing...

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Powiązane