Leszek Gierszewski, prezes Drutexu: Tylko Włochy i częściowo Francja nam się zatrzymały. Ale nadrabiały to inne rynki. To właśnie korzyści z dywersyfikacji i rozbudowanej sieci sprzedaży.
ShutterStock
Czy przed nami nowa rewolucja przemysłowa – produkcja przeniesie się do Europy?
Ja nie zamierzam nigdzie przenosić produkcji. Działamy. Jeżeli się coś nowego pokazuje – nowe maszyny, nowe programy – staramy się wdrażać. Nie damy się – jak nie będziemy pierwsi, to drudzy. Jak ktokolwiek coś wymyśli, to tam będziemy. Jak ktoś wymyśli, że coś jeszcze można w oknach, drzwiach zrobić – będziemy wiedzieli jako jedni z pierwszych. Jak wymyślą, że zamiast drzwi mają worki ze słomą wisieć, to na pewno one u nas będą wisiały.
Reklama
Linie produkcyjne, w których zamiast 30 jest pięciu pracowników – czy takie zakłady to przyszłość?

Reklama
Są możliwe i się przymierzamy. Automatyzacja i robotyzacja produkcji nie oznaczają zastąpienia człowieka całkowicie. Oczywiste jest przecież, że ktoś musi faktycznie zarządzać parkiem maszynowym, projektować, konstruować, modernizować.
Co to oznacza dla pracowników?
Nic, poza oczywistą koniecznością stałego doskonalenia się i zdobywania umiejętności. Poza wysokiej klasy specjalistami, inżynierami, automatykami czy informatykami, są nam potrzebni technicy starej daty, czyli dobrze przygotowani ludzie po zawodówkach. W 1999 r. zepsuliśmy system oświatowy, wprowadzając gimnazja, licencjaty… Kiedyś była zawodówka, mieliśmy fachowców, teraz jest ich coraz mniej.
Czy młodzi ludzie, którzy teraz trafiają do pana, wymagają długiego szkolenia?
Wolałbym, żeby byli lepiej przygotowani do pracy, ale problem w tym, że dziś ich po prostu nie ma. Często brakuje osób nawet do przyuczenia. Trzeba podkreślić, że stale zwiększamy zatrudnienie. W firmie już pracuje 3300 osób, a chcemy przyjąć kolejnych 400, i to na różne stanowiska.
Ile kosztuje wybudowanie fabryki?
Każda inaczej, buduje się przecież pod określoną technologię. To nie są zwykłe hale magazynowe. To rozwiązania szyte na miarę, dopasowane do konkretnych wymagań, konkretnej produkcji. W naszym przypadku rozbudowa firmy rodzi dodatkowe problemy, gdyż różnice terenu wynoszą u nas nawet 20 m. Gdybym miał np. przedsiębiorstwo budowane na równym polu, mógłbym wszystko inaczej planować. A tak można powiedzieć, że mam ten zakład na półkach. To mi różne sprawy blokuje. Ale trzeba pamiętać, że cała firma od początku jej istnienia do obecnego kształtu powstawała przez pączkowanie. Dziś gdybym miał to wszystko zrobić od początku, to zrobiłbym pewne rzeczy inaczej, lepiej.
Czy polska gospodarka jest zdolna do tego, żeby korzystać na inwestycjach takich firm jak pana? Czy macie dostatecznie dużo poddostawców w Polsce?
75 proc. naszej produkcji trafia na eksport, działamy na skalę międzynarodową. Stosujemy najlepsze rozwiązania z całego świata. Linie produkcyjne kupujemy z Włoch, Austrii i Niemiec. Akurat najlepsi producenci maszyn do szyb to Austriacy. Formy, których używamy do robienia profili, wtryskarki i wytłaczarki też są z Austrii, a maszyny do produkcji okien, do zespalania, mamy najnowocześniejsze, włoskie. Obecnie, wraz z technikami z Włoch, uruchamiamy jedną z najnowocześniejszych lakierni proszkowych na świecie. Jest ich do tej pory sześć, nasza będzie siódma. Co prawda miało to nastąpić już na początku marca, ale przeszkodziła nam pandemia. Cały czas jeździmy po świecie, inspirujemy się. Komponenty do produkcji kupujemy zarówno w Polsce, jak i za granicą. Co jednak bardzo ważne, to właśnie w Polsce dajemy pracę – jesteśmy jednym z największych i najlepszych pracodawców na Pomorzu. I, co warto podkreślić, kapitał firmy jest w 100 proc. polski.
Na ile uderzył w was kryzys i zamknięcie granic?
Minimalnie. Może trochę odczuliśmy go w pierwszych dwóch tygodniach pandemii, ale generalnie cały czas idziemy do przodu, notując ciągłe wzrosty. Obecnie mamy taką ilość zamówień, że nasze zdolności produkcyjne się kończą, ale już nad tym pracujemy.
Skąd te zamówienia?
Z całego świata. Mamy zdywersyfikowany, ustawiony bardzo bezpiecznie system zamówień. Od Nowej Zelandii, przez Madagaskar po Meksyk czy Stany Zjednoczone. Najważniejszy jest dla nas jednak rynek niemiecki. Stamtąd zresztą nasze okna często trafiają dalej – np. do Peru czy Chile. Nasze okna są też w wielu prestiżowych hotelach – na Majorce czy USA. Od hotelu Hilton, przez Marriott czy Sheraton, fabrykę klocków Lego czy biurowiec kopalni złota w Meksyku. Wszystko to osiągamy przy 100-proc. płatności z góry, co zwłaszcza w budownictwie wydaje się wręcz niemożliwe.
Logistyka nie sprawiała problemu w czasie zamknięcia granic?
Tak naprawdę to tylko Włochy i częściowo Francja nam się zatrzymały. Ale nadrabiały to inne rynki. To właśnie korzyści z dywersyfikacji i rozbudowanej sieci sprzedaży.
Jak kryzys wpłynął na waszą produkcję?
Przez pierwszy miesiąc czy półtora pracowaliśmy w systemie trzech siedmiogodzinnych zmian. Skrócenie czasu pracy o godzinę ograniczało do minimum kontakty pomiędzy pracownikami firmy. Ponadto co cztery godziny cała firma była dezynfekowana. W ten sam sposób dbaliśmy również o nasze samochody. Nasi ludzie wyglądali trochę jak kosmonauci, wyposażeni w kompleksowe środki ochrony osobistej.
Jak pan ocenia wszystkie projekty tarczowe?
Nie korzystaliśmy z nich i nie zamierzamy korzystać, więc nie będę też ich oceniał. Moja firma od początku budowana jest na solidnych fundamentach. To daje odporność na wstrząsy, które mogą wystąpić na rynku, choćby takie jak obecna pandemia. Zawsze byłem typem chomika. Duże zapasy, w pełni zapłacone i zmagazynowane na placu w firmie. Biznes prowadzę bardzo odpowiedzialnie. Jestem przygotowany na czarną godzinę. Inaczej nie potrafię.
Nie kusi pana, żeby wziąć kredyt i od razu postawić duży zakład produkcyjny?
Ale po co? Ja chcę dobrze spać. Inwestujemy z tego, co zarobimy. Tylko w ostatnim roku wydałem 130 mln zł na inwestycje, a od 2014 do 2018 r. średnio po 60 mln zł rocznie.
Wszystko ze środków własnych? Nie braliście kredytów?
Oczywiście korzystamy z kredytów inwestycyjnych, ale zawsze w sposób bezpieczny. Mamy zawsze trzy stopnie bezpieczeństwa. Mamy też w gotowości przyznany kredyt obrotowy do dyspozycji. Jestem bardzo spokojny o kondycję firmy.
Teraz są ulgi i cały system wspierania inwestycji przez państwo. Nie kusi pana?
Skorzystałem raz. W 2003 r. byłem na targach w Chicago. Organizowało to jakieś ministerstwo. Targi kosztowały chyba 140 tys. zł. Połowa miała być zrefinansowana. Żeby te pieniądze dostać, to chyba ze 20 razy składałem dokumenty: KRS, akty notarialne, pieczątki za zgodność z oryginałem nawet na aktach notarialnych… I co chwilę okazywało się, że jeszcze czegoś brakuje. Trzeba było wciąż dostarczać nowe dokumenty. Lepiej inwestować to, co się zarobi. My nie oglądamy się na pomoc z zewnątrz. Idziemy do przodu i się rozwijamy. Wszystko własnymi siłami. Dzięki temu działamy szybciej i jesteśmy niezależni.
DGP