Powraca pomysł nowelizacji ustawy o kredycie hipotecznym, która pozwoliłaby bankom oprzeć oprocentowanie kredytów mieszkaniowych bezpośrednio na stopie referencyjnej Narodowego Banku Polskiego. Dziś jest to prawnie niemożliwe - choć, co znamienne, jeszcze kilka lat temu sama Komisja Nadzoru Finansowego błędnie przyjmowała, że stopa referencyjna NBP jest wskaźnikiem referencyjnym w rozumieniu rozporządzenia BMR. Za powrotem tej koncepcji stoi jednak coś więcej niż poszukiwanie prostoty - to przyznanie, że kolejne próby stworzenia w Polsce wskaźnika referencyjnego zdatnego do stosowania w umowach z konsumentami kończą się niepowodzeniem.
Bariera ustawowa
Ustawa z 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami jest - w odróżnieniu od ustawy o kredycie konsumenckim - w pełni skorelowana z unijnym rozporządzeniem BMR (rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011). Już w słowniczku ustawowym (art. 4 pkt 28) wskaźnik referencyjny zdefiniowano przez odesłanie do art. 3 ust. 1 pkt 3 BMR. Konsekwencja jest jednoznaczna: zmienne oprocentowanie kredytu hipotecznego może być konstruowane wyłącznie jako suma marży i wskaźnika referencyjnego w rozumieniu rozporządzenia — a więc indeksu opracowywanego przez licencjonowanego administratora, według udokumentowanej metody, pod nadzorem właściwego organu.
Stopa referencyjna NBP tych warunków nie spełnia i spełniać nie może. Nie jest indeksem opracowywanym na podstawie danych wejściowych z rynku, lecz decyzją organu władzy monetarnej — Rady Polityki Pieniężnej. Bank centralny nie jest i nie zamierza być administratorem wskaźnika w rozumieniu BMR. Tym bardziej zdumiewa, że przez pewien czas odmienny pogląd prezentował krajowy nadzorca — traktując stopę referencyjną NBP tak, jakby była wskaźnikiem referencyjnym w rozumieniu rozporządzenia. Aby bank komercyjny mógł zaoferować konsumentowi kredyt hipoteczny oprocentowany według formuły „stopa NBP plus marża”, ustawodawca musi najpierw otworzyć furtkę w ustawie — dopuszczając expressis verbis inną podstawę zmiennego oprocentowania niż wskaźnik referencyjny.
Pomysł nie jest nowy. Sektor bankowy zgłaszał go już przed dwoma laty, o czym publicznie mówił prezes Związku Banków Polskich Tadeusz Białek. Nie sposób nie dostrzec zbieżności czasowej: postulat pojawił się, gdy fiasko WIRON-u obnażyło skalę trudności z opracowaniem wskaźnika opartego na transakcjach — i gdy, jak można sądzić, w sektorze stracono nadzieję, że cokolwiek sensownego da się jeszcze w tej dziedzinie stworzyć. Teraz — według nieoficjalnych doniesień — odpowiednie przepisy miałyby zostać dopisane do procedowanego projektu ustawy o rozwoju rynku finansowego i zwiększeniu jego stabilności. Znamienne, że w publicznie przedstawionych założeniach projektu takiej propozycji nie ma; jest za to konwersja umów opartych na WIBOR-ze w drodze aneksów. Sama Narodowa Grupa Robocza uchyliła zresztą furtkę wcześniej, dopuszczając w rekomendacji stosowanie innych stawek — w tym stopy referencyjnej NBP — o ile nie stoi to w sprzeczności z prawem. Sęk w tym, że w przypadku hipotek stoi.
Warto przy tym dostrzec kontrast z rynkiem kredytów gotówkowych. Ustawa o kredycie konsumenckim — nieskorelowana z BMR — nie zawiera analogicznego ograniczenia i dopuszcza oparcie zmiennego oprocentowania na innej podstawie niż wskaźnik referencyjny. Sektor skwapliwie z tego skorzystał: około trzech lat temu banki masowo modyfikowały wzorce umowne, zastępując w nowej produkcji WIBOR stopą referencyjną NBP — dokładnie w tym samym celu, który dziś przyświeca postulatowi zmiany ustawy hipotecznej: minimalizacji ryzyka prawnego. Hipoteki są ostatnim segmentem, w którym ta ucieczka wymaga jeszcze zgody ustawodawcy.
Dlaczego sektor bankowy ucieka od wskaźników?
Odpowiedź jest niewygodna, ale trzeba ją wypowiedzieć wprost: bo krajowa reforma wskaźników referencyjnych nie dostarczyła produktu, który sektor mógłby bez obaw wpisać do umowy z konsumentem. Polska reforma to zresztą podręcznikowy przykład tego, jak reform przeprowadzać nie należy — na tle państw europejskich przebiegała najbardziej mozolnie i popełniono w niej najwięcej błędów. Jej rzeczywistą stawką jest minimalizacja ryzyka prawnego — tego samego, które zmaterializowało się przy kredytach frankowych i którego widmo od lat krąży nad WIBOR-em. Stopa banku centralnego jest z tej perspektywy kusząca: publiczna, przejrzysta, nieoparta na deklaracjach banków, niepodatna na zarzut manipulacji czy braku reprezentatywności.
Tyle że ucieczka do stopy NBP jest zarazem świadectwem porażki. Warto prześledzić jej etapy.
Po pierwsze: lekcja LIBOR-u, której nie odrobiono. LIBOR nie został zlikwidowany dlatego, że był „zły z natury”, lecz dlatego, że jego administrator nie był w stanie zapewnić reprezentatywności — rynek niezabezpieczonych depozytów międzybankowych, który wskaźnik miał mierzyć, praktycznie wysechł, a kwotowania panelistów opierały się w przeważającej mierze na ocenie eksperckiej, nie na transakcjach. Brytyjski nadzorca uznał, że wskaźnika nie da się uratować, i zarządził jego wygaszenie. W Polsce z tej lekcji wyciągnięto wniosek dokładnie odwrotny: podjęto się reformowania i obrony WIBOR-u, mimo że krajowy rynek niezabezpieczonych depozytów międzybankowych był wielokrotnie płytszy niż rynek stojący za LIBOR-em - między transakcyjnością obu wskaźników istniała ogromna przepaść. Jeżeli reprezentatywności nie dało się zapewnić w Londynie, trudno zrozumieć, na jakiej podstawie zakładano, że uda się to w Warszawie. Wymowna jest w tym kontekście publiczna wypowiedź prezesa ZBP sprzed kilku miesięcy, z której wynikało, że wskaźnik można opracowywać nawet wówczas, gdy na mierzonym rynku transakcji nie ma wcale. Jeżeli takie rozumienie reprezentatywności prezentuje osoba mająca kluczowy wpływ na kształt reformy, trudno się dziwić, że WIBOR - mimo braku rynku bazowego - trwa do dziś.
Po drugie: fiasko WIRON-u. Wskaźnik, który miał zastąpić WIBOR do końca 2024 r. (potem 2025 r.), okazał się konstrukcją wadliwą u podstaw. Metoda nie zapewniała poprawnej selekcji danych wejściowych — administrator musiał dokonywać korekt historycznych szeregów po wykryciu błędów w danych przekazywanych przez banki, co dla wskaźnika mającego rozstrzygać o wysokości rat milionów kredytów jest dyskwalifikujące. Do tego dochodziła skomplikowana, nieczytelna dla przeciętnego konsumenta metoda składania stawki jednodniowej w stopy terminowe. Ostatecznie Komitet Sterujący NGR wskaźnik porzucił i zaczął od nowa. Wnioski nasuwają się same: skoro tak poważnych wad nie wychwycono na etapie projektowania wskaźnika, zespołowi odpowiedzialnemu za reformę zabrakło kompetencji — a nadzorcy, który zastrzeżeń nie zgłosił, czujności. Znamienne są też dalsze losy sprawy. KNF przez kilkanaście miesięcy prowadził postępowanie wobec banków przekazujących błędne dane, lecz nie zakończyło się ono żadnym publicznie znanym rozstrzygnięciem; trudno oprzeć się wrażeniu, że sprawę wyciszono, by nie zaszkodzić instytucjom, które zdążyły wpisać wskaźnik do umów. Paradoksem jest to, że administrator publikuje WIRON do dziś.
Po trzecie: POLSTR, czyli powtórka z rozrywki. Nowy wskaźnik, opracowywany od połowy 2025 r. i mający zastąpić WIBOR od 2027 r., dziedziczy kluczową słabość poprzednika: jest stawką overnight, która na potrzeby kredytów musi być składana (compounding) za miniony okres. Metoda składania pozostaje skomplikowana, a jej weryfikacja przez konsumenta — iluzoryczna. I tu dochodzimy do problemu, który w debacie publicznej wciąż jest bagatelizowany, a który z perspektywy prawa ochrony konsumenta może okazać się zapalnikiem kolejnej fali sporów. Do tego wątku wrócimy.
Po czwarte: kalendarz pisany pod ryzyko prawne, nie pod klienta. Dla wygaszenia WIBOR-u wybrano maksymalnie odległy horyzont — proces rozciągnięto na okres sięgający dekady. Trudno to tłumaczyć względami technicznymi; łatwiej — kalkulacją prawną. Umowy kredytowe zawierają bowiem często wadliwie skonstruowane klauzule awaryjne (fallback), których uruchomienie przy ustawowej konwersji rodziłoby dla banków trudne do oszacowania ryzyko sporów. Sektorowi wygodniej jest więc, by jak największa część portfela wygasła naturalnie z upływem czasu, a pozostałe umowy konwertować aneksami — byle tylko nie stosować klauzul awaryjnych zapisanych we własnych wzorcach. Trudno o bardziej dobitne przyznanie się do jakości tych postanowień. Swoje dołożył nadzorca: choć obowiązek posiadania rzetelnych planów awaryjnych na wypadek zaprzestania publikacji wskaźnika wynika z art. 28 ust. 2 BMR i obciąża podmioty nadzorowane od 2018 r., KNF wydał stanowisko w tej sprawie dopiero w 2021 r. — na dodatek częściowo chybione, skoro w późniejszym czasie wymagało korygowania. Zwłoka i jakość tej interwencji dobrze ilustrują poziom przygotowania instytucjonalnego do reformy, którą przecież zapowiadano jako wzorcową.
Backward-looking, czyli rata znana po fakcie
Wskaźniki składane typu POLSTR mają charakter retrospektywny (backward-looking): wysokość oprocentowania za dany okres odsetkowy jest znana dopiero na jego końcu — lub tuż przed nim — bo wynika ze złożenia stawek dziennych, które dopiero zostaną opublikowane. Konsument zawierający umowę nie zna zatem oprocentowania obowiązującego w rozpoczynającym się okresie; nie jest w stanie z wyprzedzeniem ustalić wysokości raty ani zweryfikować jej kalkulacji inaczej niż ex post.
To nie jest wyłącznie problem komfortu. Dyrektywa 2014/17/UE o kredytach hipotecznych i implementująca ją ustawa opierają się na paradygmacie przejrzystości przedkontraktowej i możliwości oceny przez konsumenta ekonomicznych konsekwencji zobowiązania. Orzecznictwo TSUE na tle dyrektywy 93/13/EWG (poczynając od spraw Kásler i Andriciuc) konsekwentnie wymaga, by warunek umowny określający główne świadczenie był wyrażony prostym i zrozumiałym językiem — co oznacza nie tyle poprawność gramatyczną, ile realną możliwość zrozumienia przez konsumenta mechanizmu i jego skutków finansowych. Umowa, w której konsument pozna wysokość świadczenia dopiero po okresie, za który je płaci, w oparciu o wielostopniowy algorytm składania stawek dziennych, będzie łatwym celem zarzutu braku transparentności. Ryzyko prawne, przed którym sektor ucieka, zostaje więc wpisane w produkt, który miał być od tego ryzyka wolny.
Zła odpowiedź na dobrze postawione pytanie?
Na tym tle postulat dopuszczenia stopy referencyjnej NBP przestaje dziwić — jest znana z wyprzedzeniem, publiczna i nie wymaga żadnego administratora. Ale nie jest rozwiązaniem bez kosztów. Przenosi decyzje RPP na ratę natychmiast, bez amortyzacji czasowej, jaką dają stawki terminowe; w cyklu podwyżek z lat 2021–2022 taki kredyt drożałby z miesiąca na miesiąc. Wreszcie rodzi się pytanie ustrojowe: czy bank centralny, kształtując politykę pieniężną, powinien być bezpośrednio obciążony świadomością, że każda jego decyzja z dnia na dzień zmienia raty milionów gospodarstw domowych?
Bilans dekady krajowej inżynierii wskaźnikowej jest zatem następujący: obroniono WIBOR, którego reprezentatywności nikt rzetelnie wykazać nie potrafi; pogrzebano WIRON, który nie przeszedł testu jakości danych; opracowuje się POLSTR, który powiela problem nieprzejrzystości stawek składanych; wygaszanie starego wskaźnika rozpisano na lata tak, by ominąć własne klauzule awaryjne; a równolegle sektor zabiega o ustawową furtkę pozwalającą wskaźniki w ogóle ominąć. Jeżeli ustawodawca zdecyduje się tę furtkę otworzyć, powinien uczynić to z otwartą przyłbicą — w drodze pełnego procesu legislacyjnego z konsultacjami i oceną skutków dla konsumentów, a nie „wrzutki” do procedowanego projektu. Historia kredytów frankowych i WIBOR-u uczy bowiem jednego: ryzyko prawne, które próbuje się obejść na skróty, nie znika. Zmienia tylko adresata.
Krzysztof Szymański, ekonomista
- Sędziowie nie kształcą się z ekonomii kredytu, mechaniki benchmarków, rynków finansowych. Czy potrafią oceniać złożoność klauzul zmiennego oprocentowania w umowach kredytowych?
- Co będzie z kredytem, gdy WIBOR przestanie istnieć? Czy umowy kredytowe bez klauzul awaryjnych (fallback) są wadliwe?
- Rada WIBOR: ciało opiniodawcze, które udawało nadzór. Strategia banków rozciągania rozporządzenia BMR na okres sprzed 2020 roku
- Stawka referencyjna a wskaźnik referencyjny – pozorna tożsamość dwóch różnych pojęć
- Paradoksy reformy WIBOR. BMR uporządkował procedury, ale czy naprawił rynek?
- KNF się myliła. Kto pokryje koszty reformy WIBOR-u, gdy prezesi banków odejdą na emeryturę?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu