Zakaz smartfonów w szkołach? „To jak zbicie termometru” – ostrzega Tomasz Rożek [WYWIAD]

telefon, szkoła, dzieci, edukacja, zakaz
To, że dziecko chce mieć smartfona, nie musi wynikać z jego przemożnej potrzeby, ale z presji otoczenia, które wytyka go palcamishutterstock
dzisiaj, 14:59

Szkoła bez smartfonów? „Problem nie zniknie. Stracimy za to szansę, by uczyć dzieci korzystania z technologii” – mówi Tomasz Rożek, fizyk i popularyzator nauki, krytykując pomysł resortu edukacji. Jego zdaniem szkoła powinna uczyć mądrego korzystania z technologii, a nie udawać, że problem znika wraz z telefonem.

Minister Barbara Nowacka zapowiedziała, że od 1 września 2026 r. w szkołach podstawowych ma obowiązywać zakaz używania telefonów komórkowych. Cieszy się pan?

Nie. W tym pomyśle brakuje konsekwencji. To przeciwskuteczne wylewanie dziecka z kąpielą.

Nie przesadza pan?

Zakaz smartfonów w podstawówkach odciąga uwagę od głównego problemu, którym nie są przecież same narzędzia, a platformy społecznościowe, do których telefony dają rzecz jasna dostęp. Tylko że statystyki mówią, że problem używania smartfonów podczas lekcji jest marginalny. Oczywiście czym innym są przerwy – na nich faktycznie używa się telefonów – ale nieporównywalnie mniej niż po szkole.

tomasz-rozek-39107592.png

Anegdotycznie można by odpowiedzieć: młodzi używają smartfonów na lekcjach, gdy nauczyciel poprosi. Tyle że zamiast np. zweryfikować jakąś informację – przeglądają media społecznościowe.

Może tak być. Ale równie dobrze nie jest wykluczone, że dziecko wcale nie czyta tego rozdziału książki, o który poprosiliśmy.

Nawet jeśli platformy społecznościowe szkodzą młodym na różne sposoby – uzależniają od siebie, pogarszają relacje młodych i ich stan psychiczny – to zabranie nośnika, na którym owe platformy się znajdują, jest jak zbicie termometru, żeby nie mieć gorączki. Dzieci i tak będą korzystały z telefonów, nowe technologie i social media nie znikną po wprowadzeniu tego zakazu. Zniknie za to miejsce, gdzie można by im było pokazać, jak to robić mądrze. Odpowiedzialność za to spada na rodziców – jedni to zrobią, ale inni już niekoniecznie. Intuicja mi podpowiada, że ta druga grupa jest liczniejsza. Co więcej, u części rodziców zakaz może uśpić czujność, bo mogą nabrać przekonania, że temat został przez szkoły załatwiony. Innym pytaniem pozostaje, jak ten zakaz będzie wyglądać w praktyce.

To detale, które można dopracować.

Nie do końca. Bo jeśli o nich zapomnimy, to może się okazać, że wprowadzamy kolejny martwy przepis. Skoro usuwamy ze szkół telefony, to rozumiem, że smartwatche i smartbandy też? One również mają przecież nowoczesne funkcje. Gdzie jest granica pomiędzy tym, co dzieci mogą mieć, a co nie? Jednocześnie znam rodziców, którzy kupują dzieciom telefony guzikowe, na których nie można scrollować Instagrama; mają je po to, by być w kontakcie z opiekunami. Nie twierdzę, że ten kontakt jest zawsze potrzebny, bo to inny temat, ale rozumiem, że ich też nie będzie wolno wnosić? Tylko dlatego, że taki jest przepis? Jak w ogóle to weryfikować – czy nauczyciel może sprawdzić, że dziecko nie ma telefonu w plecaku? To wbrew pozorom nie są technikalia.

Właśnie – nauczyciele. Skoro zakaz i tak wejdzie, to może powinien dotyczyć również ich?

Z punktu widzenia dziecka to całkowicie oczywiste, że jeśli wprowadzamy jakiś zakaz, to muszą być nim objęci wszyscy. W przeciwnym razie – nawet jeśli ów zakaz byłby w miarę egzekwowany – to stanie się on źródłem konfliktów i frustracji. Nie liczyłbym wówczas, że młodzi sami zrozumieją, że należy się samoograniczać. Jeśli chcemy wprowadzić jakąś zmianę, szczególnie tę trudną, to musimy ją tak wytłumaczyć zainteresowanym, żeby zrozumieli motywacje. Tutaj tego nie ma.

Ale państwo pokazuje też inną niekonsekwencję.

Co ma pan na myśli?

Jedno ministerstwo pracuje nad tym, by wprowadzić mObywatela dla dzieci i mLegitymację, a inne forsuje zakaz smartfonów w podstawówkach. Wolałbym, żeby tego typu zmiany jednak wprowadzać w ramach spójnego planu, a nie ad hoc.

Jaką strategię wobec – mówiąc szeroko – dla młodych i nowych technologii powinno przyjąć państwo, gdyby chciało skończyć z tym rozdwojeniem?

To bardzo trudne pytanie, bo dotyczy fundamentalnego rozpoznania, jaka jest podstawowa funkcja szkoły. Jeśli ma ona wyłącznie przekazywać informacje, to odpowiedź na pańskie pytanie jest inna, niż gdybyśmy przyjęli założenie, że szkoła ma również przygotowywać młodego człowieka do funkcjonowania w życiu pozaszkolnym. Dziś szkoła z różnych powodów nie działa w myśl tej drugiej definicji, choć chciałbym, żeby tak było. A jeżeli weźmiemy dowolny zawód i zastanowimy, czy do odniesienia w nim sukcesu – jakkolwiek go rozumiemy – potrzebne jest posiadanie wiedzy o tym, jak korzystać z nowych technologii, to odpowiedź brzmi: tak. Rynek pracy zostanie przeorany nie przez same nowoczesne technologie, jak się zwykło mówić, ale przez ludzi, którzy wiedzą, jak się w tym cyfrowym świecie poruszać.

Swoją drogą, myślę, że, pamiętając o proporcjach, Big Techy cieszą się na ten zakaz.

Dlaczego miałyby się cieszyć?

Skoro rozpoznajemy, że social media, nie narzędzie, jakim jest smartfon, z różnych powodów szkodzą młodym ludziom, to skuteczniej byłoby wymagać od cyfrowych gigantów, by podzieliły się wiedzą, jak naprawdę działają ich uzależniające algorytmy. A skoro się tego nie domagamy, to de facto usprawiedliwiamy Big Techy.

Minister Nowacka nie jest w stanie niczego od nich sama wyegzekwować.

Oczywiście. Nawet wszystkie polskie ministerstwa nie dałyby rady. Ale już Unia Europejska, gdyby zechciała odważniej działać? Niewykluczone.

Co w takim razie jest alternatywą dla zakazu? Solidna edukacja cyfrowa, która poszerzałaby świadomość na temat świata nowych technologii? Wiele się o tym mówi, tylko na razie nikt tego nie wprowadził. A w sprawie zakazu mamy ponadpartyjny konsens.

Bo to jest łatwe, czego nie można powiedzieć o stworzeniu sensownego programu nauczania. Często myślimy o nim sztampowo – że jeśli wprowadzamy edukację cyfrową, to powinien być to nowy przedmiot. Absolutnie nie.

Czemu?

Bo te tematy – weryfikowanie informacji czy umiejętności komunikacyjne – powinny być obecne na każdym przedmiocie albo przynajmniej na ich dużej części. Problem polega na tym, że nie kształcimy nauczycieli w tym kierunku. Oczywiście najnowsza historia pokazuje, że można wprowadzić przedmioty bez przygotowania podstawowych materiałów dla nauczycieli. Wtedy politycy biorą swoją checklistę i odhaczają: „zrobione”. Tylko chciałbym, żeby na samym końcu chodziło o realny efekt, a nie ten medialny.

Najpoważniejsze szkolenie, jakie nauczyciele przeszli w zakresie technologii cyfrowych, odbyło się w marcu 2020 roku, kiedy wskutek pandemii COVID-19 z dnia na dzień trzeba było organizować zajęcia zdalne.

To prawda. Wówczas się okazało, że smartfony i laptopy to potężne narzędzia, za pomocą których można naprawdę wiele. Jesteśmy w stanie połączyć się nie tylko z nauczycielem kilka kilometrów dalej, ale także z astronautą w kosmosie. Zapomnieliśmy o tym, że te urządzenia mogą w pewnym sensie przenieść człowieka, gdziekolwiek sobie wymarzy. Moim zdaniem nie wymyślono lepszego urządzenia służącego do edukacji i inspirowania. Oczywiście dobrze znamy negatywne konsekwencje – i stąd pomysły regulacji. Niech specjaliści-pedagodzy zdecydują, do jakiego wieku dzieci powinny być poza cyfrowym światem, bo to jest obszar, który powinien pozostawać pod szczególnym nadzorem. Ale nie mam wątpliwości, że 13- czy 14-latek powinien wiedzieć, jak użyć tabletu, laptopa czy smartfonu, by lepiej zrozumieć świat. To jest obowiązek, który leży na barkach zarówno rodziców, opiekunów, jak i szkoły, by tę wiedzę przekazać. Ale jeśli zakażemy korzystania z technologii cyfrowych w ogóle, to tracimy szanse, że do tego dojdzie.

Ostatnio wprowadza się zakazy używania platform społecznościowych – najgłośniejszy przykład to Australia.

Ciekaw jestem jego rezultatów, na które jeszcze chwilę przyjdzie nam poczekać. Gdyby taki eksperyment chciano u nas przeprowadzić, całym sobą byłbym za.

Klub Koalicji Obywatelskiej pracuje nad takimi przepisami.

Głównym problemem w tym przypadku nie jest, jak sądzę, dogadanie się na poziomie politycznym, ale wypracowanie sensownych mechanizmów weryfikowania wieku. W Australii weryfikuje się wiek nawet, gdy wchodzi się na niektóre strony internetowe, np. pornograficzne. Jak sprawdzić wiek kogoś, kto siedzi przed ekranem? Trzeba mu zrobić zdjęcie i spiąć je z jakąś bazą danych typu mObywatel. Czy byłaby na to społeczna zgoda? Jeśli nie, a cały zakaz miałby polegać wyłącznie na tym, że ktoś kliknie w ramkę: „Tak, mam 16 lat”, to szkoda czasu na taką robotę.

Z naszej rozmowy wnioskuję, że nie ma w panu tęsknoty za analogową rzeczywistością, w której – przynajmniej tak się ją odmalowuje – wszyscy czytali książki?

Jakiś czas temu słyszałem w jednej ze szkół, że dzieci zamiast wybrać się do lasu na spacer, założyły gogle VR (virtual reality – red.) i udały się tam wirtualnie. Tymczasem dosłownie przez okno tej szkoły widać było las. Na moje pytanie, skąd decyzja, by zamiast spaceru założyć gogle, usłyszałem, że zanim dzieci się ubiorą, minie dużo czasu, a lekcja trwa 45 minut, zatem niewiele zobaczą. Otóż żeby zrozumieć pewne rzeczy, trzeba ich doświadczyć – nie tylko na poziomie wzroku, ale w każdym aspekcie. Wiele lat temu, gdy moje dzieci były małe, kupiłem kieszonkowy mikroskop. Gdy się idzie z dzieckiem do lasu i daje mu możliwość, by zadawało pytania i poszukiwało odpowiedzi, to nagle się okazuje, że jakkolwiek my, dorośli i nauczyciele, realizujemy jakiś program, dziecko w takiej sytuacji nie czuje się, jakby było w szkole. Przenosimy się wówczas do przestrzeni, w której znika ten często sztuczny, i moim zdaniem szkodliwy, choć urzędniczo praktyczny, podział na przedmioty, bo zaczynamy poznawać rzeczywistość: korę, ściółkę, rządki mrówek. Oczywiście część z tych doświadczeń możemy zaznać za pomocą technologii – i dobrze. Ale buduje nas mnogość doświadczeń, a nie jeden ich wymiar. Martwiłbym się tak o dziecko, które doświadcza świata tylko przez czytanie w zamkniętym pokoju, jak i o te, które poznaje świat wyłącznie za pomocą ekranu. Kluczem są odpowiednie proporcje, które jako dorośli powinniśmy dostosować.

Jak do tego podejść na poziomie nie tyle już edukacyjnym, co relacyjnym? Jak w tym ograniczaniu nie stać się – cytując pański film „W cyfrowej matni” – „wielkim inkwizytorem”?

To bardzo trudne. W szkole i nauczycielach drzemie duży potencjał, ale istnieje oczywiście problem ostracyzmu. To, że dziecko chce pewne urządzenia mieć, nie musi wynikać z jego przemożnej potrzeby, ale z presji otoczenia, które wytyka go palcami. To zjawisko dotyczy – i dotyczyło w przeszłości – nie tylko technologii, ale i np. zabawek czy ubioru. Po prostu w pewnym momencie dziecko bez smartfona wypada z klasowego mainstreamu. Siła tkwi jednak w masie krytycznej.

To znaczy?

Jeśli bez smartfona zostanie jedno dziecko, to sytuacja jest dla niego nieporównywalnie trudniejsza, niż gdyby takich dzieci była 1/3 klasy. A nie chce mi się wierzyć, że dla 5- czy 7-latka – a często inicjacja technologiczna zaczyna się w tym wieku – atrakcyjniejszy jest świat wirtualny niż czas spędzony z rówieśnikami, rodzicami czy dziadkami. Smartfon okazuje się atrakcyjniejszy później, gdy dziecko w pewnym sensie przestaje widzieć świat poza nim.

W którym momencie to się zmienia?

Kluczowym momentem, który przychodzi u konkretnych osób w różnym czasie, jest ten, gdy dziecko zaczyna samo rozumieć, że ma jakieś pasje czy zainteresowania. Jeśli smartfony i media społecznościowe staną się ważnym elementem w jego życiu po rozpoznaniu, co go interesuje, a co nie, to jest duża szansa, że to urządzenie stanie się narzędziem, że posłuży do zaspokajania danej pasji. Jeśli zaś platformy społecznościowe zaczną odgrywać istotną rolę przed tą autorefleksją, to sytuacja jest trudniejsza, bo wówczas to one same w sobie mogą okazać się czyimś zainteresowaniem, a prawdziwa pasja zostanie przytłumiona lub w ogóle się nie pojawi.

Najważniejsze jest, żeby wyczuć moment, kiedy dziecko jest chłonne wiedzy i informacji – chciałoby uczyć się i poznawać nowe rzeczy. I wtedy, jeśli mądrze je wprowadzimy w cyfrowy świat, to możemy rozbudzić ich pasje jeszcze mocniej. Wiek, w którym dziecko zadaje tyle różnych pytań, to dla nas rodziców i nauczycieli szansa, a nie utrapienie i kłopot.

rozmawiał Roch Zygmunt

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.