Straszenie polexitem nie działa. Tylko normalizuje temat [WYWIAD]

Piotr Buras dyrektor warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations, ekspert ds. europejskich i niemieckich
Piotr Buras dyrektor warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations, ekspert ds. europejskich i niemieckichDziennik Gazeta Prawna
dzisiaj, 15:32

Nie ma żadnej mitycznej Brukseli. Unia to my, czyli 27 państw, z których każde chce ugrać coś dla siebie – mówi Piotr Buras, politolog i ekspert ds. europejskich. Wyjaśnia, gdzie liberalni euroentuzjaści popełnili błędy i skąd biorą się rosnące antyunijne nastroje w Polsce.

Czuje się pan patriotą Unii Europejskiej?

Patriotyzm narodowy nie stoi w sprzeczności z tożsamością europejską. Uważam się za patriotę zarówno polskiego, jak i europejskiego.

Na ile to popularny pogląd dziś w Polsce?

Trudno stwierdzić, bo to kwestia interpretacji badań opinii publicznej. Trzeba by się było zastanowić, ile osób popierających członkostwo Polski w Unii przyjmuje za swoją tę tożsamość, o którą pan zapytał. To dwie różne postawy, bo jedna odnosi się wyłącznie do współtworzenia organizacji międzynarodowej, a druga to internalizacja całego szeregu wartości – od wolności do sprawiedliwości społecznej – charakterystycznych dla europejskiego modelu politycznego i społeczno-gospodarczego. UE jako instytucja stoi na ich straży i duża część Polaków to docenia.

piotr-buras-39106473.jpg

Skoro tak, to może przesadnie panikujemy, gdy czytamy, że już ok. 25 proc. polskiego społeczeństwa chciałaby Wspólnotę opuścić. Może nasz stosunek do Unii został po prostu urealniony?

Do pewnego stopnia tak. Wyszliśmy z fazy zachwytu integracją europejską i ślepego poparcia dla członkostwa. Okrzepliśmy w UE i zaczęliśmy dostrzegać problemy, z jakimi się boryka. Można by stawiać tezę, że na tle innych krajów ten odsetek deklarujących chęć opuszczenia Wspólnoty nie jest bardzo niepokojący. Tyle tylko, że u nas eurosceptyczny trend wiąże się z faktem, że debata o tym, czy Unia zabiera nam suwerenność, stała się centralnym punktem politycznego dyskursu. Po jednej stronie mamy antyunijną nagonkę prawicowej opozycji, a po drugiej – dość letnią, mało przekonującą odpowiedź liberałów.

Według danych Ogólnopolskiej Grupy Badawczej jeszcze w 2019 r. 86 proc. wyborców PiS-u popierało członkostwo w UE. Dziś ten odsetek spadł do 46 proc. – elektorat tej partii jest w sprawie Wspólnoty podzielony niemal przez pół. Pańskim zdaniem to skutek tej ofensywy narracyjnej prawicy czy na odwrót – to przekaz polityków jest odpowiedzią na społeczne emocje?

Tożsamość polityczna polskiej prawicy coraz silniej formowana jest wokół opozycji do UE, Brukseli, Europy Zachodniej, Niemiec. Jeszcze 10 czy 15 lat temu nie było to tak wyraźne. Z pewnością bardzo przyczynił się do tego spór o praworządność – PiS chciał przemeblować polski system polityczny, naruszając fundamentalną zasadę niezależności sądownictwa, bez przestrzegania której UE nie może funkcjonować. Jednak napotkał opór Komisji Europejskiej i dużej części państw członkowskich. To stało się podłożem „suwerennościowej” krytyki Unii. Spadek poparcia dla UE w elektoracie prawicy jest według mnie w ogromnej mierze konsekwencją tej ofensywy narracyjnej, a nie realnych emocji społecznych.

Powiedział pan, że przekaz euroentuzjastów jest letni. Strona proeuropejska ma problem z pozytywną opowieścią o Unii?

Tak, bo poszliśmy na łatwiznę. Mówię „my”, bo również w jakimś sensie czuję się elementem tej formacji intelektualnej. Przez lata – zarówno przed akcesją, jak i po – jedynym czytelnym przekazem za Unią był argument z pieniędzy. Oczywiście dla dużej części Polaków z członkostwem wiązał się również wybór cywilizacyjny, ale komunikacyjnie nasza proeuropejskość często ograniczała się do tego, że pokazywaliśmy mosty czy drogi. Mówiliśmy: „Patrzcie, to nam daje Unia”. Ta strategia jednak się wyczerpała.

Dlaczego?

Po pierwsze, Polacy dzięki wspólnemu rynkowi i własnej przedsiębiorczości bardzo się wzbogacili. To zjawisko oczywiście jak najbardziej pozytywne, ale skutkujące tym, że branie europejskich pieniędzy nie jawi nam się jako oczywisty przymus. Bycie biorcą netto z unijnego budżetu przestało być atrakcyjne. To o tyle paradoksalne, że myśmy zawsze się bali, że kryzys poparcia dla UE przyjdzie wtedy, gdy te pieniądze przestaną płynąć. Tymczasem do roli płatnika netto jeszcze trochę nam brakuje, a zmianę w stosunku do Wspólnoty widać już.

Czyli zadziałał inny mechanizm?

Tak, bardziej godnościowy. Pewna część społeczeństwa uważa, że jako kraj jesteśmy na tyle duzi i silni, że nie musimy zniżać się po mannę z Brukseli, jeśli jest ona obwarowana warunkowością czy uzależnianiem Polski od jakichś dodatkowych regulacji. Problem polega na tym, że jeśli cała dotychczasowa legitymizacja Unii opierała się na argumencie finansowym, to ktoś może zadać pytanie, po co w takim razie nam Wspólnota, skoro już nie po to, żeby brać od niej pieniądze.

Oczywiście ten mechanizm nie wyjaśnia całej złożoności tematu, ale z pewnością wiele tłumaczy. Instytucje unijne siłą rzeczy ograniczają tradycyjnie pojmowaną suwerenność państw narodowych, a polscy liberałowie nie wykonali pracy na rzecz przekonania obywateli, że bez integracji europejskiej bylibyśmy kompletnie niesuwerenni – choćby gospodarczo.

Co strona proeuropejska powinna teraz zrobić? Jaka powinna być jej – już nie letnia, a gorąca – kontrofensywa narracyjna?

To jest poniekąd pytanie o to, jak odpowiadać na wzrost poparcia dla skrajnej prawicy. Unia Europejska stała się dla niej użytecznym „obcym”, na którego można zrzucić odpowiedzialność za problemy, z którymi się mierzymy. Stronie proeuropejskiej brakuje refleksji, że owe problemy – które najczęściej są negatywną konsekwencją globalizacji – nie są jedynie wymysłami propagandy i trzeba postarać się realnie na nie odpowiedzieć. Oczywiście pojedyncze państwo ma ograniczony katalog działań wobec wszechobecnej niepewności na rynku pracy czy poczucia bezpieczeństwa, ale jeśli chce się zatrzymać populizm, to trzeba próbować temu przeciwdziałać. Wiem, że łatwo mówić, ale to prawda, że nieumiejętność znalezienia recept na frustracje szkodzi Unii.

Po drugie zaś trzeba znaleźć pozytywną opowieść o europejskiej wspólnocie, której wektor byłby skierowany na przyszłość, a nie przeszłość.

To jeszcze możliwe?

Ktoś może uznać, że jestem naiwny – ale tak. Uważam, że jest wiele powodów, dla których optymizm co do Europy ma uzasadnienie. To oryginalny pogląd, bo w mainstreamie – także liberalnym – dominuje europesymizm. To przekonanie, które wprawdzie nie jest wrogie Unii jako takiej, ale zasadniczo uznaje Wspólnotę za słabą, podzieloną, niekonkurencyjną i niedecyzyjną.

Myślę, że Donald Tusk podziela ten pogląd.

Strona liberalna nie tylko zaproponowała letnią odpowiedź na antyunijny przekaz, ale niestety również oddała pole prawicowej opozycji do ustawiania parametrów dyskusji. Wielokrotnie od rządu słyszeliśmy narrację w duchu: „Nie damy się Brukseli!”. Tak było przy okazji umowy z krajami Mercosur, która została przez Polskę zaniedbana, bo od razu została przedstawiona jako wielkie zagrożenie dla Polski.

Jaka miałaby być ta pozytywna wizja UE, o której pan wspomniał?

Opowiedzenie Unii i Polski w duchu patriotyzmu europejskiego, od którego zaczęliśmy, wydaje się dziś dla nas jedynym wyjściem. Spójrzmy dookoła. Mamy Stany Zjednoczone, które coraz wyraźniej się od Europy odwracają. Mamy Rosję, która stanowi dla Polski i naszych sąsiadów z Europy Wschodniej śmiertelne zagrożenie. Mamy wreszcie Chiny, które są dla nas bardzo poważnym konkurentem na płaszczyźnie gospodarczej. Przekonanie, że w takim świecie dalibyśmy radę bez naszych europejskich partnerów, jest ułudą. Trzeba pokazać, że w tej niepewnej rzeczywistości bycie częścią Wspólnoty gwarantuje nam dobrobyt i nowoczesną, konkurencyjną gospodarkę opartą na nowe technologie. Strona proeuropejska powinna udowadniać, że wspólny rynek i większa integracja rynków kapitałowych to jedne z fundamentów naszego rozwoju.

Ponadto musimy dostrzec, że ta okładana ze wszystkich stron Unia jednak odniosła ostatnio duże sukcesy.

Co ma pan na myśli?

Mam poczucie, że w polskiej debacie umyka fakt, że od roku to na wsparciu europejskim opiera się obrona Ukrainy przed rosyjską napaścią. Ta pomoc nie byłaby możliwa, gdyby nie istniały instytucjonalne mechanizmy i struktury, które dostarcza Unia.

Drugi przykład: odejście od rosyjskiego gazu. Sprawa z oczywistych powodów krytycznie ważna dla nas w Polsce. W tej chwili obowiązuje w UE rozporządzenie, na mocy którego nie wolno podpisywać nowych umów na dostarczanie gazu np. z Gazpromu. Nie dlatego, że zakazują tego sankcje, które sprzeciw jednego kraju może znieść, ale na mocy twardych przepisów. To ogromne osiągnięcie, biorąc pod uwagę fakt, jak niektóre państwa UE były uzależnione od Rosji w tym zakresie.

Oczywiście w dalszym ciągu będziemy żyć w świecie bardziej niebezpiecznym niż do niedawna, ale nie z powodu integracji europejskiej – która notabene spełniła swoją rolę, przezwyciężając fundamentalne podziały na Starym Kontynencie – ale ze względu na czynniki zewnętrzne.

A czy są jakieś błędy Unii, z których decydenci powinni się rozliczyć? Czytając autobiografię Angeli Merkel, można odnieść wrażenie, że jest z siebie zadowolona.

Politycy, którzy odchodzą z urzędu, zwłaszcza o tak długim stażu jak Merkel, często starają się bronić swojego politycznego dziedzictwa, by nie spaść z ustawionego im za życia pomnika. Nie zawsze się to udaje. Błędy Unii to najczęściej zaniedbania wynikające z niemożności dogadania się ze sobą państw członkowskich (np. niedostateczna pomoc dla Ukrainy, brak wspólnego rynku kapitałowego w Europie) lub skomplikowane regulacje, które wynikają z konieczności trudnych kompromisów i godzenia interesów wielu stron. Unia to my, czyli 27 różnych państw, z których każde chce ugrać coś dla siebie. Nie ma żadnej mitycznej Brukseli, która robi coś dobrze lub źle. To tylko skomplikowany mechanizm ucierania interesów i stanowisk.

Niestety dziś w Polsce spór o UE wszedł w fazę silnie tożsamościową i stał się centralnym punktem debaty publicznej. Aktorzy polityczni zaczęli się definiować przez ten filtr.

Jak to się skończy? Dla Prawa i Sprawiedliwości sytuacja jest mało wygodna, bo Jarosław Kaczyński nie chce wyjścia z Unii, ale musi odpowiadać na wzrost poparcia radykalniejszej prawicy. Dla premiera Donalda Tuska straszenie groźbą polexitu to z kolei żyła złota.

Zgadzam się, że prezes PiS nie będzie beneficjentem tej debaty, ale nie sądzę, że to dla Tuska żyła złota. Obawiam się, że owoce antyeuropejskich emocji będą zbierać osoby pokroju Grzegorza Brauna. Tożsamościowy spór wokół sprawy zupełnie fundamentalnej z punktu widzenia polskiej racji stanu może rozhuśtać te nastroje do tego stopnia, że – podobnie jak, przy wszystkich różnicach, w Wielkiej Brytanii – wymkną się one spod kontroli.

Na razie widzimy, że antyunijna retoryka opozycji mocno ogranicza działania rządu, któremu wydaje się, że jest zmuszony ulegać tym nastrojom. I ulega, bo mówi językiem walki z UE nie tylko o umowie z Mercosur, ale i pakcie migracyjnym czy akcesji Ukrainy do Wspólnoty. Problem polega na tym, że taka uległość de facto legitymizuje tych najzagorzalszych przeciwników Unii, a nie działania gabinetu Tuska.

Bo okazuje się, że ci krytycy to właściwie od początku mieli rację?

Taki może być odbiór niektórych działań koalicji rządzącej. Populiści dużo sprawniej wykorzystują to, co niemiecki socjolog Steffen Mau nazywał Triggerpunkte, czyli takie tematy zapalne, które w mało merytoryczny, a przy okazji wręcz histeryczny sposób ogniskują całą debatę publiczną wokół siebie. Dobrym przykładem był SAFE, który podniesiono do nieadekwatnie dużej wagi, mimo że to oczywiście poważny temat. Myślę, że po stronie rządowej dostrzeżono te mechanizmy.

Skąd to przekonanie?

Po pierwsze, z rozmów z politykami, którzy przyznają, że sprawy zaszły za daleko. Po drugie, słuchałem expose ministra spraw zagranicznych i miałem poczucie, że ono poniekąd odpowiada na tę proeuropejską posuchę. Wiem, że planowane są kolejne wystąpienia w tym duchu. Jak rozumiem, rozpoznano, że samo straszenie polexitem nie działa.

Dlaczego nie działa?

Bo to normalizuje ten temat. Możemy sobie pomyśleć, że wyjście z Unii to w sumie równoprawny pogląd wobec pozostania we Wspólnocie. Na zasadzie: są dwa wyjścia, rozważmy, które jest lepsze. To zły kierunek, bo wpycha kwestię członkostwa w Unii w niszczące tryby polaryzacji, które trudno jest kontrolować.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.