Epidemia się rozwija, a trend nadal jest negatywny – powiedział PAP w środę wirusolog prof. Włodzimierz Gut. Dodał, że wszystko zależy jednak od społeczeństwa. Jego zdaniem, 90 procent zakażeń można wyeliminować szybko dzięki rozsądkowi.

"Dzisiaj będziemy mieli najwyższą liczbę dziennych zakażeń od początku roku, ale nie przekroczymy 18-20 tys. Nie oznacza to jednak, że w następnych dniach takich poziomów nie zobaczymy" - poinformował w środę rano rzecznik prasowy ministra zdrowia Wojciech Andrusiewicz.

"Dziś odnotujemy na pewno większą, może nie dużo większą, ale większą liczbę zakażeń niż tydzień temu (w ubiegłą środę było to 15 698 - PAP), ale nie są to już takie wzrosty, jakie notowaliśmy przed trzema dniami, kiedy tydzień do tygodnia to było około 33 proc. wzrostu. Teraz zeszliśmy poniżej tego poziomu" - wyjaśnił.

Dodał, że w środę osiągniemy pułap, którego nie osiągnęliśmy jeszcze w tym roku. Równocześnie zaznaczył, że w tym tygodniu średnia dobowa zakażeń wyniesie 15-15,5 tys.

Prof. Gut przyznał, że epidemia się rozwija, a trend jest nadal negatywny.

"Dzięki szczepieniom osób starszych osiągamy jedno - powinno być mniej zgonów. Dzięki szczepieniom medyków będzie miał nas kto leczyć. Jeżeli zakażeń będzie dużo więcej, to zabraknie jednak łóżek i sprzętu do ratowania chorych. Optymistyczne zawsze jest to, że wszystko zależy od nas. 90 procent zakażeń można zniwelować w krótkim czasie. Do tego potrzeba tylko rozsądku - maseczek w zamkniętych przestrzeniach, mycia rąk i odpowiedzialnego podchodzenia do infekcji. Teraz choruje wielu młodych ludzi. Oni mocniej roznoszą epidemię niż starsi. Po pierwsze dlatego, że mają więcej kontaktów. Po drugie, bardzo późno w ogóle reagują na to, że się źle czują. Dłużej więc sieją wirusa" - podkreślił ekspert.

Zdaniem prof. Guta, przykład woj. warmińsko-mazurskiego pokazuje, że w pewnym momencie żadne restrykcje nic nie dają.

"W tym regionie wzmocniono obostrzenia już jakiś czas temu. Czy sytuacja się poprawiła? Pogorszyła się. Co może być przyczyną? To, że ludzie mają w nosie te restrykcje. Wówczas nie zostaje nic innego jak nabranie odporności zbiorowej. Wirusa złapią więc prawie wszyscy na danym terenie. Jaki będzie tego koszt? Ogromny" - ocenił wirusolog.

W ocenie eksperta, Polacy w trakcie epidemii racjonalnie zachowywali się rok temu. Wówczas wszyscy posłuchali ekspertów i w Polsce w zasadzie nie było wiosennej fali.

"Potem stało się dużo złego. Swoje zrobiły ruchy kontestujące wszystko. Swoje zrobiły złe zachowania osób na świeczniku. Teraz to już ludzie są po prostu zmęczeni. Dlatego odpowiedzenie na pytanie, gdzie jest szczyt obecnej fali, jest w zasadzie niemożliwe. Ona będzie tak wysoka, jak się zachowany. Tu przepisy niewiele pomogą. Na ulicy, gdy nie ma tłumu, można iść bez maski. Nie mam o to pretensji. Nie rozumiem jednak potem tłumaczenia, że ktoś w sklepie jej nie założy, bo zapomniał. Albo jesteśmy odpowiedzialni i wystarczają miękkie zalecenie, albo jesteśmy nieodpowiedzialni i nie pomogą nawet twarde" - stwierdził wirusolog.