Aby ludzie postawili stopę na Marsie, niezbędne są dwie rzeczy: odpowiednia promocja i groźna konkurencja. No i jeszcze szalony wizjoner, taki jak Wernher von Braun lub Elon Musk. Bywa, że czyimś przeznaczeniem są inne planety. Tylko nie ma szans, by na nie polecieć. Wówczas można się poddać lub spróbować przyśpieszyć bieg dziejów. Elon Musk wybrał to drugie. Zorganizowana przez niego w zeszłym tygodniu konferencja prasowa dowiodła, że jego życiowym celem jest zainicjowanie podróży międzyplanetarnych. Deklarację tę łatwo uznać za wizję szaleńca, gdyby nie biznesowe sukcesy Muska.
Reklama
Elektryczne samochody „Tesla” oraz inwestycje w nowe technologie przyniosły wizjonerowi z Republiki Południowej Afryki majątek szacowany na około 13 mld dol. Wszystko wskazuje też na to, że jest to dopiero początek drogi i Musk w ciągu kilku lat ma szansę zdobyć pierwszą pozycję w rankingu najbogatszych ludzi świata. Aczkolwiek nie to jest jego celem, co tłumaczył dziennikarzom podczas Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego w Meksyku. Prezentując przy tym ogólną koncepcję pierwszej misji międzyplanetarnej, mającej wyruszyć za jakieś 10 lat. Porywa ona swoją śmiałością, a jednocześnie pokazuje ogrom trudności. Jedynie do wyniesienia na okołoziemską orbitę dwóch statków, jednego ze stuosobową załogą i drugiego z zapasem paliwa, potrzeba rakiety 3,5 razy potężniejszej od – używanego w księżycowym programie „Apollo” – Saturna V. Tymczasem komplikacji technologicznych jest dużo więcej.

Reklama
Statek kosmiczny będzie miał zapas paliwa na podróż w jedną stronę. Aby powrócił, trzeba stworzyć technologię produkcji podobnego paliwa z zasobów marsjańskich. Ludzie muszą zostać zabezpieczeni przed śmiertelnie niebezpiecznym promieniowaniem, stale obecnym w przestrzeni kosmicznej. Nie przetrwają bez odpowiednich zapasów żywności i wody. Krótko mówiąc, przeszkód i niebezpieczeństw jest trudna do przeszacowania liczba, a charyzmatyczny wizjoner tylko jeden. „Ja osobiście nie mam większej motywacji do tego, by wykorzystać moje własne zasoby, niż sprawienie, że Ziemianie staną się gatunkiem międzyplanetarnym” – zapewniał podczas konferencji Musk. Cel na pierwszy rzut oka zbyt szalony, a przeciwności zbyt wiele, by wynalazca miał szansę na sukces. A jednak taka sztuka już się kiedyś udała. Wernher von Braun nie tylko potrafił porwać dla swej idei całą Amerykę, ale też błyskawicznie zaczął wcielać ją w życie, gdy tylko otworzyło się ku temu dogodne okno startowe.
Najcenniejsza zdobycz wojenna
W raporcie sporządzonym z przesłuchania Wernhera von Brauna nie ujęto niestety wyrazu twarzy amerykańskiego oficera, gdy ten notował wynurzenia Sturmbannführera SS. „Będzie można budować w przestrzeni stacje naukowe, do których części dostarczać będą rakiety. A kiedy technika rakietowa rozwinie się jeszcze bardziej, będziemy mogli szybować na inne planety – od Księżyca poczynając” – opowiadał von Braun, prezentując swoją ofertę dla rządu USA. W maju 1945 r. brzmiało to jak majaczenia szaleńca, choć przecież zaprojektowana przez jego zespół rakieta V-2 zatruła życie mieszkańcom Londynu podczas ostatnich miesięcy wojny. Wprawdzie bronią okazała się niespecjalnie skuteczną, skoro ponad 5,5 tys. odpalonych na kilkanaście miast V-2 zabiło w sumie 7250 osób, lecz rozpalała wyobraźnię.
Do tego jeszcze Wernher von Braun potrafił uwodzić wpływowych ludzi. Kiedy miał 24 lata, przekonał Adolfa Hitlera, żeby powierzył mu pieczę nad tajną bazą w Peenemünde, gdzie mógł testować zaprojektowane przez siebie rakiety. Wkrótce zebrał tam zespół, który uczynił z III Rzeszy państwo przodujące w badaniach nad tym rodzajem broni. Jednak dla von Brauna był to jedynie mały krok w stronę zrealizowania marzenia życia – wyruszenia na podbój innych planet. Koszty nie miały znaczenia. Dzięki temu, że Adolf Hitler podobnie podchodził do kwestii osiągania celów, młody doktor fizyki dostał nieograniczone fundusze i władzę. Jednym z jej atrybutów był wysoki stopień oficerski w SS.
Nie minęła dekada i pierwsze rakiety balistyczne spadły na Londyn. Ten fakt otworzył przed ich twórcą wiele nowych możliwości. Zbudowana w USA bomba atomowa znakomicie komponowała się z ideą rakiety balistycznej, zdolnej w krótkim czasie przenieść ładunek w każdy punkt globu. Stąd Wernher von Braun i jego konstruktorzy stali się pożądanymi zdobyczami wojennymi, co zresztą bardzo im odpowiadało. Sami uciekali przed Armią Czerwoną na zachód, byle jak najszybciej oddać się w ręce Amerykanów. Ta sztuka udała się 117 naukowcom z ośrodka w Peenemünde. Wkrótce za sprawą tajnej operacji „Paperclip” (spinacz) trafili za ocean do ośrodka badawczego Fort Bliss pod El Paso. Gospodarze oferowali im wygodne i bezpieczne życie w zamian za zaprojektowanie rakiety zdolnej wykonać szybkie uderzenie nuklearne na terytorium Związku Radzieckiego. Ojciec V-2 solennie przyrzekł opiekunom realizację tego zadania, choć nadal niewiele miało ono wspólnego z jego życiowym marzeniem. Do czasu.
Komiksem na inne światy
„V-2 i powojenne postępy w budowie rakiet zaczęły nareszcie z wolna zmieniać stosunek ludzi do lotów kosmicznych, ukształtowany przez lata trywializacji owego zagadnienia w wydanych tonami od lat dwudziestych głupkowatych komiksach o Bucku Rogersie i jeszcze durniejszych taśmowo produkowanych powieściach, które ośmieszały temat zdawałoby się do reszty” – zapisał Michael J. Neufeld w książce „Von Braun. Inżynier nazistów i Amerykanów”.
Pierwszy mały przełom przyniosła w 1949 r. popularnonaukowa książka Willy’ego Leya „The Conquest of Space” („Podbój kosmosu”). Niemiecki pisarz SF i wielki zwolennik idei podróży kosmicznych w 1935 r. uciekł z III Rzeszy. Gdy osiadł w Stanach Zjednoczonych, niechęć do nazizmu nie przeszkodziła mu w nawiązaniu przyjaźni z von Braunem. Gdy „The Conquest of Space” okazał się bestsellerem, autor, w liście do twórcy V-2, oznajmił, że odniesiony sukces stał się możliwy dzięki wiadomościom o rakietach i rysunkom Chesleya Bonestella. Ojca kierunku art space, czyli malowania grafik przestrzeni kosmicznej i innych planet, na podstawie ustaleń naukowych, czym trafił w gusta czytelników.
Tymczasem wcześniej Bonestell zawarł znajomość z von Braunem, który stał się dla artysty nieustannym źródłem inspiracji. Tak niemiecki konstruktor zaczynał tworzenie swego kosmicznego lobby w USA, mającego uwolnić go z kajdan, jakie założył mu amerykański rząd. Waszyngton interesował się bowiem jedynie postępami w projektowaniu pocisków balistycznych SSM-A-14 Redstone zdolnych przenosić głowice nuklearne. Loty kosmiczne dla polityków i generałów stanowiły zupełną abstrakcję, nawet jeśli latem 1950 r. niektórzy z nich wybrali się do kina na przygodowy obraz SF „Destination Moon” („Kierunek Księżyc”). Film ten stał się wkrótce kasowym przebojem, a o wrażeniu, jakie robił na widzach, najlepiej świadczyło zdobycie Oscara za efekty specjalne. Te właśnie, podobnie jak scenografię, zaprojektował Chesley Bonestell wedle wskazówek von Brauna. Ważna okazywała się też treść dzieła. Na ekranie widzowie zobaczyli, jak grupa milionerów patriotów finansuje przygotowanie ekspedycji na satelitę Ziemi, licząc przy tym na zyski za sprawą opracowania nowych technologii.
Ten sam pomysł zaprezentował twórca V-2 we wrześniu 1951 r. w... Londynie, podczas II Kongresu Astronautycznego, zorganizowanego przez Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne. Na tę okazję przygotował broszurę pt. „Sztuczny satelita Ziemi jako stopień na drodze do lotów międzyplanetarnych”. Prezentowała ona zarys planów ekspedycji na Marsa. Najpierw olbrzymie rakiety nośne miały dostarczyć na orbitę okołoziemską stację orbitalną, elementy statku kosmicznego, reaktor jądrowy oraz silniki. Po ich zamontowaniu w stronę Czerwonej Planety wyruszyłaby misja załogowa. Prezes towarzystwa, gwiazda literatury SF Arthur C. Clarke, podczas obrad kongresu podejmował niemieckiego konstruktora z wielką atencją.
Broszura i wykład von Brauna po raz pierwszy wywołały spory oddźwięk w renomowanych tytułach prasowych. O możliwości zorganizowania wyprawy na Marsa poważny, a nie prześmiewczy artykuł zamieściły „The New York Times” oraz londyński „Times”. Korzystając z tego, konstruktor postanowił zacząć urabiać dowództwo sił zbrojnych USA, tak by zgodziło się wydzielić z budżetu środki na program kosmiczny. „Musimy przestać rozpaczać nad tym, że brudne łapy wojskowych sięgają po naszą ukochaną, czystą ideę poznania kosmosu, żeby ją wykorzystać do swych niecnych celów” – pisał von Braun w liście do brytyjskiego konstruktora rakiet Arthura V. Cleavera. Gdy zaś magazyn „Popular Science” zamieścił wizualizację stacji orbitalnej zaprojektowanej przez Niemca, ten opatrzył go znamiennym cytatem. „Naród, który jako pierwszy posiądzie taką zdatną do zrzucania bomb stację kosmiczną, osiągnie pozycję, z której będzie mógł zapanować nad Ziemią” – twierdził, sugerując jednoznacznie generałom, o czym powinni marzyć.
Gwiazda show-biznesu
Zainteresowanie opiniotwórczych gazet osobą von Brauna sprawiło, że zaczęły się za nim uganiać także kolorowe pisma, przeznaczone dla masowego odbiorcy. Magazyn „Collier’s” zaoferował mu 10 tys. dol. za jeden artykuł do numeru poświęconego podbojowi kosmosu, co stawało się coraz modniejszym tematem. W liście wysłanym do Ottona Wolfganga Bechtlego twórca V-2 obiecał, że będzie to początek: „największej kampanii promocyjnej lotów kosmicznych i sztucznego satelity, jaką świat widział”. Niedługo potem niemieckim wizjonerem zainteresowała się telewizja. „W czwartek, 13 marca (1952 r. – red.), w przeddzień ukazania się wydania »Collier’s« z sekcją kosmiczną, o 19.45 czasu wschodnioamerykańskiego Wernher von Braun po raz pierwszy przemówił z ekranów telewizorów całej Ameryki w pionierskim dzienniku telewizyjnym stacji Camel News Caravan, który co wieczór oglądało średnio 5,5 miliona widzów” – opisuje Michael J. Neufeld. To było jak pęknięcie tamy, w czym notabene pomogło wzrastające wśród Amerykanów poczucie zagrożenia ze strony komunistów i Związku Radzieckiego. „Stany Zjednoczone muszą niezwłocznie przystąpić do budowy długofalowego programu osiągnięcia i utrzymania przez Zachód »przewagi w kosmosie«. Jeśli my tego nie zrobimy, zrobią to inni. A tymi innymi będzie zapewne Związek Radziecki” – ostrzegano w artykule wstępnym kosmicznego numeru „Collier’s”.
Wkrótce niemiecki naukowiec został stałym gościem programów telewizyjnych i radiowych. Przystojny, zaledwie czterdziestoletni, świetnie się w nich prezentował. „Równocześnie dyrektor działu reklamy »Collier’s«, Seth Moseley, uruchomił wielką ogólnokrajową kampanię promocyjną” – dodaje Michael J. Neufeld. Darmowe numery pisma dostali wszyscy senatorowie i kongresmeni oraz wpływowe osoby ze świata polityki i kultury. Kampania pod hasłem „Zbudujemy statek kosmiczny” zataczała coraz szersze kręgi, a von Braun stał się prawdziwą gwiazdą i na spotkania z nim zaczęły przychodzić prawdziwe tłumy. Jak odnotował Neufeld: „Był zasypywany korespondencją przez ludzi niespełna rozumu, którzy zgłaszali swoje tajne wynalazki, i śmiałków chcących wziąć udział w misji na inne planety”. Wreszcie mógł wygłosić w Waszyngtonie odczyt „Panowanie w kosmosie jako środek osiągnięcia światowego pokoju”. Przybyli nań licznie prezesi największych amerykańskich korporacji i wpływowi politycy. Naukowiec apelował o 4 mld ówczesnych dolarów na program budowy orbitalnej stacji kosmicznej. Wyposażona w bomby atomowe mogłaby zapewnić ludzkości na długie dekady Pax Americana. Zupełnie przy tym przemilczał, że ten sam skutek mogły przynieść dużo tańsze międzykontynentalne rakiety balistyczne, jakie projektował na potrzeby wojska. Pechowo nowym prezydentem Amerykanie wybrali generała Dwighta Eisenhowera. Ten zaś, znakomicie zorientowany w kwestiach militarnych, pod koniec 1953 r. odrzucił pomysł budowy stacji kosmicznej, nakazując skoncentrowanie się na rozwoju rakiet balistycznych. Pomimo kolejnych występów w programach telewizyjnych i artykułach na łamach poczytnych czasopism von Braun musiał pogodzić się z tym, że osiągnięcie celu będzie wymagało jeszcze większych inwestycji w promocję.
Z Myszką Miki w przyszłość
Pracujący dla koncernu Glenn L. Martin Comp. przy projekcie budowy rakiety „Viking” Milton Rosen na długo zapamiętał dyskusję, jaką stoczył z von Braunem w telewizyjnym studiu. Amerykański konstruktor pokłócił się z niemieckim wizjonerem co do tego, ile wysiłku i funduszy wymagałoby zbudowanie stacji orbitalnej oraz wysłanie astronautów na Księżyc. Jak zapisał we wspomnieniach, po programie podszedł do von Brauna i zapytał wprost: „Ty chyba nie wierzysz w obliczenia, które wykonałeś dla tego swojego gigantycznego Orbitera, krążącego wokół Ziemi i całej reszty?”. Twórca V-2 popatrzył na niego ze zdziwieniem i odrzekł: „Słuchaj, Milt, ty przecież jesteś Amerykaninem, tak? Żebym akurat tobie musiał tłumaczyć, że ten kraj stoi reklamą? Jeśli będziemy mówić o lotach kosmicznych tak jak wy do tej pory, to ich obaj nie doczekamy. Ja opowiadam tak, żeby ich zainteresować, a nie wystraszyć” – tłumaczył.
Przyszłość pokazała, że pierwszy lot na Księżyc kosztował 40 razy więcej, niż twierdził von Braun, i to Rosen był bliższy prawdy. Ale za to niemiecki konstruktor miał rację w innej sprawie. Pomimo sukcesów akcji propagandowej i uformowania się grupy „fanatyków kosmosu” większość społeczeństwa pozostawała sceptyczna lub obojętna. Wedle sondaży Instytutu Gallupa liczba ludzi wierzących, że w ciągu następnych 50 lat człowiek postawi swoją stopę na Księżycu pomiędzy rokiem 1949 a 1953, wzrosła z 15 do 38 proc. Podobnie rzecz się miała z politykami. Okazywali swoje zainteresowanie, lecz plany von Brauna były zbyt śmiałe, żeby ktoś chciał dla ich zrealizowania zaryzykować karierę. Wojskowych zaś w zupełności zadowalały rakiety balistyczne.
„Na co dzień babrzę się w rozmaitych bardzo realnych, lecz przyziemnych problemach, a moje życie niewiele odbiega od tego, jakie prowadziłem w Peenemünde” – notował wiosną 1953 r. von Braun. Pocisk balistyczny, przystosowany do przenoszenia głowic atomowych SSM-A-14 Redstone przechodził kolejne próby, natomiast promowanie lotów kosmicznych zamarło. Konstruktor wspólnie z Willym Leyem i Chesleyem Bonestellem zaczęli więc pracę nad nową książką, tym razem poświęconą podbojowi Marsa, aż pewnego dnia zadzwonił pracownik Walta Disneya. Koniecznie chciał namówić von Brauna, by zgodził się wziąć udział w nagrywaniu serialu popularnonaukowego, poświęconego podbojowi kosmosu. „Pomysł serii powstał, gdy Walt Disney, w poszukiwaniu pieniędzy na swój park rozrywki w Anaheim, dobił targu z telewizją ABC, która miała mu sfinansować budowę parku w zamian za serię cotygodniowych programów dla młodzieży” – opisuje Michael J. Neufeld. Kilka zaplanowano poświęcić przyszłości. Marketingowe wyczucie von Brauna w tym momencie zupełnie zawiodło. Konstruktor prowadził rozmowy o poważnym programie popularnonaukowym dla konkurencyjnej stacji CBS, więc odmówił. Ale Walt Disney nigdy łatwo się nie poddawał, zamówił więc scenariusz u Willy’ego Leya i wspólnie zaczęli tak długo naciskać, aż konstruktor zerwał rozmowy z CBS.
To był początek wspaniałej przyjaźni twórcy Myszki Miki i Kaczora Donalda z ojcem V-2. Wspólnie stworzyli filmową trylogię dla telewizji ABC „Człowiek w kosmosie”, „Człowiek na Księżycu” i „Człowiek na Marsie”. W dzień von Braun kreślił projekty pocisków balistycznych dla armii, a wieczorem budował nowatorskie modele rakiet nośnych i stacji kosmicznych dla Disneya. Nie były one tworami wyobraźni, lecz efektami wyliczeń określających konieczne: wymiary, niezbędne pojemności zbiorników paliwa, moce silników, procedury tankowania na orbicie, zachowania w stanie nieważkości etc. Świetna kampania reklamowa i sława nazwisk obu geniuszy sprawiały, że dosłownie cała Ameryka czekała z niecierpliwością na premierę. Gdy 9 marca 1955 r. ABC zaczęła nadawać pierwszy odcinek trylogii, żeby obejrzeć „Człowieka w kosmosie”, przed telewizorami zasiadło około 100 mln Amerykanów. Uważnie słuchając, jak po zaprezentowaniu kolejnych modeli i animacji Wernher von Braun, fizyk Heinz Haber i Willy Ley opowiadają z koszmarnym niemieckim akcentem o tym, że Stany Zjednoczone mogą wyruszyć na podbój Układu Słonecznego. „Gdybyśmy wystartowali dziś z dobrze zorganizowanym i sfinansowanym programem kosmicznym, wierzę, że odpowiednią rakietę pasażerską dałoby się zbudować i wypróbować w ciągu dziesięciu lat” – oznajmił widzom von Braun. To brzmiało jak oferta: jeśli dostanę pieniądze, ofiaruję wam inne światy. Wedle relacji Walta Disneya następnego dnia zatelefonował do niego sam prezydent Dwight Eisenhower, złożył gratulacje i poprosił o udostępnienie kopii filmu. Chciał ją pokazać generałom w Pentagonie. Wkrótce potem pracujący dla radzieckiego programu kosmicznego prof. Leonid I. Siedow skontaktował się z prezesem Międzynarodowej Federacji Astronautycznej Frederickiem C. Durantem, prosząc o wypożyczenie kopii „Człowieka w kosmosie”. Powiadomiony o tym ojciec Myszki Miki stanowczo odmówił. Co jak co, ale antykomunista Walt Disney nie zamierzał pomagać Sowietom w podboju kosmosu.
Konkurent zza żelaznej kurtyny
Niedługo po emisji filmu von Braun wraz z rodziną i 39 współpracownikami otrzymali obywatelstwo USA. „Dziś jest najszczęśliwszy dzień mojego życia. Już dawno temu duchem zostaliśmy Amerykanami i nigdy ani przez chwilę nie żałowałem przyjazdu do tego kraju” – zanotował po uroczystości przeprowadzonej w sali gimnastycznej szkoły średniej w Huntsville (stan Alabama). Nieopodal niej znajdowała się baza amerykańskiej armii, gdzie prowadzono prace nad bronią rakietową. Pod koniec 1955 r., tuż po Bożym Narodzeniu, ABC wyemitowała drugą części trylogii „Człowiek na Księżycu”. Zaprezentowano w niej m.in. stację orbitalną wedle projektu von Brauna. Miała on mieć kształt koła o średnicy 76 m, wirującego wokół własnej osi. Załoga stacji wzięłaby udział w montażu statku kosmicznego, którym następnie astronauci polecieliby na Księżyc. Kiedy Amerykanie oglądali „Człowieka na Księżycu”, już od pół roku działał wymarzony przez Disneya park rozrywki. Tłumy gości odwiedzające Disneyland w kalifornijskim Anaheim mogły bawić się w jego części, nazwanej „Krainą jutra”, którą zaprojektował konstruktor V-2. Centralny element stanowiła olbrzymia rakieta, stojąca w gotowości do startu. Wewnątrz pojazdu kosmicznego zasiadało się w fotelach, by obejrzeć na ekranach podróż z Ziemi ku jej satelicie, okrążyć go i wracając, doświadczyć lądowania. Tak wspólnymi siłami von Braun i Disney wzbudzili wśród dziesiątek milionów Amerykanów fascynację kosmosem. Swój złoty wiek miała literatura SF. Zwykli ludzie zaczęli marzyć o podróżach na Księżyc, a potem dalej, aż do gwiazd. Co więcej, uznali, że warto przeznaczyć na to ogromne pieniądze.
Już tylko rząd USA miał jeszcze opory, nie zdając sobie przy tym sprawy, jak niebezpieczne postępy w tym czasie poczynili Sowieci. „Chodziło też o to, by sztuczny satelita Ziemi postrzegany był jako projekt amerykański, a nie przedsięwzięcie realizowane przez zespół Niemców za pieniądze rządu Stanów Zjednoczonych” – podkreśla w książce „Wernher von Braun. Z »Dory« na Księżyc” Dennis Piszkiewicz. Dlatego rakietę nośną „Vanguard”, zdolną wynieść sztucznego satelitę na orbitę Ziemi, zaczął budować zespół wyłącznie amerykańskich konstruktorów. Szło im niespecjalnie dobrze, aż nagle 4 października 1957 r. z kosmodromu Bajkonur wystartowała rakieta, która wyniosła na orbitę Sputnik. „Ludzie na całym świecie pokazują palcami satelitę. Widzą, że Stany Zjednoczone zostały pobite” – oświadczył wówczas I sekretarz KC KPZR Nikita Chruszczow.
Faktycznie w USA zapanowała panika. Dobrze pamiętano opowieści von Brauna o stacjach orbitalnych uzbrojonych w bomby atomowe. Ten zaś napisał petycję do prezydenta Eisenhowera, prosząc o fundusze i pełną swobodę, w zamian obiecując, że w ciągu 90 dni wystrzeli na orbitę Ziemi amerykański pojazd kosmiczny. Próbny start rakiety „Vanguard” zakończył się efektowną katastrofą i Amerykanie musieli schować dumę narodową do kieszeni. Ich satelitę „Explorer 1” wyniosła 31 stycznia 1958 r. na orbitę czterostopniowa rakieta Jupiter C, zbudowana pod kierunkiem Wernhera von Brauna. Idąc za ciosem, konstruktor przedstawił rządowi USA wieloletni program eksploracji przestrzeni kosmicznej, mający zaowocować w 1967 r. lądowaniem człowieka na Księżycu, a w kolejnej dekadzie wyprawą na Marsa. Wkrótce prezydent Eisenhower powołał do życia Narodową Agencję Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej – NASA. Twórca V-2 dostał w niej posadę dyrektora Centrum Lotów Kosmicznych im. Marshalla. Po latach starań spełniało się jego marzenie o tym, że cały swój zapał i talent skoncentruje tylko na jednym celu – podboju kosmosu. Wkrótce nowy prezydent John F. Kennedy, za radą von Brauna, ogłosił ekspedycję na Księżyc priorytetem dla Stanów Zjednoczonych. Tak kilka lat zręcznej promocji zaowocowało otwarciem nowego rozdziału w historii ludzkości. Choć zapewne nie byłaby ona tak skuteczna, gdyby Stanom Zjednoczonym nie wyrósł nagle groźny konkurent ze Wschodu.
W raporcie sporządzonym z przesłuchania von Brauna nie ujęto wyrazu twarzy amerykańskiego oficera, gdy ten notował wynurzenia Sturmbannführera SS. „Będzie można budować w przestrzeni stacje naukowe, do których części dostarczać będą rakiety. A kiedy technika rakietowa rozwinie się jeszcze bardziej, będziemy mogli szybować na inne planety – od Księżyca poczynając” – opowiadał