Choć nasz przemysł kosmiczny jest na razie mały, to działa bardzo prężnie. Pewne elementy satelity już potrafimy zbudować - Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej
Reklama
Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej / Dziennik Gazeta Prawna
Od ponad sześciu miesięcy jest pan prezesem nowo powołanej Polskiej Agencji Kosmicznej (POLSA). Do tej pory najgłośniej w kwestii POLSY było, gdy zatrudnialiście dyrektor biura w okolicznościach budzących wątpliwości. Ogłoszenie w BIP-ie wisiało zaledwie cztery dni.
Gdy opinia publiczna dowiaduje się, że została powołana nowa agencja, oczekuje, że od razu będzie ona w pełni zorganizowana. Tymczasem do niedawna byłem jej jedynym pracownikiem. Dopiero teraz doszedł kolejny. A trzeba wspomnieć, że w międzyczasie podpisane zostały aż cztery porozumienia o współpracy z podmiotami zagranicznymi. To wymaga sporo pracy. Odpowiadając wprost na pytanie: to ja nalegałem na w miarę krótki termin. Zależało mi na szybkim wyłonieniu pracownika, który wspomoże mnie w pracy. Kierowałem się w tym zakresie doświadczeniem z Centrum Badań Kosmicznych PAN, gdzie zaledwie w ciągu tygodnia wpływało nawet 200 CV. Dlatego wydawało mi się, że nawet przy terminie czterodniowym tych ofert będzie więcej. Ustawa nie narzuca w tym zakresie żadnego terminu. Chcę zapewnić, że nabór odbył się z zachowaniem zasad otwartego i konkurencyjnego naboru. Wygrał najlepszy kandydat.
Co udało się panu zrobić przez te pół roku?
Przede wszystkim opracowany został plan działalności agencji. Z pomocą ekspertów z KPRM opracowaliśmy również plan finansowy, wybraliśmy siedzibę agencji oraz opracowaliśmy jej statut, który lada dzień wejdzie w życie, oraz projekty innych dokumentów. Udało się również powołać Radę Agencji. Poza tym, jak już wspomniałem, podpisane zostały porozumienia o współpracy z podmiotami zagranicznymi. Obecnie prowadzony jest nabór na wiceprezesów agencji.
A co jest w tym planie działania na 2015 r.?
Plan musi być wpasowany w szerszy obraz. Na początku musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, gdzie obecnie jest polski sektor kosmiczny.
Chyba w niezbyt ciekawym miejscu. Do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) weszliśmy dopiero jako 20. państwo.
Proszę pamiętać, że ESA powstała w 1975 r., a my wtedy byliśmy w programie InterKosmos razem z innymi państwami satelickimi Związku Radzieckiego. Do ESA wstąpiliśmy jako trzeci kraj z Europy Środkowo-Wschodniej. Rumunia wstąpiła tuż przed nami, Czesi znacznie wcześniej. Ale trzeba też powiedzieć, że czeski premier jeździł do Brukseli i bardzo o to zabiegał. Obecnie w Pradze jest Agencja ds. Galileo Komisji Europejskiej. To kwestia lobbingu politycznego.
Wróćmy do rodzimego sektora kosmicznego.
Składają się na niego trzy rzeczy: sfera badawcza, przemysł i ci, co absorbują, czyli użytkownicy – obywatele, administracja itd. Sektor naukowy mamy dobrze rozwinięty – nawet nie będąc w ESA, byliśmy na jej wszystkich najważniejszych misjach. Zapraszano nas do udziału w budowie poszczególnych instrumentów, które buduje konsorcjum prowadzone przez jeden określony kraj. Ale jeśli on chce podzielić się kosztem, to zaprasza innych. U nas najczęściej takim partnerem było właśnie Centrum Badań Kosmicznych PAN. Nas tam naprawdę dobrze znają i cenią.
Jak to wygląda w kwestii przemysłu?
Przemysł wystartował dopiero teraz, z tej racji, że wcześniej nie było możliwości utrzymywania się z projektów kosmicznych, bo takich nie prowadziliśmy. Teraz jako członek ESA aplikujemy o granty tej agencji. Nasza roczna składka to 30 mln euro, z czego powinno do nas wracać 85 proc. Na razie jest to ok. 60 proc., ale pracujemy nad tym, by było lepiej.
Do tego dochodzą pieniądze z KE, a także te z narodowych programów kosmicznych. Nasz przemysł kosmiczny jest bardzo prężny, ale na razie mały. To zazwyczaj są niewielkie firmy, które same jeszcze nie wiedzą, na ile te fundusze kosmiczne pozwolą im chociażby utrzymywać zespoły przez dłuższy czas. Na Zachodzie jest tak, że tego typu firmy żyją z zamówień publicznych. Jak np. Francja chce zbudować satelitę, to budują go głównie firmy francuskie.
Trzecia część sektora kosmicznego to właśnie użytkownicy, czyli np. Ministerstwo Środowiska czy IMGW, które bardzo intensywnie korzystają z takich satelitów.
Obecnie w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju trwa ocena studium wykonalności budowy satelitów dla Polski. Docelowo mamy mieć dwa z prawdziwego zdarzenia. To jest realne, byśmy mieli taki sprzęt w 2020 r.?
Jeśli teraz zaczniemy jego budowę, to tak. Pewne elementy satelity potrafimy zbudować. Gdyby ktoś z zewnątrz, czy to z ESA, czy zagranicznych podmiotów mających takie doświadczenie, nadzorował cały ten proces, to pewnie byśmy dali radę. Jeśli wszystko będziemy robić sami, to ryzyko, że popełnimy błąd, jest większe. Satelita to produkcja dużej liczby podzespołów, a później złożenie tego w całość, w dobrze działający mechanizm. Nam brakuje specjalistów na poziomie analizy systemowej, czyli kontroli całości.
Moim zdaniem warto zaryzykować i zrobić jak najwięcej samemu. Ryzyko jest takie, że za pierwszym razem nie wszystko wypali, ale to najlepsza droga, by się tego nauczyć.
Alternatywa jest taka, że kupimy satelity za granicą.
Czym ma się zajmować POLSA?
Na pierwszym miejscu jest w tej chwili obronność i bezpieczeństwo. Drugie to działanie na rzecz państwa i administracji, czyli wszystkie serwisy dla ministerstw środowiska, rolnictwa itd. – to wszystko, co da się wycisnąć z danych satelitarnych. Trzeci element to konkurencyjność przemysłu. Ale to jest środek do tego, żeby rozwijać te dwa pierwsze cele.
Nasz przemysł jest młody. Te firmy dopiero zaczynają i nie potrafią się wykazać tym, co w ESA się bardzo ceni, czyli niezbędnym doświadczeniem. Chodzi o udokumentowane osiągnięcia w kosmosie – czyli to, że coś już lata, pracuje itd. W Polsce siłą rzeczy mają to tylko instytuty naukowe. Nasz problem to jak przekazać tę wiedzę z nauki do przemysłu.
ESA ma zasadę taką – finansuje tylko projekty innowacyjne, nie chce płacić za to, co już było zrobione. A my czegoś, co np. robiono 10 lat temu w Niemczech, nie potrafimy i chętnie byśmy się tego nauczyli. Jak to sfinansować? Do tego możemy wykorzystywać programy narodowe – np. jak wspominana budowa satelity. Airbus czy Thales mogą nam zbudować świetnego satelitę, ale wtedy my się nigdy tego nie nauczymy.
Na jakie projekty możemy pozyskiwać środki?
ESA nas wyprowadza na bardzo nowe odcinki, w których polskie firmy się dobrze odnajdują. My na przykład mamy pomóc w zbieraniu śmieci kosmicznych. Jedna firma skonstruowała specjalną sieć, która jest w stanie łapać śmieci bez większego udziału operatorów z Ziemi. Także nauka powinna się wyspecjalizować w tych dziedzinach, gdzie mamy bardzo dobrych naukowców, którzy skonsumują dane z tych instrumentów, które im zbuduje przemysł. My np. jesteśmy bardzo dobrzy w fizyce wysokich energii. Jest dużo zjawisk astronomicznych, które dają sygnały. Chodzi o to, by stawiać nie na wszystko, ale na pewne konkretne dziedziny.
Gdzie pan widzi polski sektor kosmiczny za pięć lat?
Sektor badawczy powinien się skupić na kilku dziedzinach, w których jesteśmy najlepsi.
Jeśli chodzi o przemysł, to w tej chwili mamy prawie 150 firm, które są zarejestrowane na stronach ESA i które mogą się ubiegać o granty. We Francji jest ich prawie 800. No ale oni mają budżet kosmiczny prawie sto razy większy. U nas są to na ogół małe firmy. Za pięć lat 20–30 z nich powinno okrzepnąć, czyli być w tym łańcuchu dostawców. W ESA jest tak, że jest trzech prime contractors (francuskie Airbus, Thales Alenia Space i niemieckie OHB) i to oni są liderami, jeśli chodzi o realizację tych największych kontraktów. Ale co ważne, te firmy muszą zlecić dalej co najmniej 60 proc. prac. Z nimi nie mamy szans konkurować. Musimy się nastawić na rolę średniaka, tak jak to robią firmy hiszpańskie.