O tym, że wiele można Ameryce zarzucić, lecz jednego należy jej zazdrościć. Pozostaje ojczyzną najbardziej optymistycznych ludzi na świecie. Nieprzypadkowo najbogatszych.
Potęga Ameryki nie wypływa z tego, że zamieszkuje ją naród mądrzejszy od innych, lecz że naród ten potrafi naprawiać swoje błędy” – tak przed prawie 200 laty pisał o Stanach Zjednoczonych Alexis de Tocqueville. Francuz przypłynął do USA, by na zlecenie paryskiego rządu opisać system więziennictwa, a z rozpędu opisał cały kraj. Jego dwutomowe dzieło „O demokracji w Ameryce” z miejsca stało się najważniejszym źródłem informacji o młodym państwie, któremu Europa bacznie się przyglądała.
Reklama
W centrum zainteresowania znajdował się także amerykański optymizm, którego stonowana emocjonalnie Europa Nowemu Światu zazdrościła, lecz zrozumieć go nie mogła. Bo czyż wiara w to, że nie ma nic niemożliwego, nie graniczy z dziecięcą naiwnością? Bo kto inny może trwać przy przekonaniu, że każdy jest kowalem własnego losu, a ciężka praca zawsze się opłaci, jeśli nie dziwacy? W czasach Tocqueville’a Ameryka była państwem młodziutkim, liczyła ledwie pięć dekad, więc jej niespożytą energię tłumaczono tym, że jest w fazie intensywnego wzrostu. Do tego, wykaraskawszy się w końcu z wojen z Wielką Brytanią i Hiszpanią prowadzonych na początku XIX w., rzuciła wszystkie swoje siły na podbój prerii Zachodu. Łatwo jest być optymistą, konkludowali mieszkańcy Starego Kontynentu, jeśli przy odrobinie odwagi i ryzyka nawet obdartus może stać się właścicielem fortuny, jakiej w Europie nie oglądałby nawet w snach. W salonach Paryża, Londynu i Wiednia dywagowano, że z czasem amerykański optymizm na pewno wyhamuje, a kto wie, może wichry historii zdmuchną z powierzchni ziemi cały ten eksperyment Ameryką zwany.

Reklama
Eksperyment przetrwał i przetrwał przedmiot sporu. Są historycy, którzy uważają, że Ameryka wyrosła na potęgę dzięki temu, że zachowuje optymizm. Czytelnicy Tocqueville’a już w czasach mu współczesnych wyciągali na podstawie jego obserwacji wniosek, że amerykańskiego optymizmu nie można mierzyć miarką tą samą, co gdzie indziej na świecie, bo ma on inną naturę. To nie indywidualna postawa, lecz część amerykańskiego światopoglądu, wartość, wokół której budują się kultura i obyczajowość. Element tożsamości.
Jak hartował się amerykański optymizm
Wiara we własne możliwości stanęła u podwalin zrywu wolnościowego, który w 1776 r. zakończył się wyswobodzeniem kolonii amerykańskich spod władzy Wielkiej Brytanii. Architekci amerykańskiego państwa, sygnatariusze Deklaracji niepodległości, przystąpili do jego budowy ze szczegółowym planem w ręku. Jako że wszyscy byli wychowankami epoki oświecenia, zapatrzonej w sprawczą moc nauki i pracy, debata nad tym, czy charakter nowego państwa też da się uformować, zajmowała w ich debatach centralne miejsce.
Filozofem od „charakteru narodowego” był zwłaszcza Thomas Jefferson. Niemal obsesyjnie zastanawiał się nad tym, w jaki sposób żywy organizm, a za taki uważał państwo, może przezwyciężyć klątwę cykliczności. Czyli oprzeć się naturalnemu prawu przemijania. Bo tam, gdzie są narodziny, musi być też starość, a w końcu musi nastąpić śmierć.
Jefferson doszedł do wniosku, że konieczne dla rzucenia wyzwania agonii jest zachowanie przez państwo młodzieńczej witalności oraz optymizmu – naturalnych źródeł siły i inwencji, a wrogów indolencji i zobojętnienia, które cechują starość i sprowadzają śmierć. Nieprzypadkowo w Deklaracji niepodległości znalazł się zapis o tym, że Bóg obdarzył każdego człowieka „pewnymi nienaruszalnymi prawami, (...) w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście” (cytat za „Encyklopedią historii Stanów Zjednoczonych Ameryki”, A. Bartnicki, K. Michałek, I. Rusinowa, Warszawa 1992 r.). „Swoboda” ma tu kluczowe znaczenie. Wskazuje, że choć szczęście samo w sobie nie jest naturalnym prawem przysługującym człowiekowi, to jednak człowiek ma prawo go szukać. Optymizm i determinacja są niezbędne, by poszukiwania te się udały.
Jefferson oraz pozostali ojcowie założyciele wiedzieli, że zasianie ziarna takiego myślenia właśnie w Ameryce ma wielką szansę na rozkwit. Nowo rodzące się państwo było zdominowane kulturowo i obyczajowo przez idee protestanckie, i to w ich skrajnym wydaniu. Purytanie stawiali przed sobą obowiązek ciężkiej codziennej pracy i „dorobienia się” jako koniecznego warunku uzyskania zbawienia. Wierzyli, że Bóg wyznacza każdemu cel w życiu i należy ten cel znaleźć oraz zrealizować, bez względu na trudności. Bierność i lenistwo potępiano jako przywary szatana, zaś pesymizm piętnowano w szczególności, bo urągał jednemu z najważniejszych dla purytanów dogmatów: że pomyłka jest rzeczą ludzką, ale naprawienie błędu wolą boską.
– Pesymizm, a nawet jego lżejsza odmiana – defetyzm, nie wpisują się w model amerykańskiej religijności, która wciąż pozostaje silna i wyróżnia ten kraj na tle innych rozwiniętych narodów – mówi mi Patrick Allitt, profesor historii USA na Uniwersytecie Emory w Atlancie. – Ale to właśnie dzięki temu poczucie misji oraz towarzyszący mu duch przedsiębiorczości pozostają w Ameryce tak żywotne. Bo jaki inny naród tak szczerze jak Amerykanie wierzy, że wszystko na świecie, w tym inni ludzie, tylko czekają, by ich zmienili, nagięli do własnych celów i oczekiwań? Amerykanie tego od innych oczekują i, co ciekawe, nie zawodzą się – wyjaśnia.
Gdy szukamy przykładu, kiedy w historii optymizm tak wyraźnie napędzał rozwój kraju, na myśl przede wszystkim przychodzą lata powojenne, okres nazywany dziś złotą erą amerykańskiego kapitalizmu. Żaden kraj nie roztoczył przed sobą tak kompleksowej i śmiałej gospodarczo wizji odbudowy i postępu co Ameryka. W „pogoni za szczęściem” Amerykanie zaczęli masowo przeprowadzać się ze wsi do miast, przy okazji napędzając rozwój wszystkich dziedzin gospodarki. Weterani wojenni, zakładający rodziny i szukający sposobów na zapewnienie im bytu, masowo inwestowali w edukację, przyczyniając się do rozwoju szkolnictwa średniego i wyższego. Intensywny rozwój technologiczny (lotnictwo pasażerskie, telekomunikacja, badania i podbój kosmosu), w które inwestował amerykański rząd, umacniały w Amerykanach przeświadczenie, że ich kultura, styl życia oraz wartości rzeczywiście dominują nad innymi. Jako że wciąż pozostawali jednak wierni purytańskiej idei o konieczności pracy i obowiązku czynienia użytku z otrzymanych od Stwórcy talentów i umiejętności, nie osiadali na laurach. Tylko jeszcze bardziej pracowali. Zwieńczeniem tej epoki było lądowanie człowieka na Księżycu 20 lipca 1969 r.
Kluczowymi czynnikami wzrostu ekonomicznego w tym okresie stały się oczywiście rosnąca konsumpcja i rozwój rynku kredytowego. Ani jedno, ani drugie nie byłoby możliwe, gdyby statystyczny Amerykanin nie patrzył na świat i swoją przyszłość przez różowe okulary.
Jak optymizm oliwił tryby reaganomiki
Optymizm odegrał także ważną rolę w czasach nam bliższych – za prezydentury Ronalda Reagana. Od końca lat 70. ubiegłego wieku Ameryka przegrywała z inflacją (11,3 proc. w 1980 r.), rekordowo wielkie rzesze ludzi pozostawały bez pracy (ponad 7 proc.), a Związek Radziecki podkręcał retorykę konfliktu.
Na czułej stronie narodowego optymizmu Reagan postanowił zagrać już w momencie przyjmowania partyjnej nominacji w 1980 r. Podczas konwencji powiedział: „Nie będę stał i patrzył, jak nasza ojczyzna rozsypuje się pod rządami nieudolnych liderów, zatracając siłę i kierunek rozwoju. Oto czas, byśmy znów wzięli swój los we własne ręce”. Później, już jako prezydent, uwielbiał witać się z narodem słowami: „Oto wstał w Ameryce kolejny piękny poranek”, zachęcając, by rodacy świadomie koncentrowali się na tym, co pozytywne.
Rozwiązania ekonomiczne Reagana oparte na idei rynkowej deregulacji i teorii nazwanej trickle-down economics (bogacenie się jednostek wzbogaca całe społeczeństwo) stanowiły, jak wiadomo, znaczne odstępstwo od realizowanej do czasów prezydenta Roosevelta polityki egalitaryzmu, większego zaangażowania rządu w życie społeczne i gospodarcze kraju. Amerykanie dali jednak reaganomice szansę, bo tak dyktował im wewnętrzny optymizm. Skoro mamy „popsuty kraj”, trzeba go jak najszybciej „naprawić”, dajmy więc szansę pomysłom, choćby najbardziej szalonym, których jeszcze nie próbowaliśmy.
Teoria, że optymiści są większymi ryzykantami, lecz ekonomia na tym zyskuje, została niedawno potwierdzona przez naukowców. W latach 2004–2010 zespół badaczy pod kierownictwem politologa Stefano Bartoliniego z European University Institute we Florencji przyglądał się losom kilkunastu firm w różnych państwach w Europie. Okazało się, że szefowie optymiści podejmowali więcej ryzykownych decyzji, co przekładało się na większe inwestycje, a w efekcie ich firmy rozwijały się i bogaciły szybciej niż u konkurentów zarządzających swoimi przedsiębiorstwami bardziej ostrożnie.
Profesor Patrick Allitto dodaje, że Reagan po mistrzowsku umiał też odwoływać się do kultu samodoskonalenia się, który jest w Ameryce normą kulturową traktowaną z niemal taką samą nabożnością co optymizm. – Koncept stawiania przed sobą celów i ich realizacja, myślenie, że wszystkiemu można sprostać przy odpowiednim nakładzie pracy i wytrwałości, jest dla Amerykanów święty. To ich obowiązek jako patriotów, jako parafian protestanckiej wspólnoty i obywateli szanujących konstytucję. Nie wiem, czy innemu narodowi udałoby się tak szybko przekształcić dzikie, śródkontynentalne prerie w spichlerz świata, a Amerykanie, właśnie dlatego, że wierzyli, że dadzą radę, dokonali tego zaledwie w 20 lat, między rokiem 1865 a 1885 – dodaje Allitt.
Reagonomika dźwignęła amerykańską gospodarkę z zapaści i nadała jej kurs, który owocował imponującym wzrostem niemalże do końca ubiegłego stulecia. Co prawda o jej faktyczną wartość eksperci będą się zapewne długo spierać, bo wiemy, że część jej spuścizny ukazała swoje prawdziwe oblicze dopiero dekadę później – i niestety nie był to przyjemny widok (np. skutki deregulacji sektora finansowego). Ale nie ma wątpliwości, że zadziałała, bo jej tryby oliwił optymizm. Przecież samo obniżenie podatków – filar reagonomiki – nie rozruszałoby tak gospodarki, gdyby nie wiara Amerykanów, że przyszłość będzie lepsza i można zwiększony dochód wydać na doraźne potrzeby, zamiast chować w skarpetę czy trzymać na koncie.
Wreszcie, jak podkreślają eksperci, optymizm wpływa korzystnie na amerykańską gospodarkę również przez to, że sprzężony jest z populizmem. Mechanizm tego specyficznego przymierza działa tak: po każdym okresie desperacji spowodowanej krachem ekonomicznym bądź recesją Amerykanie pchani wspomnianym już poczuciem, że „kraj jest zepsuty, trzeba go naprawić”, kierują swoją uwagę ku politykom populistycznym. Politykom głoszącym, że to, co niemożliwe, jest jak najbardziej możliwe, a problem leży jedynie w politycznej korupcji i braku woli ze strony rządzących. Następnie do powszechnej debaty nad przyszłością kraju zaczynają przenikać scenariusze często wręcz fantastyczne, które jednak sprawiają, że nastrój zniechęcenia i desperacji zaczyna mijać. W miarę rozwoju kampanii fantastyka umiera śmiercią naturalną, ale nigdy do końca. Czując oddech wyborcy na plecach, politycy poddają radykalne propozycje obróbce i po upływie czasu zostają one wcielone w życie, generując zmiany konieczne do ponownego rozruszania gospodarki.
Przykłady? Gdyby nie ruch populistów z końca XIX w. walczących m.in. o prawa farmerów, upaństwowienie kolei i telefonii oraz występujących przeciwko spekulantom bankowym, nie doszłoby na początku XX w. do regulacji systemu finansowego, powstania Rezerwy Federalnej i uchwalenia w 1907 r. Aktu Tillmana, który oczyścił politykę z bezpośrednich korporacyjnych dotacji. Początek XX w. w Ameryce znany jest dzisiaj pod nazwą ery progresywnej. Po wielkiej depresji Ameryka odżyła w ramach programu „New Deal”, który wziął sporo pomysłów ze sztambucha XIX-wiecznych populistów. Za wprowadzenie emerytury federalnej, Social Security, republikanie odżegnywali od czci i wiary prezydenta Roosevelta, a kręgi radykalnych konstytucjonalistów uznawały ją za bluźnierstwo przeciwko ideałom konstytucji. W latach 70. XX w. Kalifornia wcieliła w życie reformę podatkową autorstwa populisty Howarda Jarvisa, zagorzałego przeciwnika rządu federalnego podatku dochodowego. Progi podatkowe zostały obniżone, a nowe prawo skutecznie broniło je przed zbyt szybkim ponownym podniesieniem. Zanim okazało się, że taka polityka jest zgubna dla sektora publicznego, Kalifornia przez ćwierć wieku kwitła i była symbolem ekonomicznego sukcesu.
Jak optymizm po raz kolejny uratuje Amerykę
Czy wrodzony Amerykanom optymizm i dzisiaj pomaga im w wyjściu z kryzysu gospodarczego? Zdania są podzielone choćby z tego powodu, że wielu ekspertów twierdzi, iż po ostatniej recesji Amerykanie już nigdy nie będą takimi optymistami jak kiedyś. Potwierdzać to mają badania, wedle których najmłodsze pokolenia po raz pierwszy w historii nie dorobią się tak bardzo jak ich rodzice, a większość narodu jest zdania, że kraj zmierza ku ekonomicznej i cywilizacyjnej przepaści.
Gdy jednak przyjrzeć się tym badaniom bardziej, rzuci się w oczy, że na tle reszty zachodniego świata, a zwłaszcza Europy, Amerykanie wciąż zachowują najwyższy poziom optymizmu. Na pytanie: czy masz dzisiaj dobry dzień? (badania ośrodka Pew Research Center 2015 r.) pozytywnie odpowiada ponad 40 proc. Amerykanów, podczas gdy średnia w Europie wynosi poniżej 20 proc. Odsetek Amerykanów zgadzających się z tezą, że ciężka praca jest niezbędna, by do czegoś w życiu dojść, wynosi 73 proc. (średnia światowa to 50 proc., ci zaś, którzy kategorycznie nie zgadzają się z poglądem, iż o ich losie przesądzają czynniki od nich niezależne, to niemal 2/3 amerykańskiego społeczeństwa (średnia światowa to 38 proc.). Dane ekonomiczne też mówią za siebie. Od kilku lat amerykańska gospodarka rośnie o 2,5–3,5 proc. w skali roku, dwa razy szybciej niż Unia Europejska i aż czterokrotnie szybciej niż Japonia. Bezrobocie waha się w granicach 5–7 proc., a w ubiegły rok przeszedł nawet do historii jako ten, kiedy to rynek pracy stworzył drugą najwyższą od 1999 r. liczbę nowych miejsc zatrudnienia (2,5 mln według CNNMoney).
Czyżby więc gremialne malkontenctwo wychwytywane przez sondaże było tylko kolejną chwilą desperacji? Profesor Allitt nie ma co do tego wątpliwości. – Jestem w tej sprawie optymistą. Kampania prezydencka dowodzi, że znaleźliśmy się w punkcie, gdy do głosu doszli populiści. Piętnują establishment za opieszałość w rozwiązywaniu problemów hamujących rozwój gospodarczy: kosztów opieki medycznej i edukacji, outsourcingu miejsc pracy, nielegalnej imigracji. Jeśli historia się powtórzy, a nie ma powodów w to wątpić, politycy wezmą się w końcu do pracy, pojawią się reformy i gospodarka znów na tym skorzysta – uważa profesor Allitt.
Jeśli o mnie chodzi, to ryzykuję i wierzę mu na słowo. Postronny obserwator, jak dowiódł tego już de Tocqueville, często widzi horyzonty, które człowiekowi z wewnątrz zasłaniają ściany jego własnego domu. Profesor Patrick Allitt jest Brytyjczykiem i przygląda się Ameryce oraz bada jej historię od ponad 30 lat.