Od poniedziałku BOR prowadzi postępowanie wyjaśniające w tej sprawie.
Jak poinformował we wtorek PAP rzecznik biura Dariusz Aleksandrowicz, ma ono odpowiedzieć na szereg pytań, m.in. dlaczego o zmianie programu wizyty prezydenta poinformowano polskich funkcjonariuszy w ostatniej chwili i z powodu czyjego błędu ich samochód znalazł się w zbyt dużej odległości od auta, którym jechał L. Kaczyński.
Kamiński pytany we wtorek przez dziennikarzy czy prezydent ma pretensje do BOR-u za zaistniałą sytuacją odparł, że "absolutnie nie".
"Pan prezydent nie ma żadnych uwag do Biura Ochrony Rządu. Uważa, że jego oficerowie zachowali się profesjonalnie w ramach możliwości, jakie mieli" - zapewnił.
"Proszę zrozumieć, jak wyglądała sytuacja, uformowana została kawalkada samochodów, zazwyczaj tak się dzieje w każdym kraju"
Na pytanie czy ktoś z otoczenia prezydenta informował BOR, jak będzie wyglądała trasa przejazdu prezydentów Kamiński odpowiedział, że nikt nie mógł tego zrobić, ponieważ o trasie "wiedział wyłącznie" prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili.
Jak dodał, o fakcie jazdy do punktu kontrolnego przy granicy z Osetią Południową Saakaszwili poinformował "już kiedy panowie prezydenci byli w samochodzie".
Kamiński przypomniał, że samochód prezydencki był oznakowany flagami, po jednej stronie była flaga polska, a po drugiej gruzińska. Dopytywany, czy BOR sprzeciwiało się planowi zmiany trasy przejazdu powiedział, że nie miało takiej możliwości.
"Proszę zrozumieć, jak wyglądała sytuacja, uformowana została kawalkada samochodów, zazwyczaj tak się dzieje w każdym kraju, nie tylko w Gruzji za trasę przejazdu odpowiada strona przyjmująca" - mówił Kamiński.
Jak opowiadał, wszyscy, także oficerowie BOR i prezydenccy ministrowie, jechali w jednej kolumnie i nie wiedzieli dokąd ona się udaje, ponieważ na jej przedzie "byli panowie prezydenci, którzy podjęli decyzję w trakcie ich rozmów".
"Zresztą to się zmieniało, to była wąska droga, samochody jechały raz obok siebie, raz się ustawiały gęsiego, to była płynna sytuacja"
W poniedziałek w TVN24 szef BOR gen. brygady Marian Janicki powiedział, że w "feralnym momencie" nie było nikogo z polskiej ochrony przy prezydencie, była "tylko i wyłącznie ochrona gruzińska".
Według informacji podanych przez Janickiego, "samochód polskiej ochrony w pewnym momencie został praktycznie 300 metrów" za samochodem prezydenta. Zdaniem generała niedopuszczalne było również wyprzedzenie kolumny wozów przez auto wiozące dziennikarzy.
Pytany o tę wypowiedź Kamiński powiedział, że nie wie, ile metrów za samochodem prezydenta był samochodów z ochroną. "Zresztą to się zmieniało, to była wąska droga, samochody jechały raz obok siebie, raz się ustawiały gęsiego, to była płynna sytuacja" - opowiadał.
W niedzielę po południu w Gruzji konwój samochodów z prezydentami Kaczyńskim i Micheilem Saakaszwilim został zatrzymany przy granicy z Osetią Południową. W pobliżu rozległy się strzały. Nikomu nic się nie stało. Kolumna samochodów miała jechać z lotniska w Tbilisi do jednego z osiedli przy granicy z Osetią Płd. Po incydencie prezydenci wrócili do Tbilisi.