Prawnicy, politycy, dziennikarze, intelektualiści i przedsiębiorcy mogą się różnić między sobą jak kangur z jeżem, mogą głosować na Petru czy na Razem, ale wciąż łączy ich, często nieuświadomiona, pogarda dla rezydujących w dołach społecznych jaskiniowców.
Podparta na łapach małpa. Przed nią przygarbiony australopitek. A na czele, jako uwieńczenie ewolucji, wyprostowany niczym struna homo sapiens — oto główni bohaterowie ryciny „Marsz rozwoju” Zallingera. Słynna rycina obrazuje teorię Darwina – jednak dziś można jej z powodzeniem użyć jako ilustracji światopoglądu naszej co lepszej klasy średniej: lekarzy, prawników, dziennikarzy, menedżerów i innych „wygranych systemu”.
Jak to? Ano tak: ten piękny pan z przodu to, według klasy średniej, właśnie klasa średnia. Troglodyta za nim to stadium poprzednie ewolucji, klasa niższa, człek biedny, lud, masa, chłop, robotnik. Niby i nam, i im udało się zleźć z drzewa – myśli sobie jeden z drugim warszawski prezes czy redaktor, patrząc z okna biurowca na poranny tłum sklepowych, tramwajarzy i bezrobotnych – ale trudna prawda jest taka, że jedni mają do małpy bliżej, inni dalej. My, pochłaniający sushi zwycięzcy ewolucji w garniturach, jesteśmy racjonalni, bezwłosi, rozsądni. A oni? Prości, impulsywni, poruszają się w stadzie. Lepiej nie podchodzić zbyt blisko, bo jeszcze użrą w rękę albo nasikają na buty.