Wyobraźmy sobie, że premier Beata Szydło została porwana. (Tu zaznaczam: nie wzywam do porwania nikogo, a już na pewno nie premier rządu. Tłumaczę się również: filozofowie mają to do siebie, że wymyślają różne dziwaczne sytuacje, żeby zilustrować to i owo. To właśnie taka ilustracja! Dodaję, by nie było wątpliwości: Nie porywajmy! Porwania są złe. Kto porywa, ten trąba).

A więc porwano premier Szydło, zachloroformowawszy ją uprzednio podczas porannego spaceru po bułki. Budzi się premier Szydło po kilku godzinach. Bułek ani śladu, a poza tym nie może się ruszyć. Jest przywiązana do czegoś, co wygląda jak łóżko szpitalne. Rozgląda się dookoła – obok niej leży nieprzytomny mężczyzna. Wygląda na to, że połączono ich siecią rurek i kabli. Z wenflonu premier Szydło płynie chyba do mężczyzny jej własna krew! Jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji premier Szydło zaczyna krzyczeć. Od razu otwierają się drzwi; do sali wpada grupa osób. Wyglądają dziwnie sympatycznie, twarze mają inteligentne, jeden trzyma nawet flet, drugi tubę i aż się przekrzykują, żeby wszystko premier Szydło wyjaśnić.

Pozostało 91% treści
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną subskrypcją Premium.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące


Możesz anulować w dowolnym momencie.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381557mega.png
©℗

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.