Wybory do Senatu pogłębiły upartyjnienie izby wyższej

10 października 2011

Wyniki wyborów do Senatu nie stanowią zaskoczenia, okręgi jednomandatowe wymuszają upartyjnienie izby wyższej parlamentu, zaskakujące jest raczej, że mandaty uzyskało kilku kandydatów niezależnych - uważają eksperci, z którymi rozmawiała PAP.

W Senacie PO będzie miała 63 przedstawicieli, PiS - 31, PSL - 2, Obywatele do Senatu - 1. Do Senatu dostało się także trzech kandydatów niezależnych - Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz i Kazimierz Kutz. W niedzielę senatorowie po raz pierwszy byli wybierani w 100 jednomandatowych okręgach wyborczych.

"Należało się spodziewać tego, że w wyborach do Senatu zwyciężą kandydaci wystawiani przez partie; ktoś, kto się spodziewał, że będzie inaczej, żył raczej w krainie złudzeń, nie wiedząc, jak takie systemy funkcjonują w innych krajach" - powiedział PAP socjolog z UJ dr Jarosław Flis.

Jak dodał, jest zaskakujące, że na sto miejsc dostało się do Senatu aż sześciu kandydatów, którzy nie startowali oficjalnie jako kandydaci jednej z dwóch największych partii. "Moim zdaniem mogło być gorzej; w ponad dziewięciu przypadkach na dziesięć potwierdza się reguła, że ten, kto wygrywa w Sejmie, wygrywa także w Senacie" - zaznaczył Flis.

Zdaniem politologa prof. Radosława Markowskiego z PAN i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie dysproporcjonalność rezultatów wyborów do Senatu jest ogromna. "Poparcie rzędu 40 proc. dla danej partii przekłada się w wyborach jednomandatowych do Senatu na ponad 60 proc. udziału tej partii w izbie wyższej" - powiedział.

Według Markowskiego, jeśli ten system wyłaniania kandydatów do Senatu zostanie utrzymany w kolejnych wyborach, dominująca partia będzie uzyskiwać ponad 80 proc. mandatów w tej izbie. "Senat jest po to, żeby spowalniać proces legislacyjny, być izbą namysłu; ale może to robić kiedy jest reprezentatywny" - zaznaczył politolog. Dlatego, jak dodał, właściwym kierunkiem zmian powinno być wprowadzenie pełnej reprezentatywności wyborów do Senatu, tak aby znaleźli się w nim przedstawiciele ugrupowań uzyskujących poniżej 5 proc. poparcia.

Markowski wskazał również, że oprócz PO i PiS, pozostałe ugrupowania nie wystawiły swych kandydatów w wielu z okręgów, co ograniczyło możliwość ich większej reprezentacji w Senacie. Dodał, że zjawisko to będzie pogłębiać się i za cztery lata w wielu okręgach wyborcy będą mogli wybierać tylko spośród dwóch kandydatów największych partii.

PSL zdobyło mandaty tam, gdzie "wcisnęło się pomiędzy PO i PiS

Z kolei Flis odnosząc się do sukcesów niektórych spośród kandydatów nienależących do PO i PiS wskazał, że PSL zdobyło mandaty tam, gdzie "wcisnęło się pomiędzy PO i PiS rywalizujące ze sobą w swoich matecznikach tzn. w Chełmie i w Ostrowie Wielkopolskim". "To są też bardzo małe okręgi, co chyba pomogło PSL-owi" - powiedział.

"Ponadto w trzech przypadkach mamy osoby znane, na takiej politycznej emeryturze, które, choć nie startowały z list partyjnych, to jednak były popierane przez partię rządzącą, a ich konkurenci byli mniej znani, czyli przypadek Cimoszewicza, Borowskiego i Kutza" - mówił. Dodał, że w rzeczywistości byli oni kandydatami międzypartyjnymi.

Jak zaznaczył, "widać też, że ruch Obywatele do Senatu przecenił swoje siły". "Próbowali, i to bardzo dobrze, niech kocioł demokracji będzie pod parą, ale okazało się, jak jest trudno wysadzić z siodła kandydata partii zwycięskiej w kraju i do tego wystawiającej znanego kandydata w danym okręgu" - powiedział Flis.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: PAP

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.