Letni monsun jest jednym z głównych motorów indyjskiej gospodarki. W czasie jego trwania na Indie spada 90 proc. rocznych opadów deszczu. Korzysta na tym rolnictwo, w którym pracuje 70 proc. z ponad miliarda mieszkańców Indii. Gdy w 2009 roku monsun się spóźnił, na kraj padł blady strach, bo w wielu regionach zapanowała susza i było jasne, że zbiory będą gorsze, co groziło wyższymi cenami żywności i spowolnieniem wzrostu PKB. Rolnictwo wypracowuje jedną szóstą indyjskiego produktu krajowego brutto.

Jeśli deszcz pada obficie i prognozy zbiorów są optymistyczne, analitycy rynku złota zacierają ręce, poniewaź zyski hinduscy chłopi lokują najchętniej w tym szlachetnym kruszcu. To dla nich najtwardsza waluta, najlepsze zabezpieczenie ciężko wypracowanego majątku. Poza tym im mieszkańcy Indii są bogatsi, tym bardziej wystawne organizują wesela.

To właśnie sezon ślubów rozpoczynający się w Indiach na przełomie października i listopada jest dla rynku jubilerskiego najważniejszy. Hinduska panna młoda obowiązkowo musi być obwieszona złotem. Im bardziej, tym lepiej, bo świadczy to o statusie społecznym rodziny. Bywają śluby, na których oblubienica miewa na sobie nawet 200 gramów złota.

Sezon ślubów trwa – z krótkimi przerwami – do maja następnego roku. Rocznie w Indiach organizowanych jest kilka milionów wesel. Nic więc dziwnego, że to w rytm indyjskiej pogody do niedawna kształtowały się notowania złota. Zaraz po monsunie – zwłaszcza obfitym – ceny rosły, bo było jasne, że Hindusi ruszą na zakupy. Ci, którzy dobrze znają hinduską kulturę byli w stanie przewidzieć co do dnia wzrost zapotrzebowania na złoto jubilerskie. Wynika to z hinduskiego kalendarza – są w nim daty, gdy podejmowane decyzje muszą okazać się wyjątkowo szczęśliwe i żadna zła karma nie jest w stanie tego zmienić. W tym roku jedną z takich dat był 16 maja, święto Akshaya Tritiya. W kulcie Wisznu to idealny moment na rozpoczęcie nowych przedsięwzięć. Tego dnia w samym tylko Bombaju odbyło się 50 tys. ślubów, dzięki którym sklepy jubilerskie zwielokrotniły obroty. W takich chwilach (w hinduskim kalendarzu jest tylko pięć takich dat) cena złota nie ma znaczenia.

Może o tym świadczyć tegoroczna wielkość zakupów w Indiach. Od stycznia do czerwca Hindusi kupili już 270 ton kruszcu – około jednej trzeciej światowego popytu jubilerskiego. Gdy między kwietniem a czerwcem cena uncji osiągnęła historyczny poziom 1258 dolarów, w Indiach nabyto 123 tony złota. To tylko 2 proc. mniej niż rok wcześniej, tymczasem jubilerzy na całym świecie wstrzymywali się z zakupami, co spowodowało spadek popytu w tej części rynku o 5 proc. Indyjski wynik wcale nie był zły, jeśli dodatkowo nałożyć na niego osłabienie rupii wobec dolara. Licząc wartość sprzedaży w lokalnej walucie, wzrosła ona aż o 20 proc.

Dziś Indie są bezsprzecznie największym światowym konsumentem złota. Run zaczął się w XVII wieku, gdy zaczęli je tam zwozić Brytyjczycy. Hindusi pokochali złoto tak bardzo, że gdy po wojnie z Chinami w 1962 roku zakazano im oficjalnego posiadania złotych sztabek (konflikt poważnie nadszarpnął rezerwy dewizowe Indii), potrafili przemycić nawet 20 ton metalu rocznie.

Zależność cen złota od pory monsunów na Półwyspie Indyjskim jest jednak słabsza z roku na rok. To kolejny znak naszych czasów: od trzech – czterech lat ton światowemu rynkowi metali szlachetnych zaczęli nadawać inwestorzy finansowi. To oni dziś decydują o notowaniach kruszcu, a skarbce niektórych funduszy inwestycyjnych mają więcej złota niż banki centralne.

– Dodatkowym czynnikiem, który może mieć wpływ na ceny złota, będzie dokupywanie kruszcu przez banki centralne. Np. Chiny, które mają duży poziom rezerw walutowych, ale udział złota w nich nadal pozostaje stosunkowo niewielki. Jest duże prawdopodobieństwo, że Indie i Chiny będą kupować złoto z rynku, przez co zawyżą cenę – mówi Filip Fertner, prezes spółki e-monety sprzedającej m.in. złoto lokacyjne.