Administracja Trumpa zerwała z traktowaniem Chin jako państwa, które można zachęcić do odpowiedzialnego zachowania.
Reklama
Doktryna Trumpa została nazwana America First, po pierwsze Ameryka. Gdyby 3 listopada udało mu się wygrać kolejne wybory, dostałby ogromny mandat do kontynuowania takiej dyplomacji. Zarówno sojusznicy, jak i wrogowie USA musieliby się do tego przyzwyczaić. Ale mogą oni też szukać zastępczych rozwiązań i alternatywnych sojuszów, bez oglądania się na Amerykę, co w wieloletniej perspektywie może się skończyć izolacją Waszyngtonu. Tym bardziej że prezydent może chcieć podczas drugiej kadencji zrealizować to, o czym wielokrotnie mówił, czyli wycofać amerykańskie wojska z Korei Południowej i Japonii oraz wystąpić z NATO.
Jak w praktyce wyglądałaby dyplomacja Trumpa po 20 stycznia 2021 r.? Aby zrozumieć, że Trump radzi sobie z Chinami inaczej niż wszyscy jego poprzednicy od czasów Richarda Nixona, trzeba przyjrzeć się, jak George W. Bush i Barack Obama zbliżali się do Pekinu. Obaj chcieli, by Chiny stały się „odpowiedzialnym interesariuszem”. To osobliwie amerykańskie określenie oznacza, że obaj prezydenci mieli nadzieję, iż Pekin będzie przestrzegał globalnych zasad gry we wszystkich dziedzinach od handlu przez sprawy wojskowe po stosunki międzynarodowe. Zamiast grozić Chinom zmuszeniem do zaprzestania takich działań, jak: obchodzenie zasad handlu międzynarodowego, kradzieże własności intelektualnej i bolesne łamanie praw człowieka w kraju, strategia ta polegała na rozwijaniu bliskich więzi gospodarczych z Chinami i zachęcaniu ich do większej integracji z gospodarką światową w nadziei, że dzięki temu Pekin zacznie działać w sposób bardziej odpowiedzialny, co byłoby w jego własnym interesie.
Administracja Trumpa uznała tę politykę za ogromną porażkę. – Co Amerykanie mają do pokazania teraz, po 50 latach od zaręczyn z Chinami? – pytał w lipcu szef dyplomacji Mike Pompeo na spotkaniu w Bibliotece i Muzeum Prezydenckim Richarda Nixona. – Stary paradygmat się wypalił. Nie możemy go kontynuować i nie możemy do niego wrócić. Wolny świat musi triumfować nad tą nową tyranią – dodał. Problem polega na tym, że środek zaradczy administracji Trumpa na chińską ekspansywność i łamanie zasad opierał się prawie wyłącznie na jednostronnej konfrontacji. Sensowne jest więc założenie, że druga kadencja Trumpa będzie oznaczała kontynuację agresywnego podejścia do Chin. Ale ten potężny gracz ma zdolność do uderzenia w Amerykę tam, gdzie boli, jak to już ma miejsce w przypadku rolnictwa. To może zniechęcić prezydenta do ciągłej agresji w ciągu najbliższych czterech lat. Którąkolwiek drogę wybierze Trump, ma to ogromne znaczenie dla wszystkich, w tym dla Europy, bo relacje USA–Chiny są najważniejszym bilateralnym układem na świecie.

Reklama
Z kolei żeby zrozumieć politykę obecnego prezydenta wobec Bliskiego Wschodu, trzeba zerknąć do przygotowanej w Białym Domu w 2017 r. mapy drogowej dotyczącej bezpieczeństwa narodowego. „Od pokoleń konflikt między Izraelem a Palestyńczykami był rozumiany jako główny czynnik uniemożliwiający osiągnięcie pokoju i dobrobytu w regionie. Dzisiaj zagrożenia ze strony organizacji terrorystycznych Iranu powodują, że Izrael nie jest przyczyną problemów regionu. Państwa arabskie coraz częściej mają wspólne interesy z Izraelem w konfrontacji ze wspólnymi zagrożeniami” – napisano w dokumencie. Innymi słowy, Trump w pierwszej kadencji widział politykę USA wobec regionu przez pryzmat tarć z Iranem i wspierania Izraela, którego premier Binjamin Netanjahu chce, aby USA skonfrontowały się z Teheranem. Dlatego pomysł, że Trump będzie w stanie szybko zawrzeć nową umowę nuklearną z Iranem, jeśli zostanie ponownie wybrany, jest fantazją, o ile USA nie zmienią zasadniczo swojego stanowiska.
Reżim ajatollahów miałby większą motywację, aby usiąść do stołu negocjacyjnego, wiedząc, że ma przed sobą kolejne cztery lata urzędowania Trumpa. Ale bycie gotowym do rozmów nie oznacza spełnienia wymagań, które wysunęła administracja USA, a które dla Iranu są zasadniczo niewykonalne. Dlatego spora część ekspertów jest zdania, że za drugiej kadencji obecnego prezydenta napięcie na tej linii tylko by wzrosło. Dla Trumpa gwarantem spokoju na Bliskim Wschodzie jest i będzie Arabia Saudyjska, która odegrała kluczową rolę w niedawnym porozumieniu Bahrajnu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich z Izraelem. Prezydent USA na pierwszą podróż zagraniczną wybrał Rijad, żeby ogłosić tam wartą ponad 100 mld dol. umowę o sprzedaży różnego rodzaju broni Saudyjczykom. Rodzina Trumpów zdaje się wręcz emocjonalnie związana z saudyjskim dworem królewskim. Podobnie jak z władzami Izraela, przy czym władze w Jerozolimie od dekad utrzymują w Waszyngtonie silne lobby, które wpływa zarówno na demokratów, jak i republikanów, a zażyłość z Rijadem pojawiła się dopiero za Trumpa.
Polski rząd w czasie ewentualnej drugiej kadencji Trumpa powinien przyglądać się temu, jak Amerykanie traktowali nas w przeszłości i jak mozolnie idą negocjacje w sprawie zwiększenia amerykańskiego kontyngentu na Wisłą. Musimy uważać na to, że pokładanie nadmiernej nadziei w USA może nam przysporzyć kłopotów w relacjach z partnerami, którzy są bliżej nas geograficznie i mentalnie. Przykładem na antagonizowanie krajów Unii Europejskiej było zorganizowanie w Warszawie w lutym 2019 r. konferencji poświęconej Iranowi. Publicyści zachodnich mediów głównego nurtu, pisząc o tym wydarzeniu, najczęściej używali słowa „kontrowersyjny” z powodu jej antyirańskiego charakteru. W relacjach najmocniej przebiło się żądanie Mike’a Pence’a, by europejscy partnerzy wyszli z porozumienia nuklearnego z Teheranem, tak jak to wcześniej zrobiły Stany Zjednoczone.