Rosja nie chce zakończenia konfliktu w Idlibie; chce go tylko zamrozić. Dzięki temu zyska narzędzie nacisku na Turcję i Unię Europejską – będzie nim widmo kryzysu migracyjnego.
Moskwa Rosja Kreml / ShutterStock
Na razie w północno-zachodniej Syrii trwa kruche zawieszenie broni. Kruche, ponieważ – jak donosi Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka, brytyjska organizacja pozarządowa od lat monitorująca konflikt w kraju – punktowo na terenie Idlibu dochodzi do wymiany ognia. W niedzielę wspierani przez Turcję syryjscy bojownicy stracili jednego człowieka na skutek wybuchu ładunku ukrytego w motocyklu pułapce.
Reklama

Reklama
Zawieszenie broni, chociaż stanowi doskonałą wiadomość dla ludności cywilnej Idlibu, nie jest jednak sukcesem dyplomatycznym Turcji. Wręcz przeciwnie, doskonale wpisuje się w strategię Kremla, któremu na rękę jest utrzymanie obecnej sytuacji w prowincji jak najdłużej.
Na chwilę obecną w Idlibie przebywa ok. 4 mln osób. Ponad połowa z nich to ci, którzy uciekli przed trawiącą Syrię wojną domową. Do niedawna prowincja była oazą spokoju w targanym od prawie dekady konfliktem kraju. Teraz, kiedy wojna znów zajrzała im w oczy, nie mają już gdzie uciec. Jedyną opcją jest Turcja, której granice pozostają zamknięte.
Nie otworzy ich prezydent Recep Tayyip Erdoğan, który mierzy się z efektami niezadowolenia społecznego z powodu 4 mln Syryjczyków już znajdujących się na terenie Turcji. Jego partia poniosła prestiżową porażkę w ubiegłorocznych wyborach samorządowych. I w tym sensie więc turecki lider w Idlibie walczy przede wszystkim o notowania we własnym kraju.
Z jego punktu widzenia idealnym scenariuszem byłoby utrzymanie statusu quo: prowincji będącej poza zasięgiem prezydenta Syrii Baszara al-Asada. W końcu bez walk nie będzie kryzysu humanitarnego ani presji migracyjnej. Co więcej, enklawa taka dałaby nadzieję na realizację scenariusza, o którym Erdoğan opowiada od jakiegoś czasu: o stworzeniu strefy w Syrii, gdzie mogliby zacząć wyprowadzać się syryjscy uchodźcy.
Problem polega na tym, że dokładnie na tym samym zależy Moskwie. Taka enklawa czy też parapaństwo to doskonały instrument nacisku: w każdej chwili można bowiem zerwać zawieszenie broni pod pretekstem walki z terroryzmem i wywołać mały kryzys migracyjny. Jak skuteczne jest to narzędzie, widać obecnie, bo Kremlowi za pomocą Idlibu udało się wystraszyć nie tylko Erdoğana, ale też Unię Europejską.
Jeśli więc jakiś scenariusz jest na rękę Putinowi, to na pewno zamrożenie konfliktu w Idlibie. Rosja wyspecjalizowała się w tego typu działaniach w separatystycznych: Naddniestrzu, Osetii Płd., Abchazji czy na Donbasie. Zdaje sobie sprawę, że to doskonały instrument nacisku. Wystarczy spojrzeć na Gruzję. Stanowi ona dla Moskwy przyczółek pozwalający w ciągu kilku godzin na przecięcie kaukaskiego państwa na pół.
Podobnie sytuacja wygląda we wschodniej Ukrainie. Rosja nie jest zainteresowana całkowitym uregulowaniem tego konfliktu. Potrzebuje straszaka, którym w każdej chwili można grozić politykom w Kijowie. Istota zamrożonego konfliktu polega na ciągłej presji, że w każdej chwili może zostać on odmrożony.
Wraz z utworzeniem wypełnionej uchodźcami enklawy w Idlibie Kreml zawiesza miecz Damoklesa nad Turcją, a przy okazji nad Europą. Poręczność tego narzędzia sprawia, że konflikt w Syrii nie zakończy się szybko, a Unia powinna w każdej chwili być gotowa na kolejny kryzys humanitarny u swoich granic.