Albo członkowie Paktu uznają zbrojne ramię syryjskich Kurdów za organizację terrorystyczną, albo Turcja nie poprze przyjęcia nowych planów ewentualnościowych Sojuszu dotyczących naszego regionu.
Na tydzień przed londyńskim szczytem, gdzie Sojusz Północnoatlantycki ma świętować 70-lecie swojego istnienia, władze tureckie zagroziły zablokowaniem planów zakładających obronę Polski i republik nadbałtyckich na wypadek rosyjskiej agresji.
– Plany dla nas i krajów bałtyckich są robione pod kątem zagrożenia z Rosji. Turcja chce uzyskać polityczne koncesje na działania w Syrii, które godzą w Sojusz i są uzgodnione z Rosją. NATO nie powinno ulegać szantażowi – skomentował dla DGP generał Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych. – Problem w tym, że Turcja Sojuszu pod względem wojskowym nie potrzebuje, a Sojusz Turcji jak najbardziej – dodał.
Reklama
„Ewentualnościowe” to określenie planów działań wojskowych tworzonych pod określone scenariusze zagrożeń bezpieczeństwa – zarówno Sojuszu jako całości, jak i poszczególnych krajów członkowskich – wyjaśnił generał. – Mogą to być zagrożenia terrorystyczne, mogą być militarne. Opracowuje je dowództwo wojskowe Sojuszu, a zatwierdzają politycy. Te plany się aktualizuje co jakiś czas, gdy zmieniają się zagrożenia, siły przeciwnika, ale również siły NATO – powiedział Skrzypczak.

Reklama
Plany, o których mowa, powstały po 2014 r., czyli po rosyjskiej agresji na Krym i wschodnią Ukrainę.
Bez ich zatwierdzenia Sojuszowi trudniej będzie wzmacniać obronę na terenie Polski i republik bałtyckich. – NATO ma plany obronne dla wszystkich swoich członków, a przywiązanie organizacji do ich bezpieczeństwa pozostaje niezmienne – mówiła wczoraj rzecznika Paktu Oana Lungescu agencji Reuters, która pierwsza podała informację o sporze z Turcją.
Jednak jeden z polskich dyplomatów, których DGP poprosił o komentarz, stwierdził, że doniesienia o tureckim stanowisku nie są żadną rewelacją. Jego zdaniem za każdym razem, kiedy w Sojuszu podnoszona jest kwestia wzmocnienia wschodniej flanki, Ankara wysuwa żądania i grozi sprzeciwem.
Turcja za terrorystów uważa tzw. Powszechne Jednostki Ochrony, znane jako YPG. To zbrojne ramię organizacji skupiającej syryjskich Kurdów, czyli Partii Unii Demokratycznej (PYD). Ankara od dawna uważa, że PYD jest syryjskim oddziałem głównej organizacji kurdyjskiej w Turcji, czyli Partii Pracujących Kurdystanu (PKK). Ta ostatnia od lat 80. prowadzi walkę o oderwanie zamieszkanych przez Kurdów regionów od Turcji – konflikt, który pochłonął ok. 40 tys. ofiar.
Logika Ankary jest prosta: skoro PKK to terroryści, to znaczy, że terrorystami są także członkowie PYD, a w konsekwencji również YPG. Nie jest to jednak takie proste. Przede wszystkim syryjscy Kurdowie byli kluczowi dla walki z Państwem Islamskim. Przeszkolone i doposażone przez działającą pod egidą USA koalicję oddziały YPG grały pierwsze skrzypce w likwidacji państwa ISIS w północnej i wschodniej Syrii, w tym w odbiciu Rakki – stolicy kalifatu.
Z tego względu żaden członek NATO nie zaryzykowałby określenia „terrorystą” sojusznika w walce z najgroźniejszą organizacją terrorystyczną ostatnich lat. Niemniej jednak Ankara z niepokojem patrzyła na rosnących pod jej bokiem w siłę Kurdów, szkolonych przez siły specjalne USA. Kiedy tylko Donald Trump zdecydował się dwa miesiące temu wycofać wojska amerykańskie z Syrii, siły tureckie zaatakowały północną część kraju. W odpowiedzi Kurdowie zwrócili się z prośbą o ochronę do Syryjczyków i Rosjan. Od tamtej pory na pograniczu trwa kruche zawieszenie broni.
To nie pierwszy raz, kiedy ostatnimi czasy Turcja jest źródłem problemów w NATO. Wcześniej Ankara wzbudziła złość wśród sojuszników zakupem od Rosjan systemu obrony przeciwlotniczej S-400, którego testy rozpoczęły się właśnie wczoraj. W efekcie Waszyngton wyrzucił Ankarę z programu budowy myśliwca F35. Zacieśniająca się współpraca z Rosją sprawia, że pozostali członkowie NATO zastanawiają się, czy „wciąż mają z Turcją wspólne wartości” – powiedział w ten weekend w rozmowie z DGP Michał Baranowski, dyrektor biura German Marshall Fund w Warszawie.
W przeddzień 70. rocznicy istnienia Sojusz coraz częściej staje się obiektem krytyki. Dotychczas na cierpkie słowa pozwalał sobie wyłącznie Donald Trump. Ale niedawno w wywiadzie dla tygodnika „The Economist” stan NATO określił mianem „martwicy mózgu” także francuski prezydent Emmanuel Macron.