Może nam się wydawać, że mamy pełen obraz świata, a tak naprawdę mamy połowę. Algorytm spowodował, że z tej drugiej połowy nie trafiła do nas ani krztyna informacji – mówi reżyser Jan Komasa
Kiedy pan jedzie do Ameryki?
Zaraz, w przyszłym tygodniu. Na miesiąc. Są 93 filmy ze świata, które chcą się znaleźć na liście nominowanych do Oscara. Już w grudniu będzie wiadomo, czy na tej liście będzie „Boże Ciało”. Jadę walczyć, żeby członkowie Akademii oglądali mój film. Zgłosiło się do nas chyba z 10 firm, które chciały promować w Stanach film o chłopaku z poprawczaka, który udawał księdza, oszusta, który mówił ludziom prawdę. Producent wybrał tę, która w zeszłym roku doprowadziła do Oscara „Bohemian Rhapsody”.
Ile jest pieniędzy na amerykańską promocję?
Około 1 mln zł, czyli 250 tys. dol. Dużo. Ale trzeba pamiętać, że tam zorganizowanie jednego pokazu filmowego to pewnie z 10 tys. dol. Trzeba wynająć salę, do tego przekąski, zakąski.
Są Polacy w Hollywood. Pomogą.
Są, ale garstka.
A pan jak domokrążca będzie nakłaniać do swojego filmu.
Tak, trochę jak akwizytor. Jednak regulamin zabrania kontaktowania się bezpośrednio z członkami Akademii, wpływania na nich. Nie mogę więc pukać wprost do właściwych drzwi, nawet e-maila nie mogę wysłać do członków Akademii z zaproszeniem na pokaz. Dużo reguł. A kto przyjdzie na pokaz – tego też nie wiadomo. W tej pierwszej turze może głosować 370 akademików.
I pan zna ich nazwiska?
No właśnie nie. To są ludzie rozsiani po świecie. Mamy pokazy w Los Angeles, San Francisco, Chicago, Nowym Jorku. Wiem, że jest kilku członków w Hamburgu, w Londynie też. Przy Złotych Globach już nie ma takich zasad, można wręcz wysyłać prezenty członkom jury. Ci, którzy mają pieniądze na promocję, sypią je właśnie na Złote Globy. Robią imprezy, bankiety. Zastanawiam się oczywiście, gdzie w tym wszystkim jest film, gdzie w tym wszystkim jest rozmowa, esencja tego, czym się zajmujemy. Prężenie muskułów, igrzyska.
Ale o Oscarze pan marzy?
Jak każdy filmowiec.
Mieliśmy rozmawiać o Kościele.
O Kościele?
O wspólnocie, o łączeniu. Chodzi pan do kościoła?
Jeśli chodzi o Kościół, to trzymam się już tylko mojego przyjaciela, ks. Wojtka Drozdowicza. On dał ślub mnie i mojej żonie.
Dawno temu, prawie 20 lat.
Dawno. Zrozumiał, że można świadomie zawrzeć związek małżeński w bardzo młodym wieku. Potem chrzcił moje dzieci. Jest zawsze blisko moich projektów filmowych. Pomagał też przy scenariuszu „Bożego Ciała”. Dzwoniłem do niego z pytaniami kanonicznymi. Dowiedziałem się, że ksiądz nie może być aseksualny, tylko musi mieć pociąg seksualny, żeby mieć z czym walczyć. Nie może mieć np. znamienia na ręku, musi mieć kompletną liczbę palców, ponieważ nie może dotykać hostii np. dziewięcioma palcami. Twarz księdza powinna być w zasadzie nieskazitelna. Powinien wyglądać jak prezenter telewizyjny. Bez zarostu, bez znamion. Ksiądz też nie może być kaleką, np. kuleć, powłóczyć nogą. To są sztywne reguły korporacyjne. Zadawałem ks. Drozdowiczowi pytania teologiczne, gdzie jest wiara, a gdzie jest religia, czy to idzie w parze. Dużo pięknych rozmów przeprowadziliśmy. Zresztą nie tylko z nim. Również z ks. Markiem Gryglem, z o. Grzegorzem Kramerem. Chcieli rozmawiać, prowadzić dialog.
Nakłaniali pana na powrót do Kościoła?
Jako katolik, jeden z tych ponad 90 proc. polskich katolików, mam poczucie, że to, co jest między mną a Kościołem, jest jak związek. A jak się długo jest z kimś w związku, to zdarza się, że ta druga strona staje się kimś innym, zmienia się i trzeba się jej uczyć na nowo albo...
Zerwać?
Hm.
I pan zerwał?
Mam takie poczucie, że teraz jestem w momencie, kiedy wróciłem do zera, do rozmowy o tym, czy chcę być w Kościele. W takim Kościele. Przecież to jest moment, kiedy wszystko się odwróciło, kiedy księża z ambony otwarcie wspierają jedną opcję polityczną, wpuszczają na Jasną Górę nacjonalistów, nazywają część wiernych tęczową zarazą. To już kiedyś było, ale na marginesie Kościoła, teraz weszło do mainstreamu. To dla mnie głęboko wstydliwe, że szedłem w jakiejś określonej grupie ludzi.
Wstyd panu, że jest pan w Kościele?
Jest mi wstyd za ludzi Kościoła, którzy są u steru, za ich wypowiedzi i za to, że nie są kontrowani przez innych hierarchów.
Arcybiskup Ryś kontruje.
On jeden. Przestałem to śledzić, bo kiedy śledziłem, to się denerwowałem, przestraszyłem się nawet. Wolę zająć się scenariuszami. I robić filmy o tym albo o rzeczach pokrewnych. Tak jak mówiłem, z Kościołem jestem w zerowym punkcie. Musimy się razem zastanowić, co dalej. Bo to, że chcę być w związku, to wiadomo. Zresztą uważam, że jak się robi sztukę, to się wierzy.
W Boga?
W dialog. Jak się robi sztukę, to się wierzy, że istnieje pomost pomiędzy dwiema osobami. Dla mnie istnienie tego pomostu jest czymś ponadludzkim.
Czyli boskim.
Nazywane jest boskim. Czuję po prostu, że to nie jest sprawa przyziemna. Robienie filmów, opowiadanie historii, sklejanie, montowanie, pokazywanie w filmie Jaślisk, miejsca na Podkarpaciu...
To najbardziej konserwatywny region Polski.
W poprzednich wyborach 74 proc. ludzi głosowało tam na PiS. W tych – nie wiem, nie sprawdziłem. Ale wydaje mi się to czymś nieprzyziemnym, że ten malutki kawałeczek kuli ziemskiej będę pokazywał w Hollywood czy w Nowym Jorku. „Boże Ciało” jest sprzedane do 35 krajów świata, od Singapuru przez Rosję, Francję po Australię. Wszystko to wydarzyło się w miesiąc od premiery na festiwalu w Wenecji. To mi się nigdy nie zdarzyło, przy żadnym innym filmie. Ani przy „Sali samobójców”, ani przy „Mieście 44”. W piątek film wchodzi do kin w Wielkiej Brytanii. A tam 70 kopii, 70 ekranów. Bilety się wyprzedają. I wszyscy ci ludzie zobaczą Jaśliska.
Kościoła w Jaśliskach nie zobaczą.
Z zewnątrz tak. Na kręcenie w środku sanktuarium maryjnego nie dostaliśmy pozwolenia od biskupa przemyskiego. To jest szczególne miejsce. Tam na Boże Ciało zjeżdżają się tysiące ludzi. W środku jest obraz odsłaniany za pomocą takiego specjalnego prztyczka, pilota. Pilot, obraz się odsłaniania, do tego fanfary. Można mówić, że Jaśliska stworzyły swój rodzaj Kościoła. No bo gdzie Kościół w Jaśliskach, gdzie w Toruniu, a gdzie w Watykanie?
Nie chciałabym, żeby pan się naśmiewał z Polski lokalnej.
Przecież pani widziała „Boże Ciało”! Nie naśmiewam się ani przez chwilę. Rozmawiałem z mieszkańcami Jaślisk, w większości się ucieszyli, że filmowcy po raz kolejny do nich przyjeżdżają. Wcześniej Jacek Bromski robił tam „Wino truskawkowe”, a Małgorzata Szumowska „Twarz”. Oczywiście część ludzi stamtąd, która widziała „Twarz”, mówiła, że reżyserka się z nich trochę tym filmem naśmiewa... Do tej części, z tego, co wiem, „Boże Ciało” również niespecjalnie trafiło.