Pegasus to system, który działa jak koń trojański. Uzyskuje dostęp do telefonu, laptopa czy tabletu. I kiedy już wniknie do urządzenia, widzi SMS-y, e-maile, zdjęcia. Może też przejąć kamerę internetową i podglądać, co robimy.
Bezpieczeństwa przed nim nie dają nawet szyfrowane aplikacje jak WhatsApp, bo komunikację na nim można śledzić w czasie rzeczywistym. Brzmi przerażająco. Na tyle, że dyskusja o tym, czy nasze służby specjalne weszły w posiadanie Pegasusa, stała się jednym z elementów kampanii wyborczej i podsycania lęku. Komunikat jest jasny: PiS inwigiluje na masową skalę. Co prawda temat izraelskiego systemu jest znany od ponad roku. Cudownie ożył jednak na miesiąc przed wyborami.
Wiedzą o sprawie popisują się politycy. Tak jak poseł Tomasz Rzymkowski, świeży nabytek klubu poselskiego PiS, który w rozmowie z Dziennik.pl po pierwsze przyznał, że taki system istnieje w Polsce, a po drugie, że jest on demonizowany. Na deser poinformował, że zajmuje się nim „kilkunastu funkcjonariuszy do tego upoważnionych”. Trudno stwierdzić, czy poseł ma konkretną wiedzę na ten temat. W rzeczywistości potwierdzenie – chociaż zapewniło parlamentarzyście uwagę – niewiele wnosi do obrastającej w legendy dyskusji o nowoczesnych technikach inwigilacji.