Co się stanie, jeśli osobisty prawnik pewnego biznesmena zacznie publicznie opowiadać o machlojkach pryncypała? Wybuchnie bomba. Taka, jaką, zeznając przed kongresem, odpalił Michael Cohen, który przez wiele lat pracował dla Donalda Trumpa.
Magazyn DGP z dnia 1 marca 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Michael Cohen był znany z bezgranicznej lojalności wobec prezydenta. Kiedyś powiedział, że „przyjąłby kulkę” za Trumpa. Jak sam wytłumaczył w środę kongresmenom, przez wiele lat był fikserem nowojorskiego biznesmena. Znaczy to tyle, że załatwiał dla szefa różne sprawy. Prywatna szkoła chciała upublicznić oceny przyszłego prezydenta? Cohen groził jej pozwem. Aktorka porno zamierzała opowiedzieć o romansie z Trumpem? Cohen kupował jej milczenie.
Reklama
Każda lojalność ma swoje granice. Cohena skończyła się w lipcu 2017 r., kiedy agenci Federalnego Biura Śledczego wtargnęli do jego biura w Nowym Jorku z nakazem w ręku, rekwirując dokumenty i korespondencję elektroniczną. Zażyłość Cohena z szefem była tak powszechnie znana, że amerykańskie media nie zastanawiały się wówczas, czy będzie zeznawał przeciw prezydentowi, tylko czy „zmieni strony” („will he flip”; tak mówi się np. o gangsterach, którzy zgodzili się zeznawać przeciwko organizacji, dla której pracowali).

Reklama
Przed Kongresem wystąpił więc teraz zupełnie inny człowiek niż ten, który bronił Trumpa publicznie w pierwszych miesiącach po inauguracji. Cohen za kilka dni, 6 marca, rozpoczyna trzyletnią odsiadkę m.in. za krzywoprzysięstwo przed Kongresem. Niewątpliwie więc jego skrucha podczas środowego przesłuchania miała na celu oczyszczenie swojego wizerunku przed pójściem za kraty.
Były prawnik (Cohen stracił prawo do wykonywania zawodu) nazwał swojego byłego szefa „krętaczem, rasistą i oszustem”. Między tymi epitetami kryły się jednak bardzo realne oskarżenia, które uderzają zarówno w prezydenta, jak i jego rodzinę. Warto przy tym pamiętać: Cohen nie powiedział kongresmenom wiele nowego. Większość z tych informacji była znana wcześniej z prasowych doniesień i dostępnych publicznie fragmentów dokumentów sądowych. To jednak pierwszy raz, kiedy Cohen zdecydował się o tym wszystkim opowiedzieć.
Najważniejsza informacja, jaką podzielił się były prawnik, dotyczy sprawy, za którą pójdzie siedzieć – rzekomego kontraktu na budowę wieżowca w Moskwie, o jaki starał się Trump. Zeznając przed Kongresem w 2017 r., Cohen powiedział, że projekt nie doszedł do skutku i w styczniu 2016 r. był już przeszłością.
Śledczy udowodnili Cohenowi, że kłamał, a ten w środę potwierdził, że rozmowy na ten temat toczyły się jeszcze w połowie 2016 r. Tymczasem już na początku maja było wiadomo, że Trump zdobędzie oficjalną nominację Partii Republikańskiej na prezydenta, bo wygrał wystarczającą liczbę prawyborów. „Trump wiedział i kierował negocjacjami nad moskiewskim projektem podczas kampanii i kłamał na ten temat” – czytamy w oświadczeniu byłego prawnika.
Dlaczego to takie ważne? Ponieważ w podobny sposób kontaktów z Rosjanami wypierał się Trump. Pod koniec lipca 2016 r., dwa tygodnie po otrzymaniu republikańskiej nominacji na kandydata na prezydenta, zapytany o to odpowiedział: „Nie mam nic wspólnego z Rosją. Najbliżej Rosji byłem wiele lat temu, kiedy kupiłem dom w Palm Beach na Florydzie. Jego właściciel zbankrutował i kupiłem jego dom za 40 mln dol., a następnie sprzedałem Rosjaninowi za 100 mln”.
Co ciekawe, obecny osobisty prawnik prezydenta Rudy Giuliani (były burmistrz Nowego Jorku w czasie ataków 11 września) chlapnął któregoś dnia w wywiadzie telewizyjnym, że sprawa Trump Tower w Moskwie ciągnęła się jeszcze do października lub listopada 2016 r. – czyli do samych wyborów.
Zeznania Cohena obciążają więc nie tylko prezydenta, ale też jego rodzinę. Zwłaszcza Donalda Trumpa juniora. Były prawnik stwierdził bowiem, że w pierwszej połowie 2016 r. ok. 10 razy rozmawiał z Ivanką Trump oraz z Donem juniorem na temat moskiewskiego projektu. Tymczasem syn prezydenta we wrześniu 2017 r. zeznał przed Kongresem, że nie był zaangażowany w projekt i niewiele o nim wiedział. A krzywoprzysięstwo przed Kongresem jest przestępstwem.
Cohen potwierdził również, że to on zapłacił 130 tys. dol. aktorce filmów porno Stormy Daniels za milczenie w sprawie romansu, jaki miała z przyszłym prezydentem. Cohen przedstawił nawet kongresmenom fakturę za jedną z rat, w jakich Trump spłacał mu poniesione koszty. Jak na dobrego fiksera przystało, były prawnik opłacił aktorkę z własnych pieniędzy, tak żeby ślad finansowy nie łączył jej bezpośrednio z szefem.
Za to także Cohen idzie do więzienia. Sąd uznał tę kwotę za wpłatę na rzecz kampanii wyborczej Trumpa – w końcu została uiszczona w okresie wyborczym celem ochrony wizerunku – a wpłaty od darczyńców indywidualnych nie mogą w USA wynieść więcej niż 2,7 tys. dol. Dla prezydenta, który okazał się teflonowy, jeśli idzie o kwestie obyczajowe, to może oznaczać kłopoty, bo samo namawianie do przestępstwa również jest przestępstwem.
Były prawnik zeznał też, że był świadkiem rozmowy, podczas której Roger Stone – inny współpracownik prezydenta – przekazał mu informację, że za kilka dni serwis WikiLeaks rozpocznie publikację e-maili wykradzionych z serwerów Partii Demokratycznej i sztabu Hillary Clinton. Dzisiaj wiemy, że wyciek był dziełem pracowników rosyjskiego wywiadu GRU, wymienionych nawet z imienia i nazwiska w akcie oskarżenia złożonym przez ludzi Roberta Muellera – byłego szefa FBI prowadzącego śledztwo dotyczące wpływu Kremla na wybory w 2016 r. i związków otoczenia Trumpa z Rosją.
Cohen przyznał również, że słyszał raz Dona juniora, jak szepcze ojcu do ucha, że „spotkanie jest już ustawione”; później domyślił się, że chodziło o spotkanie z Natalią Weselnicką, która miała przekazać sztabowi kampanii Trumpa „błoto na Clinton”. Trump dotychczas wypierał się wiedzy o tym spotkaniu.
Trudno powiedzieć, na ile zeznania Cohena są w stanie zaszkodzić Trumpowi. Na przestrzeni dwóch lat notowania prezydenta wykazały bowiem zaskakującą stabilność, dołując lekko podczas niedawnej awantury z zawieszeniem działania części rządu i agencji federalnych. Nawet jeśli zeznania Cohena – a przecież nie znamy ich pełnej treści – pozwoliłyby śledczym Muellera postawić prezydentowi zarzuty, to jest on bezpieczny do momentu wyprowadzki z Białego Domu. Taka bowiem jest oficjalna polityka Departamentu Sprawiedliwości: prezydent podczas sprawowania urzędu jest nietykalny.
Na razie były prawnik dostarczył amunicji demokratom, którzy wymienione powyżej wątki mogą ciągnąć podczas kolejnych przesłuchań przed Kongresem – co zresztą zapowiedzieli jeszcze przed wyborami 8 listopada. Mając w ręku Izbę Reprezentantów, mogą nękać pozwami menedżerów Trump Organization, czyli spółki-matki stojącej za wieloma biznesami prezydenta i jego rodziny.
Jedna rzecz w zeznaniach Cohena prezentuje się wyjątkowo przygnębiająco. Były prawnik stwierdził, że startując w wyborach, Trump nie zamierzał ich wygrać, co więcej – nie podejrzewał nawet, że będzie to możliwe. Traktował prawybory jako jedną wielką kampanię reklamową – co z marketingowego punktu widzenia ma sens, ale z politycznego – już nie za bardzo. No bo jak wobec tego rozumieć zapowiedzi z wyborczego szlaku o chęci ocieplenia stosunków z Rosją: jako diagnozę polityki zagranicznej USA, czy jako umizgi w stronę potencjalnego partnera biznesowego?
Z perspektywy czasu uzmysławia to, jak bardzo realne były obawy z 2016 r. o to, że sposób patrzenia Trumpa na Rosję jest wypaczony przez perspektywę zrobienia tam dobrego interesu (moskiewski projekt miał przynieść prezydentowi „setki miliony dolarów”, powiedział Cohen). Jeśli były prawnik nie kłamie, oznacza to, że w ubiegłym roku w Helsinkach Trump spotkał się z Władimirem Putinem, do którego wcześniej puszczał oko, bo chciał zbudować w Moskwie wieżowiec. Biorąc pod uwagę, co jest na szali w stosunkach między USA a Rosją, jest to zatrważająca perspektywa.