Gdy tylko republikanie przeforsowali zniesienie nałożonych na spółkę oligarchy sankcji, do jej rady nadzorczej wszedł dawny współpracownik Trumpa.
Po tym, jak amerykański Departament Stanu zniósł sankcje nałożone niemal przed rokiem na firmy należące do Olega Dieripaski, rosyjski oligarcha zatrudnił w swoim holdingu En+ Group siedmiu nowych członków rady nadzorczej. Jest wśród nich Christopher Burnham, wpływowy dyplomata z czasów prezydentury George’a W. Busha i doradca Donalda Trumpa, wcześniej związany z Deutsche Bankiem.
Przeciwko uchyleniu restrykcji byli demokraci, którzy próbowali zablokować inicjatywę sekretarza skarbu Steve’a Mnuchina w Izbie Reprezentantów, ale ich uchwała upadła w zdominowanym przez republikanów Senacie. Rząd Trumpa stoi na stanowisku, że utrzymanie sankcji miałoby negatywny wpływ na światowy rynek aluminium, na którym En+ Group jest jednym z głównych graczy. Porozumienie zawarte między Departamentem Stanu zakładało restrukturyzację tej firmy oraz spółki córki Rusal i kompanii energetycznej EuroSibEnergowere, jednak Dieripaska pozostał ich głównym udziałowcem.
Reklama
Tymczasem do rady nadzorczej En+ niemal od razu po zniesieniu sankcji trafił Christopher Burnham, były wiceszef resortu dyplomacji, kiedy na jej czele stał gen. Colin Powell. Za drugiej kadencji Busha został oddelegowany na stanowisko zastępcy sekretarza generalnego ONZ, gdzie blisko współpracował z ówczesnym ambasadorem USA przy Narodach Zjednoczonych, a obecnym szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego Johnem Boltonem. W 2006 r. podjął pracę w Deutsche Banku, gdzie na kierowniczych stanowiskach spędził w sumie siedem lat. Po wygranych przez Trumpa wyborach w 2016 r. zaczął doradzać prezydentowi elektowi.
Deutsche Bank jest ważnym tropem łączącym Kreml z Białym Domem

Reklama
Deutsche Bank jest ważnym tropem łączącym Kreml z Białym Domem. W zeszłym roku specjalny prokurator Robert Mueller, prowadzący śledztwo w sprawie rosyjskich kontaktów Trumpa i jego współpracowników, zażądał od tego banku informacji na temat rachunków prezydenta i jego rodziny. Pełnomocnik głowy państwa od razu oświadczył, że to nieprawda, ale znając wiarygodność prezydenckiego otoczenia i zważywszy, że bank wiadomości nie zdementował, można przyjąć, że to prawda. Deutsche Bank od lat pożyczał Trumpowi oraz jego synom i zięciowi kwoty idące w setki milionów dolarów na inwestycje na całym świecie. Zaczęło się to już w minionej dekadzie, kiedy amerykańskie banki nie chciały mu udzielać kredytów ze względu na niską wiarygodność biznesmena i ogromne długi.
Tymczasem amerykańskie media, w tym „New York Times”, spekulują, że prezydent może być tak naprawdę zadłużony nie w Deutsche Banku (który zresztą został przyłapany na praniu pieniędzy rosyjskich oligarchów), lecz w związanych z Władimirem Putinem rosyjskich bankach Wnieszekonombank (WEB) i WTB. Miały one wykupić jego długi albo żyrować pożyczki. WEB jest własnością rządu rosyjskiego, a w WTB Kreml ma 60 proc. udziałów. Robert Mueller bada teraz, czy takie transakcje między Deutsche Bankiem a Rosjanami rzeczywiście miały miejsce. Jeśli do nich doszło, oznaczałoby to, że Moskwa ma całkiem sprawny sposób wywierania nacisku na prezydenta USA.
Działające wbrew globalnym interesom USA próby dogadania się Trumpa z Rosją, choćby na szczycie w Helsinkach, mogą więc wynikać z bezpośredniego uzależnienia od Putina. Oprócz Muellera chcą to wyjaśnić też demokraci z Izby Reprezentantów. Śledztwo w tej sprawie planuje kongresmenka Maxine Waters, szefowa komisji finansów publicznych. Własne dochodzenie chce też przeprowadzić kierujący komisją ds. wywiadu Adam Schiff.
– Konta w Deutsche Banku są oczywistym punktem, od którego moglibyśmy zacząć – powiedział w rozmowie z portalem Politico.
Olega Dieripaskę i Donalda Trumpa wiąże jeszcze jedna osoba. To Paul Manafort, były szef kampanii wyborczej obecnego prezydenta oraz wieloletni doradca przywódcy Ukrainy Wiktora Janukowycza. Między 2005 a 2009 r. biznesmen blisko współpracował także z Dieripaską, choć faktycznie pracował dla Kremla. Jak wynika z dokumentów śledztwa Muellera, do których w zeszłym roku dotarli dziennikarze, w zamian za kontrakt wart 10 mln dol. Manafort obiecywał lobbing i działania, na których „w znaczący sposób skorzysta rząd Władimira Putina”. Chodziło m.in. o wpływanie na politykę USA wobec Europy Wschodniej, wzmacnianie relacji biznesowych z Rosją, a także utrzymywanie i pielęgnowanie relacji z zachodnimi dziennikarzami, by w ten sposób zapewniać Kremlowi lepszą prasę.
Manafort poszedł na współpracę z władzami i we wrześniu zeszłego roku przyznał się do dwóch zarzutów naprawdę dużego kalibru: udziału w spisku przeciw USA i spisku mającym utrudnić działanie wymiaru sprawiedliwości. To drugie oskarżenie dotyczy wpływania na zeznania świadków. Wyrok w jego sprawie miał zapaść w marcu, ale ponieważ Mueller wniósł o jego przyspieszenie, może zapaść już w lutym. W listopadzie 2018 r. w wywiadzie udzielonym bulwarówce „New York Post” prezydent Trump stwierdził, że nie wyklucza ułaskawienia Manaforta.