Kampania dezinformacyjna i kombinowanie przy spisach wyborczych, czyli co wpływa na wybory w USA
Reklama
Według byłego szefa CIA Johna Brennana rząd USA nie zrobił „prawie nic”, aby zabezpieczyć się przed cyberatakami w czasie wyborów. – Stoimy na bombie zegarowej – komentował w CNN.
Równocześnie służby specjalne zebrały świadectwa tego, że rosyjscy hakerzy ingerują w kampanie co najmniej 14 demokratycznych kandydatów do obydwu izb Kongresu. Chodzi o włamania na serwery, wyłudzanie na różne sposoby haseł od właścicieli skrzynek na tych serwerach, tworzenie stron łudząco podobnych do tych publikowanych przez komitety wyborcze. Zarejestrowano też kilka przypadków próby kradzieży środków z konta kampanii.

Na zlecenie Kremla

Prokuratura Generalna na trzy tygodnie przed wyborami postawiła w związku z hakowaniem kampanii zarzuty rosyjskiej obywatelce. Władze zdradziły, że współkierowała ona tzw. Projektem Lakata, w ramach którego oligarchowie związani z Kremlem przelali w ciągu ostatnich 20 miesięcy ok. 22 mln dol. na operacje sabotowania elekcji. Trop Lakaty pojawia się też w materiałach ze śledztwa, które w sprawie Russiagate i mieszania przy poprzednich wyborach prowadzi specjalny prokurator Robert Mueller.
Kolejnym wątkiem jest niespotykana dotąd kampania dezinformacyjna w mediach społecznościowych. Twitter i Facebook wyłączyły w ciągu ostatnich dwóch miesięcy konta prawie 700 botów rozsiewających nieprawdziwe informacje. Wirus fake newsów mógł dotrzeć nawet do 50 mln używających tych narzędzi komunikacji Amerykanów.
Rosja poluje zarówno na demokratów, jak i na prawicę
Rosja poluje zarówno na demokratów, jak i na prawicę. A konkretnie na etosowo nastawione do stosunków międzynarodowych skrzydło Partii Republikańskiej, któremu przewodził zmarły niedawno senator John McCain. W sierpniu Microsoft podał, że wykrył dwie operacje phishingu, czyli wspomnianego wyciągania haseł od użytkowników skrzynek e-mailowych. Tym razem zainstalowanych na serwerach konserwatywnych think tanków, znanych z krytycznego podejścia do Kremla. We wrześniu Google poinformował, iż (najprawdopodobniej) Rosjanie polowali na konta e-mailowe kilkudziesięciu senatorów i ich współpracowników. W tej wojnie zdarzają się również przygody niczym z operetki. W maju hakerzy przejęli kontrolę nad transmisją online prawyborczej debaty kandydatów do jednego z okręgów do Izby Reprezentantów. Zamiast niej wyemitowali film pornograficzny.
Truizmem i paradoksem jest stwierdzenie, że Amerykę osłabiła digitalizacja systemu wyborczego, której sama była pionierem. To tam rozpoczęły się eksperymenty z zastąpieniem kartki papieru, na której stawia się krzyżyk przez maszyny przypominające bankomat, na których głosuje się przez ekran dotykowy. Wówczas po oddanym głosie nie pozostaje żaden ślad. Gdyby doszło do hakerskiego ataku na serwer – nawet lokalnej komisji wyborczej – przebieg wyborów jest nie do odtworzenia. Dlaczego zatem nie można po prostu wrócić do papieru? Każdy z 50 stanów ma inne procedury, a ich zmiana może nastąpić w wyniku długiego procesu legislacyjnego, którego rezultat i tak może zostać zaskarżony przed sądem. Do wyborów prezydenckich 2020 r. na pewno nie uda się tej operacji przeprowadzić.
W piątek Pentagon wydał dyrektywę instruującą wojskowych, jak mają się zachować, gdyby we wtorek doszło do rosyjskiego ataku. Możemy w nim przeczytać, że dezinformacja i szerzenie fake newsów w mediach społecznościowych nie będzie traktowane jako działanie terrorystyczne. Za takie uznane zostanie natomiast kombinowanie przy spisach wyborców albo próbę sfałszowania protokołów z obwodowych komisji wyborczych.

Problemy ze spisami

Spisy wyborcze to kolejny poważny problem. W ciągu ostatniej dekady miliony Amerykanów, wskutek różnych sztuczek, zostały z nich wykreślone i tym samym uniemożliwiono im udział w głosowaniu. W bieżących wyborach wycinanie obywateli z list może w kilku stanach wpłynąć na ich wynik.
W Stanach Zjednoczonych obywatel nie zostaje automatycznie wpisany na listę uprawnionych do oddania głosu z chwilą ukończenia 18 lat. Musi się sam zarejestrować. Co więcej, powinien też zadeklarować, czy identyfikuje się jako republikanin czy jako demokrata. Odpowiednia afiliacja umożliwia potem udział w partyjnych prawyborach, które – w przeciwieństwie do wielu krajów europejskich – organizowane są przez władze, a nie struktury partii. Wskutek tego oba główne amerykańskie stronnictwa są najbardziej masowymi zrzeszeniami politycznymi w świecie Zachodu, bo każde ma po kilkadziesiąt milionów członków. Oczywiście można też przy rejestracji zaznaczyć, że się nie identyfikuje z żadnym z nich.
Każdy stan ma odrębne przepisy regulujące procedurę wpisywania się na listę uprawnionych do głosowania. W Iowa, Kentucky i na Florydzie skazani prawomocnym wyrokiem nawet za drobne przestępstwa wypadają z tego systemu z wilczym biletem. W wielu innych obowiązują mniej surowe, ale też poważne restrykcje.
Ten zwyczaj ma swoje polityczne tło. W Ameryce wyjątkowo wysoki odsetek populacji przebywa za kratami, przy czym dużą rolę odgrywa czynnik rasowy. Aż jeden na trzech Afroamerykanów na jakimś odcinku swojego życia wchodzi w konflikt z prawem. A że czarnoskórzy obywatele w zasadzie murem głosują na demokratów, to zdominowanym przez republikanów ustawodawczym i wykonawczym władzom stanowym zdarza się jeszcze bardziej utrudniać skazańcom udział w wyborach.
We wtorek mieszkańcy Florydy w towarzyszącym wyborom referendum zdecydują, czy chcą utrzymania stanowego prawa eliminującego skazańców ze spisów wyborczych raz na zawsze. Poprawkę nr 4 musi poprzeć co najmniej 60 proc. głosujących. Jeżeli ten próg zostanie osiągnięty, to prawo do oddania głosu odzyska 1,4 mln ludzi. Zważywszy na to, że na Florydzie republikanie i demokraci mogą liczyć na zbliżone poparcie (w 2000 r. George W. Bush wygrał tam z Alem Gorem różnicą 537 głosów z prawie 6 mln oddanych), to dopuszczenie do podstawowej demokratycznej procedury ludzi z wyrokiem może na lata przesunąć balans w tym trzecim co do wielkości stanie na stronę lewicy.
– Od siedmiu lat walczymy o tę zmianę. Gubernator Rick Scott (kończący urzędowanie republikanin – red.) pozbawił prawie 1,5 mln ludzi podstawowych praw człowieka. A do tego jeszcze Donald Trump podgrzewa atmosferę, opowiadając kłamstwa, że w wielu hrabstwach sporo osób brało udział w głosowaniu nielegalnie. To osobliwe, bo mówi o regionach, w których ma niskie poparcie i duży elektorat negatywny. Republikanie lubią de iure eliminować z politycznego obiegu osoby im nieprzychylne – mówi DGP Natalie Tennant z think tanku Brennan Center for Justice.

Drobiazgowa Georgia

Inny, ale skutkujący tym samym problem ma w tym roku Georgia. Odpowiedzialny za organizację wyborów lokalny sekretarz stanu, republikanin Brian Kemp, odmawia prawa do rejestracji ludziom, których formularze aplikacyjne różnią się, czasem w najdrobniejszym szczególe (np. inicjał drugiego imienia), od pozostałych dokumentów danej osoby (np. prawo jazdy czy legitymacja Social Security, federalnego systemu ubezpieczeniowego). Robi to na mocy uchwalonego już 2009 r. przez zdominowaną przez republikanów legislatywę Georgii prawa, którego dotąd jednak nie implementowano. Ma w tym pewien interes, bowiem kandyduje właśnie na gubernatora. Sondaże wskazują na jednakowe poparcie dla niego i jego demokratycznej rywalki Stacey Abrams. Jak dotąd Kempowi udało się wykreślić ze spisów wyborczych ponad 50 tys. osób, tłumacząc się nieprawidłowościami w dokumentach. Głos w tej sprawie zabrał były gubernator Georgii i były prezydent Jimmy Carter, który zaapelował do Kempa o przerwanie wykonywania obowiązków sekretarza stanu do czasu wyborów. Carter wskazuje na oczywisty konflikt interesów.
W piątek sędzia federalna Eleanor Ross wydała wyrok zakazujący dalszej implementacji drakońskich przepisów w tym stanie. W uzasadnieniu napisała, że wykreślanie z powodów drobnych formalnych nieścisłości ludzi z rejestrów wyborczych wyrządza im „nieodwracalną krzywdę” i godzi w podstawowe zasady demokracji.
Tekst powstał dzięki pomocy Fundacji im. Heinricha Boella w Warszawie