Zamachem bombowym w Londonderry przypomniały o swoim istnieniu niedobitki Irlandzkiej Armii Republikańskiej.
Magazyn DGP 25.01.19 / Dziennik Gazeta Prawna
Nagranie z monitoringu miejskiego nie jest najlepszej jakości. Widzimy spokojną uliczkę przez sądem w Londonderry (w skrócie Derry) oraz auto, które z pozoru zatrzymało się na chwilę przy parkanie. Nagle kadr wypełnia błysk eksplozji. – Takiego zamachu nie było od dłuższego czasu – mówił później BBC przedstawiciel północnoirlandzkiej policji PSNI Mark Hamilton. Gdyby sądzić po samym zapisie kamer, można by przyjąć, że był to zamach samobójczy: silnik auta pracował, świeciły się tylne światła, na nagraniu widać też sylwetki kręcących się ludzi.
Reklama
Ale – nie. Niewielki furgon, którym jeszcze po południu jeździł dostawca pizzy, skradziono około szóstej po południu, a dwie godziny później został zaparkowany przed sądem. Sprawcy natychmiast się ulotnili, być może na widok kręcących się w pobliżu nastolatków. Na kilka minut przed wybuchem anonimowy rozmówca uprzedził telefonicznie władze o zamachu, co dało policji kilka minut na ewakuację okolicy. O 20.09 bomba wybuchła. – To był najbardziej znaczący atak w ostatnich latach. Nowa IRA jest najwyraźniej zdeterminowana – podsumowywał Hamilton.
Kolejne kilkadziesiąt godzin upłynęło w Irlandii Północnej pod znakiem obławy na członków tej niewielkiej formacji, której roli i znaczenia nie są w stanie dokładnie zdefiniować najlepsi nawet eksperci od konfliktu północnoirlandzkiego. Wiadomo tylko, że raczej nie sposób mówić o tym, by za atakami stali weterani IRA: w ciągu kilku dni, jakie upłynęły od poniedziałku, aresztowano czterech mężczyzn – dwóch 20-latków, 34- i 42-latka. Tylko ten ostatni był pełnoletni w chwili podpisywania Porozumień Wielkopiątkowych, które zakończyły konflikt w regionie. Najwyraźniej nie trzeba samemu doświadczyć przemocy, by dać się wciągnąć w wojnę.

Reklama

Manna z nieba

„Bomba grupy rozłamowców napędza obawy przed powrotem terroru po brexicie” – takim tytułem jeden z największych dzienników w prowincji, „Irish Independent”, opatrzył swoją pierwszą stronę po wybuchu. „Incydenty, takie jak zamach w Derry, przypominają nam o niebezpieczeństwach, jakie wiążą się z «twardą», a przynajmniej widoczną, granicą, która może stać się celem tych bezmózgich prymitywów, chcących cofnąć nas do mrocznej przeszłości” – pisał komentator gazety.
Nie jest to konkluzja pierwszej świeżości. Odkąd rząd Theresy May usiadł do negocjacyjnego stołu z przedstawicielami Unii Europejskiej, stało się jasne, że brexit to coś więcej niż postawienie posterunków granicznych i wycofanie przedstawicieli Londynu ze wspólnotowych instytucji. O ryzyku rozdrapania ran w Irlandii Północnej wspominano już w czasie kampanii poprzedzającej referendum w 2016 r., bo fundamenty porozumienia pokojowego – brak granic, przygraniczna integracja, swoboda przemieszczania się – były gwarantowane przez Unię Europejską. Ponad dwie dekady później okazuje się, że status quo jest bardzo kruche.
Ostrzeżenia tego typu jako pierwsi formułowali publicyści pomni tego, że Irlandia Północna sprzeciwiła się brexitowi (56 proc. głosujących opowiedziało się za pozostaniem w UE, 44 proc. – przeciw). Z czasem luźne rozważania zaczęły być podpierane realnymi badaniami, np. opublikowaną we wrześniu 2018 r. analizą grupy prawników z Uniwersytetu Królowej w Belfaście i Uniwersytetu w Ulsterze oraz ekspertów w dziedzinie praw człowieka z Committee On the Administration of Justice (CAJ).
– Niebezpieczeństwo, że brexit na nowo rozpali konflikt, jest realne. Im bliżej jesteśmy scenariusza twardego brexitu lub brexitu bez porozumienia, tym większe ryzyko rozczarowania wśród nacjonalistów i lekceważenia przez nich woli większości. W tym samym czasie zwolennicy unii będą się skupiać na bronieniu brexitu i granicy – przekonywał szef CAJ Brian Gormally. Takie wnioski płynęły z trwających osiemnaście miesięcy prac zespołu. Jego członkowie przeprowadzili dziesiątki spotkań z mieszkańcami, konsultacji społecznych i wywiadów z lokalnymi politykami, aktywistami i bojownikami tych paramilitarnych organizacji, które przejawiały jeszcze jakąś aktywność. „To dla nas manna z nieba”, „Im twardszy brexit, tym lepiej” – mówili ci ostatni. Sześć opublikowanych przez badaczy dokumentów pokazuje, że rozstanie Wielkiej Brytanii z Unią Europejską wymaga przywrócenia rozwiązań, na których rozbijały się negocjacje pokojowe. – Porozumienie Wielkopiątkowe z 1998 r. opierało się na zniuansowanych rozwiązaniach, które odnosiły się do suwerenności, tożsamości i granic. Dzięki nim udało się zachować poszanowanie praw wszystkich – podsumowywał prof. Rory O,Connell z uniwersytetu w Ulsterze. – Brexit oznacza rozmontowanie wypracowanych w wielkich bólach rozwiązań – dorzucał.
Ich dotychczasowy efekt dałoby się opisać jednym zdaniem: Porozumienie Wielkopiątkowe sprawiło, że zniknęła granica. Przeciętny zjadacz chleba z Irlandii Północnej mógł – w zależności od tego, po której stronie politycznej barykady żył – czuć się mieszkańcem Irlandii albo Wielkiej Brytanii. 20 lat temu zaczęły znikać punkty kontrolne na rogatkach miast i na drogach oraz posterunki graniczne. W krótkim czasie Irlandczycy z Belfastu czy Derry zaczęli podróżować do Irlandii do pracy i krewnych, którzy znaleźli się po drugiej stronie granicy. Każdego dnia granicę przekraczało 35 tys. ludzi.
Zresztą, z dzisiejszej perspektywy 1997 r. był czasem wyjątkowym. W Wielkiej Brytanii panowała atmosfera polityczna nieco zbliżona do USA w 2008 r., kiedy w wyborach prezydenckich triumfował Barack Obama. Młody lider laburzystów, Tony Blair przebojem wszedł do polityki i niemal natychmiast przyspieszył proces pokojowy w Irlandii Północnej. „W porównaniu do konserwatystów, Nowa Partia Pracy była przywiązana do tego, by ściągnąć IRA i jej polityczne skrzydło, Sinn Fein, do stołu negocjacyjnego. Blair i jego koledzy lepiej rozumieli, co Gerry Adams (ówczesny lider republikanów – red.) i jego towarzysze chcą osiągnąć” – pisał w książce „A Secret History of The IRA” Ed Moloney, irlandzki historyk i publicysta, korespondent m.in. „The New York Times”.
Te nadzieje przełożyły się na dynamikę procesu pokojowego, który w ciągu zaledwie roku odżył i zakończył się Porozumieniem Wielkopiątkowym. – Irlandia Północna powoli i po cichu szła w dobrym kierunku – wspomina Amanda Sloat, ekspertka Brookings Institution, która w 2001 r. przeprowadziła się do Belfastu i mieszkała tam przez trzy kolejne lata. W tym samym czasie pokój w prowincji wydawał się jeszcze kruchy, a media w dramatycznym tonie relacjonowały każdy pochód unionistów i kontrdemonstrację zwolenników połączenia z Irlandią. Aż do zamachów z 11 września, kiedy to problemy Irlandczyków kompletnie przestały świat interesować.
Ale to tylko wszystkim wyszło na zdrowie. „Nowy parlament skupił się na rutynowych zagadnieniach związanych z zarządzaniem, a nie na niekończących się debatach o tożsamości. Organizacja Invest Northern Ireland podaje, że do regionu napływali zagraniczni inwestorzy z sektora technologii i usług finansowych, niemal 900 międzynarodowych firm zatrudniło tu około 100 tys. ludzi – pisze Sloat. – Zwykłam w tamtych czasach jeździć do Dublina, by korzystać z tanich lotów na kontynent, nieświadoma nawet tego, że przejeżdżam granicę między państwami, przynajmniej do momentu, w którym dostrzegałam tablice drogowe w języku gaelickim i ceny w euro”.
Do Belfastu i Derry wkroczyła normalność: dziesiątki hipsterskich kafejek i hosteli dla turystów. W Belfaście powstało muzeum Titanica, którego zwodowano w miejscowej stoczni. Dekadę temu w jednym z zakątków regionu zaczęto kręcić część scen do najpopularniejszego serialu ostatnich lat – „Gry o tron”. W zeszłym roku Belfast dostał od Lonely Planet tytuł „Najlepszego celu podróży”.

Ostatni kałach IRA

Dla Irlandzkiej Armii Republikańskiej był to czas trudny. Do dzisiaj gazety i historycy wygrzebują z archiwów tajnych służb relacje bojowników IRA, którzy wspominają o wewnętrznych podziałach i sporach w organizacji – zwłaszcza w odniesieniu do przywództwa jednego z architektów Porozumienia Wielkopiątkowego – Gerry,ego Adamsa. Ten chudy okularnik z brodą kierował IRA od 1983 r., a jego poglądy ewoluowały od komunizmu ku demokracji w zachodnim stylu.
Jeszcze w połowie lat 80. IRA pod kierownictwem Adamsa sprowadzała z Libii Muammara Kaddafiego największe w swojej historii dostawy broni, szykując kampanię przemocy wzorowaną na partyzanckiej taktyce Wietkongu. Brytyjczycy jednak rozbili tę operację, ostatecznie przechwytując większość arsenału, który na podnajmowanych od szemranych przemytników statkach miał docierać na plaże Irlandii Północnej. Z niedawnych publikacji irlandzkich i brytyjskich mediów wynika, że fiasko operacji podkopało pozycję Adamsa w organizacji, sprawiając, że część bojowników miała „wydawać mroczne pomruki” (jak opisywał to jeden z byłych członków IRA) pod adresem lidera.
Ferment narastał tym bardziej, że Adams stopniowo stawał się zwolennikiem działania poprzez politykę – a ani gabinet premier Margaret Thatcher, ani jej następcy z ramienia torysów, Johna Majora, nie był z tego powodu bardziej skłonny do ustępstw. Kluczowy warunek konserwatystów sprowadzał się do prostego żądania: IRA ma się natychmiast i bezwarunkowo rozbroić. Dopiero polityczna zmiana w Londynie i dojście do władzy Tony,ego Blaira częściowo złagodziły żądania: rozbrojenie wciąż miało być kluczowym elementem pokoju, ale laburzyści zakładali, że najpierw należy przestać strzelać i zacząć rozmawiać, na oddanie broni można trochę poczekać. Londyn liczył też na to, że Irlandczycy są już zmęczeni przemocą i nie będą chcieli odbierać kolejnemu pokoleniu perspektyw życia w spokoju i dobrobycie. I ta kalkulacja okazała się trafna.
Choć nie wszystkim pokój odpowiadał. Jesienią 1997 r. na ustronnej farmie w Oldcastle zebrała się grupa, na czele której stanęło dwóch byłych członków 12-osobowego kierownictwa IRA. Michael McKevitt i jego żona Bernadette Sands McKevitt skłócili się z pozostałymi liderami organizacji kilka tygodni wcześniej, gdy IRA zdecydowała, że nie zerwie zawieszenia broni ogłoszonego jeszcze latem. McKevittowie zebrali wokół siebie ludzi o podobnych poglądach, przede wszystkim z dotychczasowych bastionów ugrupowania w Derry i South Armagh.
Wokół nich zgromadziła się setka bojowników o podobnie radykalnych poglądach. Już kilka tygodni później na krótko zablokowali drogę w pobliżu South Armagh. – Jesteśmy z IRA. Prawdziwej IRA – mówili kierowcom. Nowy przydomek się przyjął. Prawdziwa IRA (Real IRA, RIRA) była jednak cieniem niegdysiejszej potęgi – zarówno jeśli chodzi o możliwości organizacyjne, jak i rząd dusz.
Co jednak nie oznaczało, że była bezzębna: McKevittowie dysponowali wciąż częścią arsenałów dawnej IRA, dzięki czemu mieli dostęp do setek kilogramów materiałów wybuchowych. I korzystali z nich. W połowie 1998 r. RIRA próbowała zdetonować bombę przed sądem w Omagh. Auta pułapki nie udało się jednak zaparkować przed samym budynkiem, więc zamachowcy zostawili je kilkaset metrów dalej. Po telefonie z ostrzeżeniem policja – przekonana, że bomba musi się znajdować przed sądem – otoczyła go szczelnym kordonem, odciągając gapiów od budynku. W stronę bomby, niestety. W efekcie w wyniku eksplozji zginęło 29 osób, co okazało się najkrwawszym zamachem w historii irlandzkiego oporu.
Fala terroru opadła dopiero po aresztowaniach przywódców organizacji w 2001 r. RIRA nie straciła zębów – ataki wciąż się zdarzały, choć nie były to już potężne bomby, a bardziej strzelaniny, których celem stawali się funkcjonariusze policji lub wojskowi. Służby bezpieczeństwa szacowały w 2005 r., że liczba członków organizacji dobija 150 osób – ale coraz gorzej uzbrojonych i coraz mniej zmotywowanych, za to coraz bardziej upodobniających się do grupy przestępczej. RIRA przypominała o sobie coraz rzadziej: z końcem ubiegłej dekady mniej więcej raz w roku.
Aż nadszedł 2012 r., kiedy doszło do fuzji rozmaitych niedobitków antybrytyjskich bojówek. „Nową IRA (New IRA) sformował niegdysiejszy członek Tymczasowej IRA (PIRA), który po Porozumieniu Wielkopiątkowym sformował zbrojną grupę Republikańska Akcja Przeciw Narkotykom (RAAD)” – pisze o narodzinach organizacji gazeta «Belfast Telegraph». „RAAD zasłynął ze strzelania do dilerów narkotykowych, którzy nie chcieli płacić haraczu. W 2012 r. grupa zdecydowała się na połączenie z niedobitkami PIRA, a swoje siedziby ustanowiła w Derry, północnym i zachodnim Belfaście, Lurgan i wschodnim Tyrone” –dodaje.
Po fuzji liczebność organizacji wzrosła – prawdopodobnie do ok. 250 osób, zarządzanych (jak to niegdyś bywało) przez kilku- lub kilkunastosobową radę. Nie przełożyło się to jednak na skuteczność: sześć lat działalności grupy to głównie porachunki z byłymi kamratami, rozsyłanie bomb pułapek do policjantów i seria wpadek, jak pożar bojlera w jednym z mieszkań w Belfaście, który strawił kilka sztuk broni należących do organizacji. Przypadkowy zapłon pieca miał ogołocić do reszty organizację z karabinów AK-47 – według szacunków służb bezpieczeństwa, bojownicy mają dziś tylko jednego kałacha.

Wizerunkowy sukces

Nie znaczy to, że brakuje im materiałów wybuchowych: do dziś przypadkowo odnajduje się w Irlandii Północnej kryjówki z semtexem sprowadzanym jeszcze w czasach Gerry,ego Adamsa z krajów bloku wschodniego. W jednym z takich schowków – odkrytym latem 2017 r. – spoczywało sześć kilogramów tego wyjątkowo silnego środka. „Wystarczająco dużo, żeby wysadzić całą ulicę” – jak podsumowywali śledczy.
Referendum w sprawie brexitu oznaczało dla członków Nowej IRA wiatr w żagle. Kolejne miesiące miały potwierdzić, że obawy związane z ponownym wybuchem przemocy nie są bezpodstawne, np. w grudniu 2017 r. MI5 oceniała, że poziom aktywności terrorystycznej w Irlandii Północnej jest najwyższy w Europie – nawet na niespokojnych Bałkanach ugrupowania paramilitarne i terrorystyczne nie są tak mobilne jak tu. Potwierdzały to statystyki: 250 operacji antyterrorystycznych, z udaremnionymi atakami, aresztowaniami i przejmowaniem arsenałów włącznie.
Grupa nie musi prawdopodobnie martwić się o pieniądze. Pięć lat temu jej roczny budżet szacowano na 50 mln dol., choć nie były to pieniądze od zwolenników z regionu – raczej od dawnych sympatyków i weteranów, którzy osiedli poza Irlandią, z przemytu papierosów i innych dóbr, wreszcie z haraczy, być może ściąganych z lokalnego półświatka przestępczego. Co może z kolei oznaczać, że przywrócenie granic po brexicie przełoży się też na wyższe dochody bojowników.
Media po obu stronach zlikwidowanej dwadzieścia lat temu granicy uznały poniedziałkowy wybuch w Derry za wizerunkowy sukces bojowników – i to mimo tego, że w gruncie rzeczy chodzi o wysadzenie porzuconego auta przed pustym sądem. Rozgoryczenie i niepewność po decyzji w sprawie brexitu sprawiają jednak, że taki desperacki akt urasta do rangi symbolu. – Nacjonaliści używają teraz tej atmosfery do wzywania do głosowania nad połączeniem się z Irlandią – wskazuje Allison Morris, specjalizująca się w tematyce bezpieczeństwa komentatorka „The Irish News”. – Kwestia ta jeszcze nigdy w historii nie miała takiego poparcia społecznego mainstreamu – dodaje.
Morris jest jednak przekonana, że w gruncie rzeczy Nowa IRA jest słabsza niż kiedykolwiek – a najbliższe tygodnie przesądzą o jej dalszym losie. Po obławach i aresztowaniach z ostatnich lat, jedynie w Derry struktury organizacji są na tyle silne, żeby móc dokonywać ataków. Jeżeli zamach – i potencjalne kolejne akty terroru – wywoła reakcję napędzającą północnoirlandzkich nacjonalistów i popularność ugrupowania, „stronnictwo przemocy” zacznie rosnąć w siłę. Jeżeli uda się zdławić kampanię Nowej IRA i nieco stonować nastroje, organizacja może pójść w rozsypkę.
Wie o tym Londyn, wie o tym Bruksela. Dlatego z obu stron słychać dziś apele o powściągnięcie emocji. – Myślę, że to ważne, by nie podejmować żadnych decyzji, które prowadziłyby ostatecznie do ustanowienia twardej granicy między Irlandią Północną a Irlandią – dowodził w połowie tygodnia niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas. – Jak widać, wszystkim już puszczają nerwy – kwitował. Brytyjczycy poszli za tym głosem, w środę rząd w Londynie złożył władzom w Dublinie propozycję rozmów o uniknięciu rozgraniczania obu Irlandii, nawet jeżeli Theresa May nie zawrze z Unią Europejską żadnego porozumienia. Wszyscy już doskonale wiedzą, że cena, jaką przyszłoby zapłacić za powrót granic, byłaby zbyt wysoka.