Krystalizuje się strategia Londynu. Premier May zamierza przekonać UE do ustępstw w kwestii granicy z Irlandią, zaś Izba Gmin wydaje się niechętna wyjściu bez porozumienia.
Reklama
Szefowa brytyjskiego rządu nie zamierza zmieniać znacząco swojej taktyki. To znaczy, że wciąż chce ratować wynegocjowane już z Brukselą porozumienie wyjściowe – ale żeby przepchnąć je przez Izbę Gmin, musi pozbyć się z niego kontrowersyjnego zapisu dotyczącego granicy z Irlandią (tzw. backstopu). To nie będzie proste, bo wymaga zgody partnerów z UE.
Premier Theresa May zapowiedziała wczoraj w Izbie Gmin, że jest gotowa wrócić do Brukseli i zawalczyć o jego usunięcie oraz że jest to możliwe do osiągnięcia z „mandatem danym mi przez tę Izbę”. Ta deklaracja premier ma duże znaczenie polityczne, gdyż padła podczas wczorajszej, parlamentarnej debaty, która stanowiła okazję dla posłów do zajęcia stanowiska: jakiego brexitu chce Westminster?
W tym celu posłowie głosowali nad serią poselskich wniosków, które obejmowały różne scenariusze. Jeden z nich nakładał na rząd konieczność opóźnienia daty wyjścia z UE; inny wzywał premier do rozważenia organizacji drugiego referendum. Ostatecznie jednak zostały przyjęte dwa: jeden, który wzywa rząd do zmodyfikowania istniejącego porozumienia wyjściowego (Izba odrzuciła je w głosowaniu w połowie stycznia) i usunięcia z niego zapisów dotyczących wspomnianego już hamulca awaryjnego. Druga z kolei wzywa rząd do tego, aby nie dopuścił do „twardego” brexitu, czyli wyjścia ze Wspólnoty bez żadnego porozumienia.
Ze strony Westminsteru jest to bardzo silny sygnał polityczny (nawet jeśli głosowane wczoraj wnioski nie mają mocy prawnej) dla premier May. Co ciekawe, sama premier była przeciwna przyjmowaniu tego typu deklaracji przez Izbę Gmin. Szefowa rządu jest bowiem zdania, że osłabiają one pozycje negocjacyjną Zjednoczonego Królestwa w rozmowach z Unią Europejską.
Znad Tamizy popłynął więc wczoraj w kierunku Brukseli przekaz: jesteśmy gotowi poprzeć porozumienie wyjściowe, jeśli zniknie z niego hamulec awaryjny (bądź zostanie zastąpiony w tekście umowy innym, ale łatwiejszym do przełknięcia mechanizmem). Problem polega na tym, że scenariusz ten zakłada powrót strony unijnej do negocjacji – co dotychczas było dla liderów unijnym absolutnie wykluczone. – To porozumienie pozostaje najlepszym sposobem, aby wyjście Wielkiej Brytanii z UE nastąpiło w uporządkowany sposób. Dlatego państwa unijne będą kontynuować proces jego ratyfikacji – czytamy w wydanym wczoraj oświadczeniu Donalda Tuska, przewodniczącego Rady Europejskiej. Innymi słowy mówiąc: tego dokumentu już nie zmieniamy.
Taktyka premier jest ryzykowna, bo Londyn podejmował już próby usunięcia lub osłabienia hamulca na przełomie ub. i obecnego roku. I chociaż było wiadomo, że zapis budzi kontrowersje nad Tamizą, to nawet wtedy był problem z dodaniem stosownych, zmiękczających go zapisów w deklaracji politycznej (czyli towarzyszącemu porozumieniu dokumentowi mówiącemu o kształcie przyszłych stosunków między Londynem a UE). Taktyka premier May widziana jest jako sposób na zachowanie jedności Partii Konserwatywnej; gdyby szefowa rządu wsparła bardziej „miękką” odmianę brexitu, torysom groziłaby rebelia i wyjście z ugrupowania grupy kilkudziesięciu najbardziej eurosceptycznych posłów.
Nawet gdyby hamulec okazał się jednak negocjowalny dla Brukseli, pytanie brzmi, czy udałoby się zakończyć rozmowy na szczeblu UE przed 29 marca (najbliższe posiedzenie Rady Europejskiej odbędzie się 21–22 marca, ale można też zwołać szczyt wyjątkowy).

David, to jest po prostu głupie

Do brexitu jeszcze nie doszło, ale jego przyczyny mogą się już lekko zacierać. Przypomniał je w poniedziałkowy wieczór pierwszy odcinek nowego serialu BBC „Europa od wewnątrz: 10 lat chaosu”. Siłą produkcji jest wgląd w polityczną kuchnię, jaka doprowadziła do referendum w 2016 r.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk wspomina więc, że zapytał Davida Camerona, dlaczego zgodził się na tak „głupi i niebezpieczny” pomysł jak plebiscyt za członkostwem. Ówczesny premier miał odpowiedzieć, że nie ma możliwości, aby doszło do referendum, bo nie zgodzi się na niego koalicjant torysów (w latach 2010–2015 konserwatyści rządzili do spółki z Liberalnymi Demokratami). Ale w 2015 r. Cameron wygrał wybory i mógł rządzić samodzielnie. – W ten sposób stał się ofiarą swojego sukcesu – podsumowuje Tusk.

Kluczowe dla Camerona było uzyskanie ustępstw w sprawie migracji od reszty Unii, aby zadowolić brexiterów (nikt ich tak wtedy jeszcze nie nazywał). Kluczowy w tej sprawie był szczyt unijny z lutego 2016 r. Negocjacje trwały do późnych godzin nocnych. Craig Oliver, szef komunikacji premiera, wspomina, że cierpiał on wtedy na bóle pleców, które uśmierzał, leżąc na podłodze. W tej pozycji zastało go pukanie do drzwi w środku nocy; to była Angela Merkel. – Zastałam Davida? – zapytała kanclerz (tak wspomina to Uwe Corsepius, jej doradca ds. UE), po czym szefowie obu rządów siedli do negocjacji.

Cameron starał się wytłumaczyć, że jeśli nie wróci do Londynu z konkretami, spadnie na niego „zaporowy ogień” krytyki. Kanclerz nie zrozumiała słowa „barrage”, jakiego użył Brytyjczyk, i zapytała o nie swojego doradcę, na co Cameron wypalił: „Blitzkrieg”. – Nie wydało mi się fortunne korzystanie z odniesień do II wojny światowej, ale wszyscy zaczęli się śmiać, a kanclerz spojrzała na Davida jak na nieco niegrzecznego chłopaka ze szkoły – wspomina Oliver. Ostatecznie ustępstwa ze strony UE nie wystarczyły i cztery miesiące później 52 proc. Brytyjczyków opowiedziało się za wyjściem z Unii.